Miesięczne archiwum: Kwiecień 2008

Viva Polonia, czyli Polska niemieckimi oczami

Ostatnio trochę podróżowałem i towarzyszyła mi książka, którą wyszperałem na Amazon.de w lutym. Jej tytuł to „Viva Polonia”, a napisał ją Steffen Möller – Niemiec, który dość przypadkowo trafił do Polski kilkanaście lat temu i już tam został.
Jest to swoisty leksykon tłumaczący polską rzeczywistość niemieckiemu czytelnikowi.
Wśród 360 stron rozmaitych impresji z naszego kraju, jest też siedem zasad prowadzenia oficjalnego spotkania niemiecko-polskiego. Oto skrót porad jakie Möller udziela swoim rodakom:
1. Zwracaj się do Polaków używając ich imion, np. „Drogi Panie Piotrze”, zamiast przyjętej w Niemczech formy „Drogi Panie Kowalski”. Czasem nawet warto użyć imion w formie zdrobniałej „Panie Piotrku”.
2. Częstuj wodą, papierosami, paluszkami. Jeśli za pierwszym razem odmówią to próbuj drugi i trzeci raz.
3. Zwracaj uwagę na polskie przesądy. Nigdy nie przekładaj torebki polskiej uczestniczki z krzesła na podłogę. Jak ktoś życzy Ci powodzenia to nie dziękuj.
4. Śmiej się z żartów, mimo iż niektóre z nich będą zupełnie absurdalne. Co więcej, pamiętaj, że w Polsce mówca nie uprzedza, że za pięć minut opowie żart.
5. Unikaj bezpośredniości w mówieniu „nie”. Raczej powiedz: „Zobaczymy” albo „Nie jestem pewien”.
6. Unikaj zamykania dyskusji tanim optymizmem, który uchodziłby za amerykańską powierzchowność. Raczej bądź realistą do bólu, nawet z nutką pesymizmu.
7. Żegnając się z polskimi partnerami bądź serdeczny, tzn. pocałuj panie trzy razy w policzek, a z panami wymień uściski dłoni. Pożegnanie nie może być zdawkowe, Polacy żegnają się przez pięć minut.

PKP

Piszę z Polski. Konkretnie z korytarza między wagonem 6 i 7 pociągu ekspresowego z Warszawy do Krakowa. Ostatnio ktoś znajomy wyliczał warunki jakie muszą być spełnione, aby rozważał powrót do Polski. Jednym z punków były polskie koleje. Faktycznie działają inaczej niż w Szwajcarii. Ale jest poprawa w stosunku do sytuacji sprzed naszego wyjazdu.
Przede wszystkim jest porządny rozkład jazdy w Internecie. Wagony są dość czyste, konduktorzy pogodni, a na Centralnym jest masa punktów sprzedaży biletów.
Jednak odzwyczaiłem się od labiryntu korytarzy Dworca Centralnego. Kiedyś byłem tam bardzo często, a teraz jak wszedłem w podziemia to nie miałem pojęcia, w którym miejscu są schody do Hallu Głównego.
Podziemia dworca wyglądają jeszcze bardziej bazarowo niż przed ośmiu laty. Moim zdaniem ta masa sklepików jest urokliwa. Widać tam namacalnie aktywność gospodarczą Polaków.
Tylko fajnie by było porządnie oświetlić korytarze i oznaczyć kierunki. Bo strzałek jest masa, ale kierunek do holu kasowego pojawia się tylko raz lub dwa.
Mniejsza o korytarze. Najważniejsze jest sedno sprawy czyli pociągi i ich rozkład jazdy.
Wg olbrzymiej tablicy nad kasami są dwa pociągi do Krakowa po godzinie 18:00. Jeden o 18:05, a drugi o 18:27. W kasie usłyszałem, że jest tylko ten o 18:05, ale odjedzie o 18:27, a zresztą i tak nie było już na niego miejscówek. Nieufnie podszedłem do informacji kasjerki uznając, że tablica ogłoszeń jest bardziej miarodajna. Potem podszedłem do papierowego rozkładu jazdy, a tam… był tylko pociąg o 18:05. Czyli tak jak podawała kasjerka.
Poszedłem na peron czwarty i czekałem na pociąg do Krakowa decydując się na jazdę na korytarzu. Minęła 18:05, minęła 18:15 i nic. Aż ok. 18:20 pojawiła się zapowiedź, że o 18:27 odjedzie ekspres do Krakowa!
Dostałem lekcję, żeby wierzyć kasjerce, a nie rozkładowi jazdy.
Tym sposobem siedzę na swojej torbie z ubraniami, za plecami mam ściankę pomiędzy toaletą, a wielkim kołem hamulca ręcznego. Chyba niecodziennie wyglądam w swoim garniturze w takiej pozycji, bo przechodzący obok konduktor powiedział do mnie po angielsku „excuse me”.
Po pół godzinie takiego siedzenia poczułem, że gniecie mnie książka w mojej torbie, a jej tytuł to „Viva Polonia”:-)
Przy okazji tablic ogłoszeń i ich wiarygodności nasunęły mi się skojarzenia z RPA. Kiedyś utknąłem w Johannesburgu z powodu strajku obsługi naziemnej. Skończyłem już swoją robotę i mogłem wracać do Szwajcarii, ale nie było wiadomo czy samolot do Zurychu odleci.
W pewnym momencie, po południu ktoś przyniósł nieoficjalną informację, że jedynym samolotem, który odleci będzie ten do Frankfurtu. Zatem natychmiast pojechałem na lotnisko, żeby zamienić mój Zurych na Frankfurt.
Na lotnisku spotkałem olbrzymi tłum podróżnych czekających do odprawy, zaś na tablicy informacyjnej były wymienione wszelkie możliwe loty z ich godzinami odlotu tak jak to powinno być wg rozkładu lotów.
Nie będę tu opowiadał całej przydługiej historii jak szczęśliwie dostałem miejsce do Frankfurtu, który faktycznie odleciał jako jedyny. Chcę tylko przytoczyć moją rozmowę ze Szwajcarem napotkanym wtedy na lotnisku. Otóż facet czekał na samolot do Zurychu. Podzieliłem się z nim wiadomością, że nic poza Frankfurtem nie poleci. On wtedy wskazał na tablicę i stwierdził, że Zurych poleci bo tak jest napisane. No i został na tym lotnisku, a ja sobie załatwiłem Frankfurt.
No i dzisiaj na Centralnym zachowałem się trochę jak ten Szwajcar 🙂
Postaram się pamiętać, aby stosować raczej schematy działania z RPA, a nie ze Szwajcarii.

Zegarki, a sprawa stosunków polsko-niemiecko-rosyjskich

Właśnie wróciłem z Bazylei ze słynnych targów Baselworld, gdzie wystawiają swoje produkty wytwórcy zegarków z całego świata.
Przechadzając się wśród stoisk z zegarkami zauważyłem wystawę ładnych niemieckich zegarków produkowanych przez znaną mi firmę, której tradycja sięga lat 1920-tych. Przez chwilę oglądałem współczesne modele w stylu lotniczym. Potem przystanąłem przed gablotą, gdzie leżały dwa zegarki z czasów II wojny światowej noszone przez pilotów podczas ich lotów. Zegarki były kilkakrotnie większe od tych, które na co dzień nosimy na przegubie. Czasomierze ówczesnych pilotów miały długie skórzane paski i były zakładane na rękaw kurtki. Obok historycznych zegarków stały stare urządzenia nawigacyjne i książka lotów. Zapytałem starszego pana, który stał obok czy są to oryginalne przedmioty z czasów wojny. Okazało się, że jeden z zegarków to współczesna replika wyprodukowana dla kolekcjonerów, zaś drugi zegarek oraz pozostałe przedmioty są oryginalne i pochodzą sprzed kilkudziesięciu lat.
Swoje pytanie zadałem po angielsku, lecz zdawszy sobie sprawę, że mojemu rozmówcy brakuje słów w tym języku, powiedziałem, iż może mówić po niemiecku, a ja chyba zrozumiem. Uzupełniając wyjaśniłem, że jestem Polakiem mieszkającym w Szwajcarii.
Starszy pan z zainteresowaniem dopytał skąd w Polsce pochodzę. Był to H.G., który jest właścicielem i szefem tej firmy (dowiedziałem się tego dopiero przy pożegnaniu, gdy wymieniliśmy wizytówki).
H.G. pochodził z miejscowości Hirschberg. Nic mi nie mówiła ta nazwa. H.G. wyjaśnił, że to jest obecnie Jelenia Góra.
Z ożywieniem opowiadał, że jego rodzina utrzymuje kontakty ze znajomą Polką w Jeleniej Górze. Mówił, że ma nadzieję na dobre relacje Polaków i Niemców, szczególnie po odejściu Jarosława Kaczyńskiego ze stanowiska premiera. Potem rozmowa trochę zeszła na czasy wojenne. H.G. mówił o tym, że zdaje sobie sprawę, iż Polska znalazła się w kleszczach pomiędzy Niemcami i Rosją. Mówił o Katyniu. Ja mu opowiedziałem o losach mojego dziadka, który po dostaniu się do niewoli sowieckiej został wymieniony i przekazany Niemcom, po czym kilka lat spędził pod Norymbergą pracując przymusowo u tamtejszego rolnika. Zresztą w porównaniu z kilkoma miesiącami spędzonymi w rosyjskim obozie jenieckim stanowiło to dla mojego dziadka sporą odmianę. H.G. też spędził trochę czasu w rosyjskiej niewoli i mówił, że nauczył się tam nie wierzyć w słowne deklaracje Rosjan, bo przekonał się na własnej skórze, że ich czyny odbiegały od tego co mówili.
Pożegnaliśmy się mówiąc, że może się znowu spotkamy za rok na targach zegarków.
Idąc na tą imprezę nie przypuszczałem, że jednym z ciekawszych momentów będzie dyskusja o latach wojennych z niemieckim producentem zegarków.
Jak się chwilę zastanowić to jest w tym ciekawa symbolika. Rozmawiałem ze starym Niemcem o dawnych czasach. Pretekstem do rozmowy były zegarki, które… odmierzają czas. Zegarki odmierzyły czas H.G. w dość zawiły sposób, bo mierzyły mu czas wojenny w wojsku, potem mierzyły mu czas w niewoli rosyjskiej, potem czas wysiedlenia z rodzinnego miasta, czas pracy, aż po czas kiedy w latach 1980-tych przejął firmę produkującą zegarki.

Zresztą zaczęło się od fabryki zegarków, która ma wiele wspólnego z historią gospodarki Niemiec. W latach 1920-tych z dużym sukcesem firma produkowała popularne zegarki. Potem w czasie wojny były to głównie zegarki lotnicze, które służyły pilotom wojskowym. Pod koniec wojny fabryka został zniszczona podczas alianckich bombardowań. Po wojnie znowu stanęła na nogi, dzięki amerykańskim pieniądzom Planu Marshalla. Amerykanie sfinansowali odbudowę, a pod koniec lat pięćdziesiątych amerykańska firma wykupiła dopiero co odbudowanego producenta niemieckich zegarków. W latach sześćdziesiątych firmę odkupili Szwajcarzy, a około dwadzieścia lat później historia zatoczyła koło i firma wróciła w niemieckie ręce. Obecnie produkuje i sprzedaje na cały świat popularne zegarki, wśród nich te odwołujące się stylistyką do zegarków z lat międzywojennych i wojny.
Czyli pozornie niewinne zegarki to też sprawa polityczna 😉