Miesięczne archiwum: Styczeń 2008

„Powrót” – program polskiego rządu

Na stronach Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej znalazłem informację, że ruszył program „Powrót”:

Celem programu jest utworzenie jak najlepszych warunków powrotu dla
osób, które w ostatnich latach, ze względów ekonomicznych, zdecydowały się
na wyjazd z Polski do bardziej rozwiniętych krajów Unii Europejskiej.

Ogłoszono, że utworzono w tym celu m.in. stronę: http://www.powroty.gov.pl/

Czytaj dalej

Szwajcarska wioska

Tym razem będzie o Szwajcarii. Mój blog dotyczy przeżyć związanych z powrotem do Polski. Jednak poświęcę trochę uwagi Szwajcarii. Chodzi o moją Szwajcarię: to jak ją widzę, jakiej doświadczam i jak potrafię odnieść szwajcarskie obserwacje do polskiej rzeczywistości. Opisując wrażenia z wirtualnej wizyty w mazowieckiej wiosce napisałem o przepaści cywilizacyjnej między Szwajcarią, a Polską. Wyraziłem jednak opinię, że małe społeczności mają wiele cech wspólnych bez względu na to, w jakim kraju się znajdują. W jednym z komentarzy zostałem poproszony o rozwinięcie myśli na temat rzekomej „przepaści cywilizacyjnej”.

Cóż takiego jest w szwajcarskiej wiosce czego nie mają mieszkańcy polskich miejscowości? Wielu Polaków było w Szwajcarii przejazdem, turystycznie lub służbowo. Opowieści przywiezione z tych wizyt jakoś specjalnie nie świadczyły o tym, aby mieszkańcy nadwiślańskiej krainy mieli powody szczególnie podziwiać Szwajcarów. Oczywiście są w Szwajcarii dobre drogi, porządne pociągi, idealnie czyste miasteczka i sporo drogich samochodów. Ale to wszytko można kwitować komentarzem, iż gdybyśmy mieli tyle pieniędzy co Szwajcaria to nie takie cuda byśmy sobie poczynili.
Co więcej, pierwszy kontakt obcokrajowca ze szwajcarskim strażnikiem granicznym, konduktorem w pociągu lub sprzedawczynią w sklepie nie pozwala na jakieś bałwochwalcze peany o kulturze, serdeczności i uprzejmości alpejskich górali.
W rezultacie polski narciarz lub biznesmen często mówi, że „ta Szwajcaria to jest przereklamowana” i w gruncie rzeczy dużo fajniej jest pojechać do Włoch lub Austrii.
W takim kontekście, Swojak zauważa w swoim blogu, że Szwajcarię i Polskę dzieli przepaść cywilizacyjna. Taki ryzykowny osąd zasługuje na chwilę uwagi. Może autor nie ma pojęcia o czym mówi, a może wie coś co nie jest dane przeżyć żadnemu turyście lub biznesmenowi? Pytanie jest czysto retoryczne, bo skoro piszę blog to mam przekonanie (absolutnie subiektywne), iż mam coś ciekawego i zaskakującego do opowiedzenia.
Odwołajmy się do klasyka: Szwajcaria „jest jak cebula; ma warstwy!” (to była parafraza filmowego Shreka wypowiadającego się w ten sposób o ograch).
Shrekowa poetyka dobrze pasuje do Szwajcarii. Bowiem, aby doświadczyć tych wewnętrznych, ciekawych warstw szwajcarskiego życia społecznego trzeba wypłakać trochę łez, zupełnie jak przy obieraniu cebuli.
Pomińmy opis pierwszych wrażeń. Setki osób goszczących w Szwajcarii już opisały to zamknięcie, wścibskość połączoną z nieufnością i poczucie wyższości wobec nacji, których dochód na mieszkańca zbyt rażąco odstaje od helweckich wyników. Szybko i bezboleśnie przeskoczmy do głębszej warstwy. Jak się żyje Szwajcarom i wśród Szwajcarów? Żyje się spokojnie, serdecznie, dostatnio, bezpiecznie i z poczuciem troski ze strony bliźnich. Tak, to są moje odczucia zamieszkiwania wśród Szwajcarów od kilku lat.
Po etapie podejrzliwego podglądania i unikania bliższego kontaktu, szwajcarska społeczność zaprosiła naszą rodzinę do wspólnego życia. Ile trwało zanim obrzydliwa warstwa izolacji została zdarta? Precyzyjnie 12 miesięcy!
Włączenie do wspólnego życia ze szwajcarskimi sąsiadami to był gest pociągający za sobą natychmiastowe konsekwencje.
„- Potrzebujesz po południu mojego samochodu? Weź go, ja nigdzie się dzisiaj nie wybieram.”
„- Muszę odbyć dłuższą rozmowę telefoniczną z lekarzem czy mogę Ci na ten czas zostawić mojego czteroletniego synka?”.
„- Macie gości z Polski? Przecież nie ma sensu, abyście ich nocowali na materacu w dużym pokoju. My będziemy na urlopie. Skorzystajcie z naszej sypialni.”
„- W sobotę chciałam pojechać do Ikei, po meble. Czy moglibyśmy się zamienić samochodami, bo przydałby się Wasz minivan. Do mojego auto nie wejdą kartony.”
Powyższe cytaty to autentyczne wypowiedzi naszych sąsiadów. Mieszkamy na osiedlu, gdzie jest kilkanaście dwupiętrowych budynków wielorodzinnych. Sąsiedzi to rodziny z dziećmi, które łączy wspólne podwórko i duży garaż podziemny. Poza pojedynczymi obcokrajowcami i kilkoma małżeństwami mieszanymi, przeważająca większość to rodowici Szwajcarzy.
Tutaj, w centralnej części Szwajcarii, więzy lokalne (z ludźmi z tej samej miejscowości i z sąsiedztwa) stanowią najważniejszy element kontaktów międzyludzkich.
Na sąsiada można liczyć i sąsiad może liczyć na mnie, o każdej porze dnia. To jest tutejszy niepisany żelazny kodeks. Przysługi mają rozmaity charakter, ale mimo tych lat spędzonych wśród Szwajcarów wciąż mnie zaskakują poziomem altruizmu. Przed kilkoma tygodniami wracaliśmy z Polski samolotem do Bazylei (ok. 100 km od naszej wioski). Przylot był późnym wieczorem. Postanowiliśmy jechać do domu pociągiem. Przed wyjazdem musieliśmy asertywnie wytłumaczyć sąsiadowi, że to kiepski pomysł, aby on jechał po nas swoim autem na lotnisko. Dla niego było oczywiste, że taka przysługa może się nam przydać. Dodam, że jest to z zawodu lekarz i na brak zajęć bynajmniej nie narzeka. Przy okazji tego samego wyjazdu inna sąsiadka uznała, że nie ma sensu, abyśmy szli z walizkami na dworzec (ok. 10 minut spaceru) i odwiozła nas do pociągu.

Drogi Czytelniku, możesz uznać, że także w Polsce zdarzają się uczynni sąsiedzi i nie ma co robić z tej historii sensacji. Zatem moglibyśmy wyjść poza sąsiedzkie podwórko i pomówić o szkole,o sposobie decydowania o lokalnych planach, o relacjach mieszkańców z przedstawicielami loklanych władz itd. Pozostawmy sobie te tematy na osobny tekst.

Wirtualna wycieczka do podwarszawskiej gminy

Kilka lat temu kupiłem działkę pod Warszawą. Przy okazji wspomnianych wcześniej dylematów „budować czy kupić” postanowiłem odwiedzić „swoją” gminę. W zasadzie poza posiadaniem działki niewiele mnie z tą gminą łączy. Słowo „odwiedzić” powinienem napisać w cudzysłowie, bo wizyta miała być tylko na ekranie komputera.

Wycieczka udała się wyśmienicie. Mam sporo do czynienia z internetem, ale przyznam, iż byłem zaskoczony jak wiele informacji jest w sieci. Dowiedziałem się o szkołach, komunikacji, rozbudowie sieci kanalizacji i nowych osiedlach wznoszonych w okolicy. Sporo bieżących informacji znalazłem na forum internetowym mieszkańców gminy. Część informacji pochodziła sprzed roku lub dwóch. Raz dwa zarejestrowałem na forum swój profil. W ciągu kilku godzin jeden z mieszkańców gminy serdecznie i cierpliwie wyjaśnił moje wątpliwości o tym jak wygląda sytuacja w gimnazjum, które obecnie wydaje się działać sensownie, po okresie jakichś zamieszań i chuligaństwa. Wyklarował mi też sytuację dojazdów do Warszawy: czym i jak najsprawniej można dotrzeć do miasta.

Potem spędziłem kilkadziesiąt minut wczytując się w lokalne debaty na rozmaite tematy począwszy od dróg, aż po organistę w lokalnym kościele. Czytałem to nie tyle, aby zebrać fakty, ale raczej by wyczuć atmosferę w lokalnej społeczności. W sumie odczucia jakie zebrałem mogłyby pewno dotyczyć wielu podmiejskich wiosek, nie tylko na Mazowszu. Otóż wyczułem jakieś podskórne iskrzenie między mieszkańcami związanymi z wioską od urodzenia i tymi co wprowadzili się do nowych domków. Dość symptomatyczna była wymiana zdań przy okazji debaty o lokalnej parafii rzymsko-katolickiej. Kilku przybyszów wychwalało zmiany jakie wprowadzał w przeszłości jeden z księży, co zdaniem dyskutantów miało zbliżać parafię do modelu miejskiego. Zaś obecnie widzą niechlubny powrót to wiejskiej tradycji. W odpowiedzi tubylec bronił obecnych porządków i nie chciał, aby przewracano jego lokalny świat do góry nogami. Gorąca wymiana zdań doszła to punktu, gdy z jednej strony padły argumenty o tym, że dzięki napływowi mieszczuchów wioska ma szansę na rozwój edukacyjny i cywilizacyjny; zaś z drugiej strony były komentarze, iż trudno dawać wiarę w zaangażowanie napływowych mieszkańców w życie gminy, bo oni wydają się traktować to miejsce jako li tylko sypialnię, a ich życie i tak jest skoncentrowane na Warszawie.

Dało mi to do myślenia. Jeśli zamieszkam w tym środowisku to sam też się jakoś wpiszę w tą sytuację. Zwykle tam , gdzie się znajduję to jestem aktywny społecznie. Przypuszczam, że tak będzie też w wiosce (tej lub innej), w której zamieszkam. W Szwajcarii mieszkam w siedmiotysięcznym miasteczku. Mimo przepaści cywilizacyjnej między Szwajcarią, a Polską małe społeczności mają z pewnością wiele cech wspólnych bez względu na to, w jakim kraju się znajdują. Od urodzenia mieszkałem w mieście (a w właściwie w kilku różnych miastach) i pierwszą wioską w jakiej się znalazłem była ta w Szwajcarii. Na początku miałem trudności z odnalezieniem się w takiej społeczności, gdzie ludzie wiedzą o sobie bardzo dużo, a relacje międzyludzkie są niemal rodzinne. Jednak teraz lubię takie życie. Chętnie zobaczę jak moje doświadczenia ze szwajcarskiej wioski, będą się miały do tego na co napotkam na mazowieckiej drodze.

Dom: kupić czy zbudować?

Przeprowadzka do Polski to też mieszkanie. Gdzieś trzeba zamieszkać. Wyjeżdżając za granicę wyprowadziliśmy się z wynajmowanego mieszkania. Zatem w kraju nie czeka na nas żadna nieruchomość.

Czeka nas budowa lub kupno domku. Dylemat jest dość karkołomny.

Pierwszą myślą była budowa. Jednak znajomi ostudzili nasz zapał opowiadając o tym, że większość przyzwoitych ekip budowlanych jest już za granicą, a w Polsce zostali budowlańcy trzecioligowi. Ponadto ceny materiałów i robocizny podwoiły swoją cenę w ostatnich latach. Czyli budowa niewielkiego domku to teraz grubo ponad pół miliona złotych.

Kupno gotowej nieruchomości nie wyjdzie taniej, ale odpadnie konieczność wynajmowania mieszkania w czasie co najmniej rocznej budowy. Wtedy przeprowadzka ze Szwajcarii prowadziłaby bezpośrednio do domku. Zatem dokładamy sobie kolejny aspekt w dywagacjach o przeprowadzce.

Zamiast wstępu: powrót do Polski po kilku latach na Zachodzie

To już prawie osiem lat od dnia, gdy zadzwonił do mnie kolega z centrali naszej firmy i zapytał, czy nie miałbym ochoty na pracę w szwajcarskim biurze. Kilka miesięcy później nasza mała rodzina mieszkała już u podnóża Alp.
Wiele wskazuje na to, że niedługo przeprowadzimy się w przeciwnym kierunku i Alpy zamienimy na Wisłę.
Ktoś mi powiedział, że powrót do swojego kraju po pięciu latach to jest przeprowadzka do innego, nieznanego kraju, bo nie będzie on taki jak w naszych wspomnieniach. Było to chyba po angielsku i miało być prawdą uniwersalną, dotyczącą każdego kraju, a nie konkretnie Polski. Polska rozwija się szybciej niż „normalne” społeczeństwo.
Zatem zdaję sobie sprawę, iż wracam do innego społeczeństwa, niż to pozostawione we wspomnieniach z roku 2000. Czytaj dalej