Archive for the 'Państwo' Category

Wybory 2030.

Marzę o tym, by za dwadzieścia lat iść na wybory prezydenckie i mieć straszne wątpliwości na kogo oddać głos, bo każdy z kandydatów będzie, w moim odczuciu, doskonale nadawał się do pełnienia funkcji głowy państwa.

Uważam, że w tym roku mieliśmy tylko kiepskich kandydatów. Co z kolei, jest dla mnie logiczną konsekwecją tego, iż życie publiczne i dbanie o dobro wspólne jest konkurencją, gdzie mamy sporo do zrobienia.
Swoją diagnozę sytuacji dobitnie wygłosiłem po smoleńskim wypadku (http://blog.swojak.info/?p=112). Dzisiaj skupiam się na tym co zrobić, aby sprawy miały się coraz lepiej. Uważam, że kluczem do zmiany są dzieci i młodzież. Z nich może wyrosnąć nowe pokolenie osób szukających porozumienia z innymi, zjednujących sobie współpracowników, ceniącymi różnorodność opinii, kontunująch mądre działania bez względu na zmiany na kierowniczych stanowiskach, otaczający się ludźmi wybitnymi i przerastającymi ich w dziedzinach, którymi się zajmują.

Wiem, że perspektywa wykształcenia takiego pokolenia liderów jest realna. Jednak potrzeba nad tym popracować. Potrzeba dać młodym ludziom umiejętności i wzorce, które oderwą ich od arogancji, kłótliwości i nienawiści prezentowanych przez dzisiejszych mistrzów życia publicznego.
Dwadzieścia lat temu, po odzyskaniu przez Polskę wolności, słyszałem głosy, że normalizacja polskiego życia publicznego będzie wymagać kilku dekad, bo musi odejść pokolenie osób skażonych życiem w systemie komunistycznym. Czekaliśmy, aż magiczna różdżka czasu cudownie przemieni nasz kraj. Nie przemieniła. Starzy urzędnicy i politycy przyjmują pozę mistrzów i nauczają młode pokolenie. Gdy spotykam urzędników wrogich obywatelom, myślących kategoriami represjonowania obywatela przy pomocy aparatu administracyjnego to wiek gra tu niewielką rolę. Tak dwudziestoletni jak i pięćdziesięcioletni urzędnicy miewają przekonanie, że stoi przed nimi petent, który jest na łasce ich urzędniczej dobrej lub złej woli.
Doskonale - moim zdaniem - opisał to Mirosław Barszcz w Walec drogowy, czyli kto tu właściwie rządzi. Uważam, że ten absurd musimy przełamać niszcząc tą chorą sztafetę pokoleń.
Wykształćmy młodzież angażującą się w sprawy społeczne, szerzącą zaufanie i wzajemną pomoc.
Umiejętności społeczne są wyuczalne. Może w szkołach warto odpuścić sobie trochę bezmyślnego wkuwania haseł encyklopedycznych i wykorzystać zyskany czas na naukę pracy z innymi?
Oczywiście wpadamy na mieliznę tego, kto będzie prowadził takie zajęcia. Z niepreprezentatywnej próbki nauczycieli, których licznie spotykam przez ostanie dwa lata, wyłania się obraz masy upośledzonych społecznie transmiterów informacji podręcznikowych. Na szczęście raz na jakiś czas wpadam na pedagoga, w którego oku widzę iskrę pasji pracy z uczniami i wiarę w to, że praca nauczyciela dosłownie zmienia naszą przyszłość.

Na miarę swoich możliwości planuję mieszać w polskiej edukacji, wtrącać się w to co jest uczone i wnosić świeży powiew do szkół.
Moim celem jest pójście na wybory prezydenckie około roku 2030, dumne odczytanie listy kandydatów i uznanie, że każdy z nich jest dobrym kandydatem na to stanowisko.

Jakie masz pomysły na pozytywną zmianę w edukacji polskiej młodzieży? Co, na bazie swoich obserwacji i doświadczeń, proponujesz jako element wykształcenia lepszego pokolenia? Co sądzisz o perspektywie uspołecznionej Polski roku 2030?

Praca (?) społeczna po polsku.

Kiedyś poświęciłem sporo czasu na opisanie polskojęzycznych stron dotyczących Szwajcarii. Każdą z nich zweryfikowałem i podsumowałem. Robiłem to jako redaktor pustawego działu Otwartego Katalogu ODP. Postanowiłem skatalogować strony opisujące Helwecję, aby ułatwić rodakom zbieranie informacji o tym kraju. Z zadowoleniem ukończyłem robotę, gdy wkrótce przeważająca większość opracowanych przez mnie linków trafiła do kosza. Jak się dowiedziałem, inny społeczny redaktor, nadzorujący moją pracę, uznał, że zaśmiecam katalog tak obszernym katalogowaniem Szwajcarii. Na szczęście miałem kopię tego co zgromadziłem. Usuniętą zwartość opublikowałem na swojej stronie, gdzie linki do dzisiaj służą internautom.
Wtedy dyskusja z wolontariuszem na kierowniczym stanowisku przypominała rozmowę przysłowiowego chłopa z obrazem. Więc wyciągnąłem nauczkę i zająłem się swoimi prywatnymi stronami, zostawiając polskojęzyczne ODP ludziom o grubszej skórze i mniejszym przywiązaniu do swoich wytworów.

Minęło kilka lat. Podkusiło mnie, aby ponownie wejść w wolontarystyczną współpracę w polskojęzycznym internecie. Podjąłem się bezpłatnego przygotowaniu polskich napisów do wykładu na temat rynku mediów. Spędziłem trochę weekendowych i wieczornych godzin na dopieszczanie tekstu półgodzinnego wystąpienia znamienitego biznesmena z Doliny Krzemowej. Po przekazaniu materiału wydawcy, przydzielono mi korektora. Podobnie jak ja, pracował on społecznie. Zgodnie z formalnymi zaleceniami właściciela materiału, wysłałem koledze swój numer telefonu, skype i e-mail, deklarując dyspozycyjność podczas modyfikacji tekstu. Amerykański właściciel witryny skrupulatnie wypisał zalecenia w sprawie korekty, apelując o daleko idącą wstrzemięźliwość przy ingerowaniu w pracę tłumacza i systematyczną współpracę z autorem tłumaczenia. Przez kilka tygodni korektor milczał, aż pewnego dnia wydawca powiadomił mnie, iż moje tłumaczenie jest w drodze do publikacji. “Moje tłumaczenie” było moim już tylko formalnie. Większość zdań została zmieniona. Najwyraźniej pierwotny styl nie pasował redaktorowi-wolontariuszowi. Szyk zdań i słownictwo zostały skutecznie ustawione na modłę korektora. Na moje pytanie o zaskakującą skalę zmian i brak komunikacji ze mną, odparł, że robił to w ostatniej chwili, ale ze wszystkiego może się wytłumaczyć. Styl jego tekstu uważam za porządny, lecz nie jest to mój styl. Chcę byśmy wybrnęli z tej sytuacji, więc przerwy na lunch spędzam analizując linijka po linijce zmiany w tekście.  Mimo wszystko cieszę się, że internauci będą mieć możliwość zobaczeniu polskiej wersji filmu. Szkoda, że dokonuje się to po partyzancku. Mimo, że mieliśmy narzucone formalne ramy współpracy, był regulamin, było dość czasu i była możliwość partnerskiej współpracy ze mną.

Moje doświadczenia są zbyt skromne, aby wnioskować o tym, ile racji jest w słowach osób, które pouczały mnie, że w Polsce szacunek dla pracy i wysiłku innej osoby jest dużo niższy niż na Zachodzie, zaś praca społeczna nie jest tu uznawana za pracę. Trudno też powiedzieć ile prawdy było w pouczeniach tych co twierdzą, że dopiero zabójcza cena sprawia, że rodacy spoglądają z uznaniem na Twój produkt. Od zawsze angażowałem się społecznie. Wierzę, że to jeden ze skutecznych sposobów zmieniania świata. Chcę by inni mogli korzystać z mojego dorobku niezależnie od swojej sytuacji materialnej. Dalej będę tak czynił. Trochę rzeczy robię anonimowo (np. ten blog), pod innymi się podpisuję. Lecz jak trafnie wybrać formę pracy wolontarystycznej? Jak zbadać grunt wolontarystyczny, by unikać rozczarowań?

Jakie są Twoje doświadczenia angażowania się w zorganizowaną, formalną pracę społeczną w Polsce? Jak to wygląda? Jak sprawdzasz czy Twoja praca i zaangażowanie zostaną wykorzystane zgodnie z Twoją intencją?

Nowa Polska.

Podczas ostatniej rozmowy matka skarżyła się na zdrowie, mówiła, że nie wie ile jeszcze pożyje. Syn chciał ją pocieszyć i odparł czule: “Mamo, wszystko będzie dobrze, zobaczysz, jeszcze nas przeżyjesz”.

Tak mogła wyglądać rozmowa Lecha Kaczyńskiego z matką przed wylotem do Katynia.

Matka go przeżyła, podobnie jak bliscy innych osób, które zginęły 10 kwietnia. W jakiej Polsce będą teraz żyć ?

Może swoją śmiercią Lech Kaczyński wniesie do polityki więcej pokoju, szacunku dla oponentów i solidarności, niż wnosił swoją aktywnością w życiu publicznym.

Życie jest usłane znakami. Coś się nam wydarza; jakieś niecodzienne spotkanie, dziwny zbieg okoliczności itp. - myślę, że warto się nad tym zatrzymywać i zastanawiać. Podobnie teraz, gdy roztrzaskał się samolot z wieloma znanymi politykami.

Klasa polityczna w Polsce robi na mnie wrażenie kłótliwej zbieraniny dość przypadkowych osób. Osoby te mają w zwyczaju skakać do gardeł swoim kolegom z pracy (tj. innym politykom). Chyba uznają, że na tym polega praca, za którą są bardzo dobrze wynagradzani.

Natomiast dzięki pracy, którą ja wykonuję zarabiam pieniądze, z których kilkadziesiąt tysięcy rocznie jest wysyłanych na konto bankowe Państwa Polskiego. Z tego są wynagradzani politycy. Jestem niezadowolony ze sposobu wykonywania przez nich pracy, którą opłacam.

Widzę, że kochający mąż, czuły syn, wrażliwy filantrop w godzinach pracy przepotwarza się w bestię kipiącą nienawiścią, zaśmiecającą świat obraźliwymi atakami na inne osoby. Po pracy polityk racjonalizuje sobie sprawę komentarzem, iż to tylko gra polityczna.

Ja nie widzę w tym nic co kojarzyłoby mi się z zabawną grą. Ja widzę, że mamy Polskę i jesteśmy odpowiedzialni za ludzi żyjących w jej granicach.

Chcę zobaczyć jak politycy dają wyraz temu poczuciu odpowiedzialności, gdy w ramach burzy mózgów znajdują najlepsze dla Polaków rozwiązania. Chcę by każdego dnia przychodzili do pracy z wolą ułatwienia życia mieszkańcom Polski. Chcę, aby pamiętali, że ich praca to umacnianie i usprawnianie Polski. Chcę, aby pamiętali, że Polska jest większa od ego każdego z nich. Chcę, aby wiedzieli, że ich jedynym pracodawcą jest polskie społeczeństwo, a ich pierwszą codzienną myślą ma być refleksja czy pomysł dyskutowany w debacie jest dobry dla Polski.

Może w sobotnim wypadku straciliśmy polityków, którzy uważali, że Polska jest wartością, dla której warto zapomnieć o swoich ambicjach, o swoim przekonaniu o nieomylności, zapomnieć o etykietkach partyjnych i pieniądzach lobbystów. Straciliśmy też na pewno pieniaczy, o chorobliwych ambicjach, poniżających osoby o innych poglądach, uważających swoje koncepcje państwa za jedyny interes kraju.

Mniejsza o to, w którym rzędzie Tupolewa siedzieli ludzie z jednej, a w którym z drugiej grupy. Być może każdy pasażer należał po trochu do obydwu grup. W tej chwili jest dla mnie ważne znaczenie tego wypadku.

W moich oczach ta śmierć to wołanie o zmianę reguł gry. Czas na zmianę. Czas na zmianę od samego dołu, od każdego z nas.

Uważam, że neurotyczne awantury polityków były jedynie zwierciadłem takich samych pyskówek w domach, na drodze, w sklepie, czy w knajpie.

Wypadek w Smoleńsku przetrzebił prymitywizm społeczny z pierwszych stron gazet. Szkoda tych śmierci, żal cierpienia ich najbliższych. Lecz odejście tych ludzi jest wezwaniem, aby zakończyć politykę jadu, złośliwości, lekceważenia i obrażania bliźnich. Zastąpmy ją nową polityką.

Nowa polityka to wytrwałe trzymanie się zasad szacunku dla drugiego człowieka, uporczywa próba zrozumienia tego co druga osoba ma na myśli, budowanie na talentach i sile każdej osoby zaangażowanej w życie publiczne, noszenie koszulek z napisem “Polska” zamiast koszulek “Platforma Obywatelska” czy “Prawo i Sprawiedliwość”.

Nowa polityka zaczyna się w klasie szkolnej, na spotkaniu rodzinnym, przy stłuczce na drodze, w kolejce w sklepie, w rozmowie z kelnerem, w dialogu z własnym dzieckiem, w załatwieniu sprawy z sąsiadem, w niedzielnym kazaniu i w poniedziałkowym komentarzu do niego.

Bądźmy serdeczni, wsłuchujący się w drugiego człowieka, kwestionujmy swoją nieomylność, pogódźmy się z tym, że intencje i motywy innych są szczelnie zamknięte w ich sercach, do których nie wsadzamy swoich nosów. Pozostaje nam ufne zakładanie, że innym zależy na dobrym rozwiązaniu tak mocno jak i nam.

Każdy z nas ma w sobie potencjał serdeczności, ciepła, współdziałania, rozumienia zdania innych i harmonijnego życia. Rozwijajmy te zalążki we wszelkich sytuacjach społecznych w jakich się znajdujemy. W ten sposób rozpoczniemy lawinę nowej polskiej polityki, która dosięgnie szczytów polityki i nada wielkie znaczenie śmierci kilkudziesięciu ludzi z przegranego pokolenia polityków.

Kto mi zgasił internet?!

(Uwaga: poniższy tekst jest fikcją literacką. W rzeczywistości mój internet dobrze działa i wyczytałem tam, jaką chorą panikę wywołano na Ukrainie w sprawie grypy. Zobaczcie co się może stać, gdy damy się coraz bardziej zwariować.)

Siadam przed ekranem komputera, wpisuję adres ulubionego portalu i widzę informację, że strona nie może być załadowana.
Próbuję inny adres. Taki sam komunikat. Jestem zły, bo zdarza się to właśnie teraz, gdy mam trochę czasu, aby poszperać w sieci, bo firma wysłała mnie do domu na przymusową kwarantannę w związku z sezonem grypowym. Chciałem się dowiedzieć jak wygląda sytuacja w kraju, poczytać co ludzie o tym wszystkim piszą na blogach i forach internetowych.
W końcu udaje mi się otworzyć oficjalne strony rządowe. Tam jest trochę informacji. Wszystko takie drętwe i urzędowe. Continue Reading »

Swojak przebadany naukowo.

W przypadku blogu blog.swojak.info i jego autora były bez wątpienia transnacjonalne socjalne miejsce i transnacjonalne tożsamości na pierwszym planie. Hybrydowe tożsamości są specyficzne dla całej jego rodziny i jego transnacjonalny styl życia prowadził w początku razem z indywidualnym rachunkiem koszty-korzyści do decyzji reemigracji. Życie po powrocie jest w tym przykładu przede wszystkim kształtowane przez transnacjonalizm.
Powyższe słowa napisała po polsku Karima Aziz w streszczeniu swojej pracy dyplomowej na Uniwersytecie Wiedeńskim. Continue Reading »

O dzieciach reemigrantów w Dzienniku.

Z radością odnotowuję, że Dziennik opublikował artykuł o sytuacji szkolnej dzieci powracających z zagranicy. W wersji papierowej publikacja ma wymowny tytuł: “Dziecko było w angielskiej szkole? To znaczy, że nie uczyło się wcale” Tekst jest też dostępny w sieci:  http://www.dziennik.pl/wydarzenia/article295224/Szkoly_nie_sa_gotowe_na_powrot_Polakow_z_Wysp.html

Continue Reading »

Komunikacyjne łamigłówki.

Dzień po dniu coraz bardziej czuję się w Polsce “u siebie”.
Ostatnio spotkałem się ze znajomymi, którzy wrócili ze Szwajcarii przed rokiem. Przez pierwsze miesiące mieszkania w Polsce mój kolega dużo podróżował. Stwierdził, że zderzenie z polską rzeczywistością przeżył dopiero w ostatnich dwóch miesiącach, gdy zmienił mu się charakter pracy. Zamiast w Paryżu spędza teraz więcej czasu w Warszawie, częściej bywa w sklepach i ma kontakt z ludźmi.
Ciężko to znosi. Ja też trochę podróżuję, więc może to moje zetknięcie z codziennością jest częściowe.

Jednak żyję w przekonaniu, że moje lądowanie w Polsce jest rzeczywiste, a poczucie oswajania rzeczywistości prawdziwe i ostateczne.
Nadal notuję swoich spostrzeżenia nim zatrze je pamięć.

Jest trochę drobiazgów, które można by usprawnić przy niewielkich nakładach. Chcę ustrzec się przed etykietką krytykanta. Uważam, że życie wśród Polaków może być sympatyczne. Lecz tym bardziej chcę podkreślić to co razi i zniechęca.

Dzisiaj zastanawiałem się nad sprawą informacji. Wydaje mi się, że w Polsce jest to wyzwanie, które już w rozmaitych publikacjach wytykali obcokrajowcy zwiedzający nasz kraj. Chodzi głównie o informację wizualną na drogach, dworcach czy w biurach. Mimo coraz lepszych obwodnic, coraz czystszych przystanków oraz nowoczesnych biur wciąż widać kolosalne zacofanie w sferze informacji. Widzę to szczególnie wyraźnie, gdy przypominam sobie podejście do informacji w Szwajcarii. Tam nawet drobna zmiana w sytuacji drogowej powoduje ustawienie nowych oznaczeń, dopasowanie pasów ruchu itp.

W Polsce widzę raz na jakiś czas akcje poprawiania rzeczywistości. Pamiętam jak wiele lat temu w Warszawie wprowadzono nowy system tablic informacyjnych z nazwami ulic i wyraźnymi numerami budynków. Potem miasto zastygło w przekonaniu, że sprawa informacji jest zamknięta.
Od tego czasu przybyło trochę dwupasmówek, mamy nowe wiadukty usprawniające ruch w mieście lecz pozostał bałaganiarski system oznaczania kierunków ruchu.

Warszawa jest naturalnym punktem tranzytowym dla podróżnych z wszelkich zakątków kraju. Miasto jest zatłoczone i pełne samochodów. Podobny obraz jest w wielu metropoliach. To naturalne, że trzeba jechać w skupieniu poszukując właściwego skrzyżowania lub zjazdu z obwodnicy. Warszawa dodatkowo funduje kierowcom komunikacyjną łamigłówkę.
Tutaj dwupasmówka nagle zmienia się w cztery pasy - dwa jadą w lewo, a dwa prosto - i trzeba z wyprzedzeniem zająć odpowiedni pas. Lecz próżno szukać o tym informacji ma tablicach informacyjnych. Lokalni kierowcy wiedzą, jak jechać, zaś goście nie są najwyraźniej zmartwieniem zarządcy warszawskich dróg  (vide: Aleje Jerozolimski od centrum tuż przy skręcie w Łopuszańską).
Innym wynalazkiem jest nagłe dodanie dodatkowego pasa ruchu, który bez uprzedzenia kończy się po kilkuset metrach. Taki wykwit komunikacyjnej bezmyślności widziałem przy tych samych Alejach Jerozolimskich, lecz w przeciwnym kierunku na wysokościLeroi Merlin. Przy drodze stoi tablica informacyjna z trzema strzałkami skierowanymi do przodu. Faktycznie w tym miejscu dwupasmówka przechodzi w trzy pasy, ale za kilkaset metrów prawy pas nagle się kończy. Zatem po co tam ambitna tablica z trzema pasami? Być może w przyszłości będzie tam dłuższy trzeci pas, a obecnie stoi tam optymistyczna tablica, bo od niej rozpoczęto budowę drogi? Kilka razy rano widziałem zamieszanie spowodowane taką organizacją ruchu. Zdarza się, że kierowcy sumiennie jadą w korku dwoma środkowymi pasami nie korzystając z kilkuset metrów prawego pasa. Nagle jeden kierowca chce być sprytniejszy od pozostałych, przeskakuje na prawy pas i pędzi kilkaset metrów, aby z przodu wbić się do ruchu. Natychmiast pojawia się kilkunastu naśladowców “spryciarza” i korek staje. Wtedy kierowcy ciężarówek wysyłają jednego ze swoich kolegów, aby blokował ślepy pas i pozwolił korkowi ruszyć do przodu. Zupełnie niepotrzebne zamieszanie spowodowane dziwolągiem informacyjnym.

Do tego dochodzi problem informacji w autobusach, tramwajach i pociągach. Czasem są pojazdy z elektronicznym wyświetlaczem nazwy następnego przystanku. W niektórych pociągach (chyba tylko wIC ?) obsługa zapowiada nazwę stacji przez głośniki. Lecz mimo, że pozostały tabor transportowy ma zainstalowane głośniki to nie ma zwyczaju, aby prowadzący pojazd zapowiadał nazwę następnego przystanku. Szczególnie jesienią i zimą, gdy wieczory są ciemne ciężko jest się zorientować jak daleko jesteśmy od celu. Pozostaje dopytywanie współpasażerów o najbliższy przystanek.

Myślę, że może to być nośny temat, gdy przygotowania do Euro2012 nabiorą większego tempa. Wtedy - mam nadzieję - Polacy zastanowią się jak przetrwać w polskich miastach polegając na informacja na drogach i w środkach komunikacji publicznej.

Jedno okienko Tuska.

Ktoś ze znajomych przysłuchiwał się moim opowieściom o rejestracji działalności gospodarczej i szyderczo skomentował, że kiepsko wygląda to “jedno okienko Tuska”. Nie wiem dokładnie kiedy i w jaki sposób Premier mówił o uproszczeniu rejestracji. Lecz coś takiego chyba padło, bo kilka osób w podobny sposób reagowało.
Faktycznie rozpoczęcie samozatrudnienia jest trochę skomplikowane. Na szczęście moja pani księgowa przygotowała listę spraw do załatwienia, więc wiedziałem co robić.
Po około trzech tygodniach od pierwszej wizyty w urzędzie gminy jestem “samozatrudniony”.
Pierwszy krok to była rejestracja w gminie. Etap dość prosty, wymagał wypisania formularza zgłoszeniowego i wpłacenia do kasy 100 złotych.
Lecz jako, że każda przyszła zmiana wpisu to koszt 50 złotych, więc znajoma doradziła mi, abym wypisał wszelkie kategorie w jakich jest szansa na potencjalne realizowanie moichusług . Nie lubię niepotrzebnie wydawać pieniędzy więc z klasyfikacji GUS wybierałem tak perspektywicznie aż doszedłem do 38 podkategorii!
Skoro tyle wybrałem to musiałem je żmudnie przepisać na druk zgłoszenia.
Po niespełna tygodniu otrzymałem potwierdzenie rejestracji i pojechałem z nim do Urzędu Statystycznego. Teoretycznie ten krok mogła za mnie załatwić gmina, ale wtedy okres rejestracji wydłużyłby się z tygodnia do miesiąca. Wolałem to załatwić osobiście.
Dobrze zrobiłem, bo trwa obecnie jakieś zamieszanie związane z nowymi i starymi kategoriami GUS. Klient wpisuje do formularza tylko nową kategorię, a urzędnicza dopisuje także stary odpowiednik. Toteż do mojej kategorii usług związanych z informatyką przypisała “produkcję komputerów”. Jako, że z produkcji komputerów nie będę żył to poprosiłem o znalezienie innej starej kategorii. Pani przestała być miła i z wyraźnie niezadowoloną miną poszła drukować skorygowany dokument. Był to jedyny zgrzyt w bezbolesnym procesie początków samozatrudnienia.
Po załatwieniu GUSu zrobiłem sobie urlop i pojechałem nad Bałtyk. Przed wyjazdem wszedłem na stronę mBanku i złożyłem wniosek o otwarcie konta firmowego - załatwienie u nich konta miało trwać kilka dni. Tuż po tygodniowym urlopie spotkałem się z kurierem, który przywiózł mi umowę z bankiem. Umowa była konieczna, aby odwiedzić urząd skarbowy. Tam zgłosiłem, że będę prowadził działalność, płacił VAT, założę książkę przychodów i będę odprowadzał do państwa 19% podatek liniowy. W sumie to trzy formularze w dwóch okienkach i opłata za zgłoszenie VAT 170 złotych.
Potem czekała mnie już tylko wizyta w ZUS. Tutaj miałem do wypełnienia trzy druki pełne numerów i rubryk. Jako, że zgłaszałem całą pięcioosobową rodzinę, więc wyszło tego sporo.
Na tym zakończyłem ścieżkę rejestracyjną. Potrzebowałem na to ok. dwóch dni łażenia po urzędach i 270 złotych opłat oraz trzech tygodni jakie upłynęły od złożenia pierwszych papierów w gminie do wizyty w ZUSie.
Ogólne wrażenie mam dobre. Zawdzięczam to w dużej mierze mojej księgowej dzięki, której dokładnie wiedziałem, gdzie mam załatwiać jakie sprawy. Po drodze spotykałem nieszczęśników, którzy nie wiedzieli co, jak i po co mają wypełnić.
Z ogólnych obserwacji powiem, że zaskoczyło mnie, iż większość urzędniczek, z którymi miałem do czynienia to młodziutkie panie. Z moich poprzednich działalności gospodarczych pamiętałem raczej sporo starsze ode mnie pracownice. Po chwili zreflektowałem się, że poprzednio załatwiałem takie sprawy kilkanaście lat temu i wtedy nawet trzydziestolatka mogła mi się wydawać kobietą w poważnym wieku. Zaś obecnie, gdy blisko mi do czterdziestki, to nietrudno widzieć wokół masę młodych osób. Nawet te trzydziestolatki gotów jestem uznać za dziewczyny. Zmienił mi się punkt odniesienia, a ja jakoś zignorowałem upływ czasu.
Przypomina mi to historię z dzieciństwa, gdy ojciec wracał z pracy i mówił co tam zrobiły jego koleżanki. Np. oznajmiał, że “dziewczyny przyniosły do biura ciasto”. Znałem te panie z biura taty i to absolutnie nie były dziewczyny! To były zaniedbane panie w średnim wieku. Tak je postrzegałem swoimi chłopięcymi oczętami. Dzisiaj podobnie reagują nasze dzieci, gdy żona mówi o spotkaniu z “dziewczynami ze studiów”. Czyli pozostajemy na zawsze młodzi, tylko dzieci nam za szybko dorośleją!
Może jak już całkiem wydorośleją to zobaczą prawdziwe “jedno okienko Tuska”, z którego moi rówieśnicy sobie na razie żartują.

Celnicy, TP SA i działalność gospodarcza.

Mija pierwszy tydzień naszego mieszkania w Polsce. Zdaniem mojej znajomej T., która kilka razy przeprowadzała się pomiędzy kontynentami są trzy etapy reemigracji:
1. radość, że  znowu jesteśmy w swoim ukochanym kraju
2. frustracja, że wiele rzeczy nie jest taka jak sobie wymarzyliśmy
3. akceptacja tego co zastaliśmy i życie jak u siebie

Podobno pierwsze dwa etapy to zwykle w sumie kilka miesięcy, a nie więcej niż rok. Ja jestem niewątpliwie na etapie radości z przybycia do Polski.  Nawet kilka długich godzin w urzędach celnych wspominam z sympatią, jestem podbudowany założeniem nam telefonu w ciągu jednego dnia i nie straszne mi kilka tygodni czekania na uruchomienie mojej działalności gospodarczej.

Sprawa, którą miałem załatwić u celników wydawała się prosta i szybka. Nasłuchawszy się opowieści o urzędach celnych przygotowałem się na cały dzień zmagań. Miałem rację. Rozpocząłem około dziewiątej rano, a skończyłem około czwartej po południu. Chodziło o odprawę celną samochodu przywiezionego ze Szwajcarii jako mienie przesiedlenia.

Zgłosiłem się do urzędu celnego właściwego ze względu na moje miejsce zamieszkania. Po kilku godzinach uzupełniania brakujących dokumentów i wycieczek pomiędzy agencją celną, a urzędnikami usłyszałem, że oni nie chcą sobie zawracać głowy moją sprawą. Kazali mi jechać do urzędu celnego przy ulicy F., bo tam odprawiała moje meble i resztę dobytku firma przeprowadzkowa, więc niech tam załatwią także mój samochód. Ulica F. jest ok. 30 km od miejsca, gdzie usiłowałem odprawić samochód. Wiedziałem już od ludzi z agencji celnej, że z kierownikiem urzędu lepiej nie przeciągać struny i skoro on mnie wysyła na F. to lepiej jechać na F. i kropka.
Sprawa rozbiła się o moje niedoinformowanie. Wyjeżdżałem ze Szwajcarii z druczkami Eur1 oraz 11.030 podstemplowanymi przez szwajcarskiego celnika, który kategorycznie twierdził, iż mam jechać prosto do Polski i niczego nie potrzebuję od celników austriackich. Niestety mylił się. Potrzebowałem dokument tranzytowy T1, który mieli podbić Austriacy. Kierownik mojego lokalnego urzędu celnego zgodził się na odprawę bez tego dokumentu, ale jak się zorientował, że firma przeprowadzkowa nie oddała mi innego druku (dokument SAD), gdzie były szczegóły odprawy mebli to już stracił do mnie cierpliwość. Pracownik firmy przeprowadzkowej dowiózł mi dokument w ciągu godziny, ale to nie zmieniło sytuacji. Kierownik bezapelacyjnie pozbył się mojej sprawy, a pracownik agencji celnej przyjaźnie powiedział, że to piątek, a piątki to najgorsze dni na odprawę, bo urzędnicy chcą spokoju przed weekendem. Odparłem, że mam także urlop w poniedziałek. “Oj, poniedziałki to też są kiepskie. Najlepiej jeździć na cło między wtorkiem, a czwartkiem.”
Nie zraziły mnie te rady i ok. godziny 14:00 zjawiłem się  w urzędzie celnym przy ulicy F. Urzędnicy uznali, że mam od razu rozmawiać z kierownikiem to jest piątek po południu, więc oni nie wiedzą czy zająć się moją sprawą.
Koniec końców kierownik wyraził zgodę na rejestrację sprawy, ale uprzedził, że odprawa może się skończyć w poniedziałek. W ciągu godziny urzędnicy porzucili formalny ton. Zaczęli dopytywać mnie o Szwajcarię. Plotkowaliśmy o alpejskim życiu. Po jakimś czasie dołączył do nas rozchmurzony kierownik, a odprawa mojego samochodu przebiegła na marginesie naszych pogaduszek. Dostałem wszelkie wymagane pieczątki i formularze. Moje auto było już legalnym użytkownikiem polskich dróg (tzn. czekał mnie jeszcze przegląd i rejestracja).

O TP SA napiszę krótko: bardzo miłe zaskoczenie. Spotkanie z technikiem umówiłem telefonicznie kilka tygodni wcześniej. Facet przyszedł na czas, sprawdził linię, poprosił moją małżonkę o podpisanie umowy i po kilku minutach telefon był czynny!

Działalność gospodarcza to dłuższa historia. Mam za sobą dopiero jej absolutny początek: złożyłem wniosek w gminie. Wkrótce napiszę o dalszych etapach.

Być może czekacie też na podsumowanie pracy naszej firmy przeprowadzkowej? Nasze mieszkanie jeszcze jest pełne pudeł, więc z wnioskami poczekam do momentu, gdy ogłosimy oficjalny koniec przeprowadzki.

Lewy półprofil.

Czas wyrobić nowy dowód osobisty, a do dowodu potrzeba zdjęcia. Dowód będzie ładny, plastikowy i niezniszczalny. Super i światowo! Tylko po co polski rząd upiera się przy komplikowaniu życia obywatelom wymaganiem dziwacznej fotografii lewego półprofilu? Słyszałem teorię, że lewy półprofil jest bardzo charakterystyczny i lepiej identyfikuje posiadacza dokumentu. Tylko, że tego wynalazku sowieckich naukowców nie podziela reszta świata. Po niemal dwudziestu latach od wyjazdu Sowietów z Polski my wciąż wysyłamy obywatela do fotografa z informacją, że fotografia powinna zawierać lewy półprofil z widocznym lewym uchem.
Drogi Ministrze Spraw Wewnętrznych i Administracji, skończmy z komplikowaniem ludziom życia! Skoro w przypadku paszportów wymagamy taki sam standard zdjęć jak kraje zachodnie to może czas przypomnieć sobie o dowodach osobistych?

Next Page »