Archiwa kategorii: Państwo

Zatkało mnie, a Porcelanka pomogła.

Poprzez facebooka i blogi dotarły do mnie wieści o awanturze wokół ACTA. Uderzyła mnie masa wymiarów tej sytuacji. Każdy z poziomów zasługiwałby na osobną rozprawkę. Złapałbym się na początek za opisanie co od strony technologii odsłania mgła nowej regulacji; potem ugryzłbym temat śmierci (jeszcze przed solidnym narodzeniem) partycypacji obywatelskiej w naszym kraju; dalej pogaworzyłbym o wpływie świata korporacyjnego na instytucje publiczne w USA; w tej okolicy popływałbym w temacie nowego oblicza amerykańskiej cenzury wojennej na potrzeby wojny (lub przynajmniej stanu wyjątkowego), na którą Ameryka moim zdaniem dryfuje; doszedłbym do ewidentnego pozbycia się demokratycznych mechanizmów z instytucji europejskich; wróciłbym na nasze podwórko szukając odpowiedzi „kogo na pensje rządowe wyniosą nastolatki rozgoryczone zdradą Tuska?”; spojrzałbym na szanse jakie wolny internet dawał naszej młodzieży, która sprytem i pracowitością mogłaby wyrównać szanse na współdziałanie z dzieciakami z tłustego zachodu; doszedłbym do analizy korzyści utraconych przez Polskę przez delegowanie polityki na moralne i patriotyczne miernoty; tu wciągnąłby mnie temat pogodzenia patriotyzmu z duchową więzią z każdym człowiekiem na Ziemi; byłbym już w działce duchowości, która może przekształcić oblicze Ziemi w sposób jaki się filozofom nie śniło.

Jak się domyślasz Drogi Czytelniku, od takiej ilości ciężkostrawnych tematów najnormalniej mnie zatkało. Wydobyłem z siebie jedynie wpis o Matce Teresie, bo jej pomysł na skupienie się wokół dobra i pokoju wydał mi się najskuteczniejszą drogą wyprowadzenia nas wszystkich z labiryntu rozczarowania, złości, strachu i dezorientacji.

Jeśli rodzi się potrzeba bycia w takiej sytuacji razem z innymi, to pokojowe spotkania, medytacja i modlitwa wydają się drogą przemiany tych stanów we współczucie, miłość i chęć czynienia dobra.

Zatem po wrzuceniu na bloga słów i zdjęcia Matki Teresy, korek został tam, gdzie mi utknął. Na szczęście pomocna okazała się Porcelanka, czyli „Porcelanka – blog o książkach, poezji, herbacie, przyrodzie i filozofii”. Czytuję kilkadziesiąt blogów. Mam je podpięte pod Google Reader. Część z nich wrzuciłem do worka „Daily Reading” i codziennie tam zaglądam. To taka moja codzienna prasówka, bo gazet nie kupuję, telewizji nie posiadam, a radia unikam.

Właśnie mój Google Reader wyrzucił „List otwarty do miłościwie nam panującego Premiera” wysłany z bloga Porcelanki.

Z szacunkiem przeczytałem to jak Porcelanka wyraża swoje oburzenie zachowaniem Donalda Tuska.

Potem wdałem się z Porcelanką w blogowy dialog, czego zapis znajdziecie w komentarzach pod jej wpisem.

Z serca polecam Wam odwiedziny u Porcelanki.

Zakończę zawołaniem zasłyszanym w nowej piosence Marcina Stycznia: „zacznij żyć!”

Kaczyński czy Tusk, Ty wybierzesz ofiarę.

Czuję się jak na wyborach prezydenckich w państwie, gdzie lider ma bardzo dużą władzę, łącznie z władzą ustawodawczą.

Do tego w pakiecie wybieram gwardię przyboczną lidera.

Mamy głosowanie na jednego z dwóch kandydatów. Zresztą Platforma Obywatelska mówi na swoim plakacie wprost: „Tusk czy Kaczyński, ty wybierzesz premiera”.

Mieszkamy w dość dużym kraju. Ludzi tu sporo. Mamy wielość poglądów. Mamy rozmaite pomysły na życie i na Polskę.

A tu pod bokiem wyrósł nam taki potworek systemowy, gdzie tradycja parlamentaryzmu umarła nim się u nas zaczęła.

Chciałbym wybrać mojego posła. Chciałbym, aby był to człowiek reprezentujący moje patrzenie na nasz wspólny interes.

Zamiast tego, wybór sprowadzamy do dwóch kiepskich (moim zdaniem) liderów. Ich wizja Polski, ich obyczaje, sposób traktowania współpracowników, skuteczność w załatwianiu wspólnych spraw są mi obce.

Jak zagłosuję? Oddam głos na faceta z listy wyborczej, który w internetowej ankiecie wyraził poglądy podobne do moich, a do tego ma jakieś doświadczenie samorządowe. Wiem, że koniec końców oddaję głos na jego szefa. Zły jestem, bo obydwóch prawie premierów wysłałbym do jakieś małej i nieskomplikowanej gminy, aby jako radni nauczyli się jak działać dla dobra wspólnego i jak szanować ludzi, którzy są z nimi, i którzy są przeciw nim. W sejmie chciałbym widzieć innego formatu ludzi.

Podobno jaki naród tacy jego przedstawiciele. Moim zdaniem Polacy są coraz fajniejsi i mają coraz sensowniej poukładane w głowach. Zatem wierzę, że prędzej czy później ten pozytywny trend dotrze do szamba zwanego Sejmem RP.

Niech Bóg zachowa polską policję w zdrowiu i z daleka od nas.

Mojemu gościowi ze Szwajcarii skradziono w Warszawie iPhona.
Wczoraj odwiedził trzy komisariaty – najbliższy biura, rejonowy oraz właściwy, ze względu na miejsce kradzieży.
Chciał dokonać zgłoszenia i otrzymać pisemne potwierdzenia dokonania zgłoszenia.
Nic nie załatwił. Pod pretekstem braku numeru identyfikującego urządzenie (IMEI), policjanci twierdzili, że nie wydadzą zaświadczenia nawet jak by przyjęli zgłoszenie.

Koniec końców kolega odleciał do domu bez zaświadczenia, a ja porozmawiałem z Oficerem Dyżurnym Komendy Stołecznej, który uznał, że gdybym zadzwonił w czasie, gdy kolega był na komisariacie to sprawa byłaby załatwiona w pięć minut.
Inaczej mówiąc, jak to skonkludowali komicy z kabaretu Ani Mru-Mru: „Dziwny jest nasz kraj – trzeba kogoś naprawdę wielkiego w dupę kopnąć, żeby się los do Ciebie uśmiechnął”.

Teraz mogę składać skargę i pewno skończyłoby się przyczepieniem się szefów do szeregowych policjantów, którzy wczoraj gadali z moim gościem. Tylko po co? Przecież to nie policjantki przy okienku wymyśliły, że zniechęcenie petentów do zgłaszania przestępstw poprawia statystyki przestępczości w naszym kraju…

Śmieci.

Czy opłaca się segregować, a potem przetwarzać śmieci?
Podobno tak i do tego całkiem nieźle.

Ostatnio rozmawiałem z Australijczykiem, który „pracuje w śmieciach”.
Buduje spore stacje przetwarzania odpadów, zarządza nimi, a zyskiem dzieli się z lokalnymi społecznościami, w których prowadzi interesy.
Jedna stacja obsługuje około miliona mieszkańców.
Jak usłyszał, że za wywóz śmieci płacę miesięcznie około stu złotych, to stwierdził, iż jego australijscy klienci mają taniej. Lecz jak mu wspomniałem, że za oddanie kilograma makulatury trzeba w Pruszkowie zapłacić pięćdziesiąt groszy, to sprawdzał, czy dobrze zrozumiał, że to ja płacę, a nie mnie płacą.

Tak niestety jest w naszej okolicy. Nieliczne kontenery na makulaturę mają malutkie otwory i większe kartony trudno tam wrzucić. Zaś zakład oczyszczania przyjmuje makulaturę odpłatnie.

Australijczyk pokiwał głową, jednocześnie coś w myślach przeliczał. Po czym oznajmił, że może zapłacić kilka dolarów od każdej tony przyjętych śmieci.

Kilka tygodni wcześniej widziałem się z człowiekiem, który miał do czynienia ze śmieciami w Polsce. Jego zdaniem to jest kosztowny biznes i udaje się tam, gdzie jest dotowany z publicznych pieniędzy.

Wobec tego skąd Australijczyk bierze zysk w biznesie, który ponoć musi być dotowany?
Przetworzone odpady sprzedaje pośrednikowi, który dalej je upłynnia. Ponoć głównie w Chinach.

Tym sposobem poszerzyłem swoje horyzonty śmieciowe. W Polsce do segregacji trzeba dopłacać, a w Australii można z tego żyć.

Czołgiem po osobówkach, ciąg dalszy, czyli „fajnie, tylko jak tego dokonać?”

Tydzień temu pisałem o praktykach empikopodobnych. Skomentował to telemach na blogu oraz A.J. na mojej facebookowej ścianie.

Telemach zadał serię pytań:
„Co na to konsumenci? Co na to organizacje konsumenckie? Jaka jest pozycja organizacji przedsiębiorców? Co na to prawodawca? I co na to diktum mówi konkurencja?”
Oczywiście znał odpowiedź, co brzmiała „nic”.
Ja sobie pojadę po tych odpowiedziach szerszym strumieniem słowotoku.
Konsument: płacze i płaci. Świadom biznesowego bandytyzmu empiku, szukałem w innych księgarniach książki, która u nich była za 32 złote; w końcu znalazłem w wysyłkowej księgarni w Dąbrowie Górniczej za 29 złotych. Morał z tego taki, że konsument nie musi przepłacać w empiku, może przepłacać w dowolnym innym sklepie.
Organizacje konsumenckie: przepraszam, jakie organizacje? Organizacje i działalność społeczna to staroświecki wymysł komunizmu; nowoczesny Polak ma gotową do użycia serię żartów o śmiesznych ludziach, co robią z siebie pośmiewisko bezpłatnie zawracając głowę innym.
Organizacje przedsiębiorców: to ja się mam martwić tym, że mojego konkurenta ktoś legalnie oskubał? Z innymi przedsiębiorcami to my możemy zaapelować, żeby VAT był niższy, ale wtrącać się niewidzialną rękę wolnego rynku?
Prawodawca: ależ trzeba pilnie zająć się ustawami o układaniu asfaltu pod autokary kibiców 2012 oraz dolewaniu oliwy do ognia w bliskich mordobiciu pyskówkach miłujących kobiety socjaldemokratów z kochającymi nienarodzone dzieci katolikami.
Konkurencja: patrz punkt o konsumentach (tj. konkurencja też się wyżywi przy takim ustawieniu rynku).

Czy ja chcę przez to powiedzieć, że jesteśmy beznadziejnie głupią społecznością, która jest skazana na bycie kolonią dostarczającą światu wykształconych niewolników i naiwnie otwarty, chłonny rynek zbytu dziadowskich produktów o luksusowych cenach?

Nie. Ja chcę powiedzieć, że jest przed nami nadzieja. Widzę nadzieję w tym, że zaczniemy chronić to co zdrowe i normalne. Do tego potrzebujemy odwagi w wyrażaniu swoich opinii o tym co jest normalne, a co chore. Do tego potrzebujemy odwagi posiadania własnego zdania. Zaś własne zdanie przychodzi z pakietem zaakceptowania tego, że mogę nie mieć racji, mogę się pomylić, mogę powiedzieć głupotę i przyjąć tego konsekwencje. O ileż to trudniejsze od wysłuchania w radiu jakie poglądy są w tym sezonie „obciachowe”, a jakie modne, i potem bezmyślnego ich powtarzania w pracy, w szkole, na ulicy i w rodzinie.

A.J. napisała: „fajnie, tylko jak tego dokonać? to chyba nasza narodowa przywara, bo generalnie mamy tendencję do takiego właśnie traktowania sprzedawców, uważając, że jako klienci mamy do tego prawo, a duzi tylko robią to w większej skali… może warto zacząć od wpajania szacunku do innych, w tym sprzedawców, naszym dzieciom?

„Szacunek.” To jest chyba słowo klucz. Czy tego u nas nigdy nie było? Czy było, ale gdzieś zaginęło?
Szacunek do człowieka. Tak po prostu, szacunek bo jest człowiekiem. Może być kasjerką, taksówkarzem, posłem, policjantem, uczniem, ochroniarzem, pacjentem, parafianinem, byłym ubekiem, prostytutką, nowobogackim, podwładnym, sąsiadem, własnym dzieckiem. Jesteś człowiekiem i odnoszę się do Ciebie stosownie do tego.

Czyli może potrzebujemy pary innowacji: odwagi bycia sobą oraz nawyku szacunku dla człowieka.
Może wtedy ci, co lubią działać społecznie stworzą obywatelską alternatywę dla Federacji Konsumentów, a inni konsumenci z szacunkiem będą wspierać działania dla dobra wspólnego. Może biznesmen widzący krzywdę swojego konkurenta głośno powie co mu dyktuje sumienie i stanie w obronie niszczonego kolegi. Zaś inni przedsiębiorcy uszanują taki gest. Może w parlamencie głos zabierze poseł, który zamiast „zwycięstwa w walce o utrzymanie władzy” będzie widział sposoby wspólnego z wszystkimi parlamentarzystami tworzenia prawa, by budować zdrowe ramy biznesu w Polsce. Zaś jego partyjni koledzy uszanują przełamanie partyjniackiego prymitywizmu.
Może konkurent będzie sprzedawał książki z 20% marżą, bo uzna, że tyle jest w porządku wobec czytelnika. Itd.

To wszystko chyba jest tak proste, jak uświadomienie sobie, że każdy z nas odpowiada za to jak żyjemy tu i teraz. Jest to chyba też tak trudne jak wyrwanie się z odmóżdżającego hipnotycznego snu wędrówek po telewizyjnych kanałach, korytarzach galerii handlowych, witrynach salonów samochodowych i  ucieczki przed samym sobą w dużych ilościach wysokoprocentowego alkoholu.

Czołgiem po osobówkach.

Za biznesową chorobę uznaję to, że „kupując książkę w Empiku, największej sieci księgarni w Polsce, nawet 55 proc. jej ceny wrzucasz do kieszeni tego dystrybutora. Pozostałe 45 proc. trafia do wydawcy i autora, ale tylko teoretycznie, bo Empik płaci swoim kontrahentom dopiero po pół roku” (http://www.wprost.pl/)

Myślę, że potrzebujemy zmiany w ocenie tego co w biznesie jest normalne, a co jest patologiczne.
Moim zdaniem, normalna jest realizacja swoich pasji poprzez budowanie projektów biznesowych, skupianie wokół nich ludzi, którzy będą uczciwie traktowani, oraz budowanie relacji z partnerami w oparciu o dotrzymywanie danego słowa, budowanie wzajemnego zaufania i odpowiedzialności za te relacje.

Dla odmiany, słyszałem o spotkaniu z polskim przedstawicielem międzynarodowego finansisty, którego firma wysysa kapitał od dostawców, poprzez marże na kosmicznym poziomie, oraz przez systematyczne lekceważenie terminów płatności faktur.
Na pytanie dlaczego firma tak traktuje swoich partnerów biznesowych, jej człowiek odparł, że skoro są tak duzi to mogą sobie na to pozwolić.
Polski pracownik zagranicznego inwestora powiedział to człowiekowi, który od dwudziestu lat prowadzi rodzinną firmę i ma opinię biznesowego gracza fair play. Ostatnio ten lokalny przedsiębiorca wziął kredyt obrotowy, bo zaległości w płatnościach ze strony dużego partnera stawały się niebezpieczne dla stabilności firmy.

Moim zdaniem to jest nienormalne.
Rozumiem pazerność mieszkającego w jakimś raju podatkowym geszefciarza, który wybrał ścieżkę biznesu poprzez kontakty z postkomunistami. Koledzy pomagają mu robić nad Wisłą złote interesy, a on swoją pracowitością i sprytem pomnaża kapitał. W sposób egoistyczny i z determinacją, osiąga swoje cele kosztem innych. Pewno tak lubi i może daje mu to satysfakcję. Budowanie zaufania i więzi z szerszą grupą ludzi mieszkających w naszym kraju są mu pewno niepotrzebne.

Lecz nie rozumiem powszechnej w Polsce wyrozumiałości dla takiej postawy. Nie rozumiem wyrażania tonem wyjadacza rynkowego komentarza o normalności takich zachowań.
Zatrzymywanie dla siebie ponad połowy pieniędzy ze sprzedaży mojego towaru i zaleganie mi z wypłatą przez pół roku jest patologiczne.
Mówienie o tym, jak o czymś naturalnym dla rynku i przedsiębiorczości jest, w moim odczuciu, złe i psuje nasz kraj.

Bowiem w konsekwencji takiego patrzenia na sytuację (i takiego o niej mówienia) ludzie nastawieni na przedsiębiorczość, wyrastający w takim rozumieniu świata, mogą uznać, że rozwój biznesu to wspinaczka kosztem słabszych graczy.

Jeśli kupię sobie czołg, wyjadę nim na ulicę i dotrę do pracy taranując zagradzające mi drogę samochody, to postronny obserwator moich działań może skomentować, że jestem tak duży, iż mogę sobie pozwolić na takie działania. Lecz pewno większość uzna mnie za niebezpiecznego wandala, który jest zagrożeniem dla otoczenia. Jak nie perswazją, to środkami przymusu skłonią mnie, abym przestał siać zniszczenie.

Co z czołgami polskiego biznesu? Może poprosić ich, aby nie taranowali innych przedsiębiorców?

Pieskie życie we własnym domu.

„W świecie w którym wszystko jest tylko na sprzedaż jeśli nie masz pieniędzy to nic nie masz. Jesteś kundlem wyrzuconym z domu.” – napisał Kartek w komentarzu do mojego ubiegłotygodniowego tekstu o materialnej przepaści między bogatymi i biednymi Polakami.

Smutno mi, jeśli ktoś obok mnie czuje się jak „kundel wyrzucony z domu”.
Co możemy zrobić, aby temu zaradzić? Ściślej, co konkretnego ja mogę zrobić, aby każdy czuł się wśród innych Polaków jak u siebie w domu?

Przede wszystkim uważam, że problem leży gdzie indziej niż pieniądze.
Czy jeśli każdemu napotkanemu nieszczęśnikowi dam 30 tysięcy złotych to już będzie zadowolony z życia? A może to od 100 tysięcy zaczyna się szczęście? Może się okazać, że chodzi o milion złotych? A może nie tędy droga?

Wczoraj, na spotkaniu z zaprzyjaźnionym małżeństwem, podjęliśmy ten temat. Oni też widzą tą drugą, smutną i żyjącą w poczuciu beznadziejności część naszego narodu. Rozmawialiśmy kilkadziesiąt minut kombinując co takiego możemy zrobić?
Rozstaliśmy się bez konkretnej odpowiedzi.
Lecz została mi w głowie myśl, która padła podczas rozmowy. Szansą Polaków byłaby wzajemna współpraca, współdziałanie i wspólne inicjatywy. Nastawienie na indywidualny sukces i rywalizację z otoczeniem może prowadzić nas w niebezpiecznym kierunku. Co by było, gdyby Polska była wzorem pracy z innymi i wspólnych osiągnięć? Czy wtedy zniknęłoby poczucie „kundla wyrzuconego z domu”?

Demokracja biega na golasa.

Realne jest to co widzimy w najbliższym otoczeniu, to czego sami doświadczamy. Gdy czujemy rozdźwięk między osobistymi obserwacjami, a tym jaki obraz trafia do nas przez media, to radzę postawić na to pierwsze.
Pamiętacie baśń Andersena o nowych szatach cesarza? Masa ludzi uwierzyła, że ich władca przechadza się w pięknym stroju. Żadnych szat nie było. Na szczęście jakiś dzieciak, który miał dystans to tej zwariowanej manipulacji, powiedział co widzi, a w zasadzie czego nie widzi. Inni widzowie dali sobie wcisnąć nieistniejącą tkaninę. Za manipulacją stało dwóch spryciarzy potrafiących zagrać na ludzkich słabościach.

Królowie odeszli u nas na karty historii. Mamy demokrację. Lecz podzielam opinię, że także dzisiaj ktoś tka jej nowe nierealne szaty.
Może to media? Albo nauki społeczne? Eksperci? Instytucje opiniotwórcze? Marketingowcy? Zdaniem Anny Gizy oni wszyscy należą tej symbolicznej gałęzi przemysłu, która zamiast działać w naszym najlepszym interesie, robi coś dokładnie przeciwnego. Np. „marketingowcy mają nas przekonać do zakupu niestniejących szat”. Ten symboliczny przemysł celowo buduje dystans między naszym realnym doświadczeniem, a obrazem kreowanym na potrzeby oniemiałych gapiów.

Słowa Anny Gizy zainspirowały mnie do przemyśleń. Zachęcam Was do wysłuchania tego dwudziestominutowego wystąpienia, gdzie profesor Giza dzieliła się swoimi refleksjami o współczesnej demokracji (link).

Materiał pochodzi z TEDxWarsaw 2010. Przy okazji informuję, że 24 marca odbędzie się kolejna konferencja TEDxWarsaw. Wciąż można uzyskać zaproszenie do osobistego udziału. W dniu konferencji wszystkie wykłady będą też transmitowane w internecie. Szczegóły na http://tedxwarsaw.com/ .

Z przyjemnością poczytam o Waszych refleksjach i inspiracjach na temat demokracji biegającej na golasa, jeśli zechcecie się nimi tutaj podzielić.

Wybory 2030.

Marzę o tym, by za dwadzieścia lat iść na wybory prezydenckie i mieć straszne wątpliwości na kogo oddać głos, bo każdy z kandydatów będzie, w moim odczuciu, doskonale nadawał się do pełnienia funkcji głowy państwa.

Uważam, że w tym roku mieliśmy tylko kiepskich kandydatów. Co z kolei, jest dla mnie logiczną konsekwecją tego, iż życie publiczne i dbanie o dobro wspólne jest konkurencją, gdzie mamy sporo do zrobienia.
Swoją diagnozę sytuacji dobitnie wygłosiłem po smoleńskim wypadku (http://blog.swojak.info/?p=112). Dzisiaj skupiam się na tym co zrobić, aby sprawy miały się coraz lepiej. Uważam, że kluczem do zmiany są dzieci i młodzież. Z nich może wyrosnąć nowe pokolenie osób szukających porozumienia z innymi, zjednujących sobie współpracowników, ceniącymi różnorodność opinii, kontunująch mądre działania bez względu na zmiany na kierowniczych stanowiskach, otaczający się ludźmi wybitnymi i przerastającymi ich w dziedzinach, którymi się zajmują.

Wiem, że perspektywa wykształcenia takiego pokolenia liderów jest realna. Jednak potrzeba nad tym popracować. Potrzeba dać młodym ludziom umiejętności i wzorce, które oderwą ich od arogancji, kłótliwości i nienawiści prezentowanych przez dzisiejszych mistrzów życia publicznego.
Dwadzieścia lat temu, po odzyskaniu przez Polskę wolności, słyszałem głosy, że normalizacja polskiego życia publicznego będzie wymagać kilku dekad, bo musi odejść pokolenie osób skażonych życiem w systemie komunistycznym. Czekaliśmy, aż magiczna różdżka czasu cudownie przemieni nasz kraj. Nie przemieniła. Starzy urzędnicy i politycy przyjmują pozę mistrzów i nauczają młode pokolenie. Gdy spotykam urzędników wrogich obywatelom, myślących kategoriami represjonowania obywatela przy pomocy aparatu administracyjnego to wiek gra tu niewielką rolę. Tak dwudziestoletni jak i pięćdziesięcioletni urzędnicy miewają przekonanie, że stoi przed nimi petent, który jest na łasce ich urzędniczej dobrej lub złej woli.
Doskonale – moim zdaniem – opisał to Mirosław Barszcz w Walec drogowy, czyli kto tu właściwie rządzi. Uważam, że ten absurd musimy przełamać niszcząc tą chorą sztafetę pokoleń.
Wykształćmy młodzież angażującą się w sprawy społeczne, szerzącą zaufanie i wzajemną pomoc.
Umiejętności społeczne są wyuczalne. Może w szkołach warto odpuścić sobie trochę bezmyślnego wkuwania haseł encyklopedycznych i wykorzystać zyskany czas na naukę pracy z innymi?
Oczywiście wpadamy na mieliznę tego, kto będzie prowadził takie zajęcia. Z niepreprezentatywnej próbki nauczycieli, których licznie spotykam przez ostanie dwa lata, wyłania się obraz masy upośledzonych społecznie transmiterów informacji podręcznikowych. Na szczęście raz na jakiś czas wpadam na pedagoga, w którego oku widzę iskrę pasji pracy z uczniami i wiarę w to, że praca nauczyciela dosłownie zmienia naszą przyszłość.

Na miarę swoich możliwości planuję mieszać w polskiej edukacji, wtrącać się w to co jest uczone i wnosić świeży powiew do szkół.
Moim celem jest pójście na wybory prezydenckie około roku 2030, dumne odczytanie listy kandydatów i uznanie, że każdy z nich jest dobrym kandydatem na to stanowisko.

Jakie masz pomysły na pozytywną zmianę w edukacji polskiej młodzieży? Co, na bazie swoich obserwacji i doświadczeń, proponujesz jako element wykształcenia lepszego pokolenia? Co sądzisz o perspektywie uspołecznionej Polski roku 2030?

Praca (?) społeczna po polsku.

Kiedyś poświęciłem sporo czasu na opisanie polskojęzycznych stron dotyczących Szwajcarii. Każdą z nich zweryfikowałem i podsumowałem. Robiłem to jako redaktor pustawego działu Otwartego Katalogu ODP. Postanowiłem skatalogować strony opisujące Helwecję, aby ułatwić rodakom zbieranie informacji o tym kraju. Z zadowoleniem ukończyłem robotę, gdy wkrótce przeważająca większość opracowanych przez mnie linków trafiła do kosza. Jak się dowiedziałem, inny społeczny redaktor, nadzorujący moją pracę, uznał, że zaśmiecam katalog tak obszernym katalogowaniem Szwajcarii. Na szczęście miałem kopię tego co zgromadziłem. Usuniętą zwartość opublikowałem na swojej stronie, gdzie linki do dzisiaj służą internautom.
Wtedy dyskusja z wolontariuszem na kierowniczym stanowisku przypominała rozmowę przysłowiowego chłopa z obrazem. Więc wyciągnąłem nauczkę i zająłem się swoimi prywatnymi stronami, zostawiając polskojęzyczne ODP ludziom o grubszej skórze i mniejszym przywiązaniu do swoich wytworów.

Minęło kilka lat. Podkusiło mnie, aby ponownie wejść w wolontarystyczną współpracę w polskojęzycznym internecie. Podjąłem się bezpłatnego przygotowaniu polskich napisów do wykładu na temat rynku mediów. Spędziłem trochę weekendowych i wieczornych godzin na dopieszczanie tekstu półgodzinnego wystąpienia znamienitego biznesmena z Doliny Krzemowej. Po przekazaniu materiału wydawcy, przydzielono mi korektora. Podobnie jak ja, pracował on społecznie. Zgodnie z formalnymi zaleceniami właściciela materiału, wysłałem koledze swój numer telefonu, skype i e-mail, deklarując dyspozycyjność podczas modyfikacji tekstu. Amerykański właściciel witryny skrupulatnie wypisał zalecenia w sprawie korekty, apelując o daleko idącą wstrzemięźliwość przy ingerowaniu w pracę tłumacza i systematyczną współpracę z autorem tłumaczenia. Przez kilka tygodni korektor milczał, aż pewnego dnia wydawca powiadomił mnie, iż moje tłumaczenie jest w drodze do publikacji. „Moje tłumaczenie” było moim już tylko formalnie. Większość zdań została zmieniona. Najwyraźniej pierwotny styl nie pasował redaktorowi-wolontariuszowi. Szyk zdań i słownictwo zostały skutecznie ustawione na modłę korektora. Na moje pytanie o zaskakującą skalę zmian i brak komunikacji ze mną, odparł, że robił to w ostatniej chwili, ale ze wszystkiego może się wytłumaczyć. Styl jego tekstu uważam za porządny, lecz nie jest to mój styl. Chcę byśmy wybrnęli z tej sytuacji, więc przerwy na lunch spędzam analizując linijka po linijce zmiany w tekście.  Mimo wszystko cieszę się, że internauci będą mieć możliwość zobaczeniu polskiej wersji filmu. Szkoda, że dokonuje się to po partyzancku. Mimo, że mieliśmy narzucone formalne ramy współpracy, był regulamin, było dość czasu i była możliwość partnerskiej współpracy ze mną.

Moje doświadczenia są zbyt skromne, aby wnioskować o tym, ile racji jest w słowach osób, które pouczały mnie, że w Polsce szacunek dla pracy i wysiłku innej osoby jest dużo niższy niż na Zachodzie, zaś praca społeczna nie jest tu uznawana za pracę. Trudno też powiedzieć ile prawdy było w pouczeniach tych co twierdzą, że dopiero zabójcza cena sprawia, że rodacy spoglądają z uznaniem na Twój produkt. Od zawsze angażowałem się społecznie. Wierzę, że to jeden ze skutecznych sposobów zmieniania świata. Chcę by inni mogli korzystać z mojego dorobku niezależnie od swojej sytuacji materialnej. Dalej będę tak czynił. Trochę rzeczy robię anonimowo (np. ten blog), pod innymi się podpisuję. Lecz jak trafnie wybrać formę pracy wolontarystycznej? Jak zbadać grunt wolontarystyczny, by unikać rozczarowań?

Jakie są Twoje doświadczenia angażowania się w zorganizowaną, formalną pracę społeczną w Polsce? Jak to wygląda? Jak sprawdzasz czy Twoja praca i zaangażowanie zostaną wykorzystane zgodnie z Twoją intencją?