Archiwa kategorii: Ogólnologia

Karmienie ego – blogowy łańcuszek.

Życie dopisało ciąg dalszy mojego wpisu o blogosferze.
Dostałem wiadomość, że Wasp wymieniła swojak.info wśród swoich ulubionych blogów.
Tym samym dotarł do mnie łańcuszek sprawiania przyjemności zaprzyjaźnionym blogom pod hasłem „The Versatile Blog”. Oto jego zasady:

1. Podziękuj i napisz adres blogu, który wręczył Ci nagrodę .
2. Napisz 7 faktów o sobie.
3. Podaj siedem blogów, na której najczęściej i najchętniej wchodzisz.
4. Powiadom blogi o wygranej.

1. Wasp (z http://minimalistkaa.blogspot.com/), serdecznie Ci dziękuję. Miło mi, że lubisz tu zaglądać.

2. (i) Wcieliłem się w Łukasza Swojaka w styczniu 2008; (ii) narzuciłem sobie  zasadę publikowania nowego wpisu w każdą środę ok. 18:30; (iii) mam dobre i szczęśliwe życie; (iv) uwielbiam podróże; (v) dobrze odnajduję się w nowym środowisku; (vi) cieszy mnie bliskość lasu; (vii) mam sporo do zrobienia.

3.  W kolejności alfabetycznej, z blogów po polsku, stan na dziś (zmienia się często): http://appfunds.blogspot.com  (bo jest moim głównym, informatorem ekonomicznym), http://www.kartkazpodrozy.eu  (bo lubię), http://laitman.pl/(bo mnie inspiruje),  http://minimalistkaa.blogspot.com/(bo brzmi prawdziwie), http://olgierd.bblog.pl/ (bo cenię to co robi), http://porcelanka.wordpress.com/ (bo tam pięknie), http://pytania.wordpress.com (bo brzmi mądrze).

4. Postaram się (tj. wysyłam e-mail, tam gdzie autorzy podali go na blogu).

Blogosfera, czyli spacerkiem wśród znajomych.

Ostatnio zastanawiałem się nad znaczeniem blogosfery. Nad takim zupełnie prywatnym znaczeniem, czyli czym blogi są dla mnie?

Przede wszystkim jest to moje okno na świat. Kiedyś, gdy znajoma dowiedziała się, że prawie nie korzystam z telewizji, radia, ani gazet, drążyła temat pytając skąd czerpię informacje, co czytam? Odparłem, że między innymi czytam sporo blogów. Faktycznie blogosfera to moje mass media. Codziennie zaglądam do swojego Google Readera, gdzie mam ze dwa tuziny blogów. W jednym miejscu mam podsumowanie wpisów moich ulubionych autorów.

To taka namiastka spaceru przez centrum miasteczka, gdzie wszyscy się znają. Posłucham co słychać u tego faceta co kieruje sporą firmą; dowiem się jaka książka zrobiła wrażenie na mojej znajomej; zatrzymam się przy prawniku, który wyłapuje absurdy przepisów w naszej społeczności; wpadnie mi też w ucho kilka tematów ze świata i gospodarki itd.

Poza tym blogowanie jest w moim odczuciu bardzo ciekawą ewolucją tradycji pamiętnikarskiej. Dla mnie blog jest mniej osobisty niż dziennik, moje wpisy są z definicji przeznaczone dla publiczności, dając radość wymiany zdań z tymi, którzy czytają.
Co więcej, publikacja (zwykle pośmiertna) dzienników, robi z nich wydarzenie masowe, bo zapiski mają trafić do tysięcy czytelników.
Zaś moje ulubione blogi są kameralne, pod wpisami pojawia się kilka komentarzy. Czytelników jest pewno kilkudziesięciu, lub może kilkuset. Daje to niepowatarzalne poczucie bezpośredniego kontaktu z autorem.

Najpierw odkryłem radość blogowania, a dopiero po jakimś czasie zauważyłem istnienie blogosfery. Zaczynając prowadzenie bloga, zależało mi na uchwyceniu wrażeń związanych z dużą zmianą w moim życiu: przeprowadzką ze Szwajcarii do Polski. Niektórzy czytelnicy komentujący moje teksty, podawali adresy stron ze swoimi zapiskami. Zaglądałem na ich witryny, tam znajdowałem ich ulubione strony. W ten sposób wciąż odkrywam nowe blogi, które są dla mnie inspiracją lub źródłem informacji. Pod tekstami, które mnie szczególnie zainteresowały, pozostawiam swoje komentarze. Potem ktoś zagląda na mój blog, pisząc, że zrobił to pod wpływem mojej wypowiedzi u innego autora.

Blogi mają wpływ na moje postrzeganie świata; na książki, po które sięgam i na oglądane filmy. Wiem, że także moje teksty wywierają wpływ na innych.

Patrząc na rozwój internetu, i na przyniesione przez niego rozmaite narzędzia, to stawiam na bloga jako wynalazek, który darzę największą sympatią. E-mail, strony www, fora dyskusyjne, bankowość elektroniczna, sieci społecznościowe, komunikatory tekstowe i głosowe, serwery z filmami, wirtualne sklepy, aukcje, radio internetowe, chmura z dokumentami i zdjęciami to wszystko jest dostępne z mojego komputera. Lecz jeśli, któregoś dnia zabraknie prądu (lub coś innego na dobre odetnie mnie od internetu) to chyba mocno zatęsknię tylko za tymi kilkunastoma blogami z mojej blogosfery.
Cała reszta ma, moim zdaniem, zupełnie przyzwoite odpowiedniki poza internetem.

Jakie są Twoje refleksje na temat blogowania? Jak korzystasz z blogów? Co Ci daje blogosfera?

Nie przegap wiadomości (rodzinnych), to tylko 20 minut!

Wieczorem znajdźmy czas, aby usiąść z najbliższą osobą i porozmawiać jak minął dzień. Może wspólna rodzinna kolacja jest do tego dobrą okazją?

Co raz wpadają mi w ręce jakieś podsumowania badań z nauk społecznych, poradniki dla rodziców i dla małżonków, wykłady na temat funkcjonowania człowieka, czyli publikacje odruchowo wyłapywane przez mój radar psychologa frontowego. Jak echo, odbija się od wielu z nich hasło codziennego rodzinnego spotkania. Brzmi to jak renesans rodzinnego stołu, gdzie w cieple i bezpiecznie zasiadają domownicy, aby być razem.

Wprowadziliśmy w życie masę wynalazków mających wznieść międzyludzką komunikację na wspaniałe wyżyny. Lawina technik komunikacji nabierała tempa od dziewiętnastego wieku. Gazety dostawały globalne doniesienia, dzięki użyciu telegrafu. Potem telefon, radio, telewizja, internet, telefonia komórkowa, gry interaktywne, blogi, sieci społecznościowe sprawiły, że inni ludzie i ich sprawy są natychmiast na wciągnięcie naszej ręki. Dotarliśmy do ściany absurdu. Tak ściśle wypełniliśmy życie rodzinne sprawami obcych ludzi, że straciliśmy kontakt z najbliższymi.

Matka więcej wie o losie ofiar powodzi na Filipinach, niż o pasjach swojego dziecka. Nastolatka w szczegółach zna przebieg kuracji odwykowej swojej ulubionej gwiazdy, a nie ma pojęcia, że jej własna matka przeżywa katusze czekając na wynik swoich badań lekarskich.

Kiedy to się stało? To pewno przez ten internet, bo domownicy przykleili się do ekranów komputerowych! Czyżby? Przecież na wiele lat przed wynalezieniem Facebooka, Lombard śpiewał o szklanej pogodzie i szybach niebieskich od telewizorów (niebieskich? tak, bo to było wtedy, gdy ekrany były czarno-białe). Czyli winny jest telewizor? A może radio? A może gazety?

Myślę, że zmiany następowały powoli. Media odnajdowały swoje sposoby rozpanoszenia się w naszych domach.
Pewno w każdym pokoleniu były zmiany i miały one wpływ na życie rodzin. Media stopniowo zagłuszały domowe dialogi.

Moi dziadkowie czytali prasę i słuchali radia. Pewno dzięki temu sprawy świata zajmowały w ich domu więcej miejsca, niż w domu pradziadków. Lecz telewizja rozkwitła, gdy dziadkowie byli już w wieku emerytalnym. Przypuszczam, że refleksyjnie patrzyli na to jak nowe medium wdziera się do rodzin, rozsiada w dużym pokoju i przekrzykuje bliskich im ludzi.

Moi rodzice byli z pokolenia telewizyjnego. Szklany ekran był częścią ich dorosłej codzienności. Był traktowany jak oczywisty element domu. Grał kiedy tylko mógł. Zaś komputery podłączone do internetu zawładnęły nami, gdy rodzice byli dobrze po pięćdziesiątce. Widziałem ich niepokój, że za sprawą nowego medium domownicy przyklejają się do monitorów i znikają z życia telewizyjno-rodzinnego.

Komputery są zwyczajnym elementem całego mojego dorosłego życia. Pisałem na nich teksty do studenckiej gazetki, redagowałem swoją pracę magisterską i pisałem e-maile do kolegów na zagranicznych uczelniach. Natomiast eksplozja urządzeń przenośnych to błysk ostatnich lat i pokolenia moich dzieci. Gdy chcę porozmawiać z córką, czasem nawet przy stole, to kilkakrotnie proszę ją o wyłączenie komunikatora tekstowego na komórce.

Anglosaskie stwierdzenie, że mój dom jest moją twierdzą, zostało pogrzebane przez wszędobylstwo mediów. Być w domu sam na sam ze swoją rodziną, to dzisiaj spore wyzwanie.

Media to przemysł, ogromny przemysł napędzany sporymi pieniędzmi. Uparcie i wytrwale szuka on sposobów obecności w naszych domach. Czasem otrzeźwienie przychodzi gdy zadamy sobie pytania: Czy pozwolisz obcemu człowiekowi stanąć przed całą Twoją rodziną, w porze kolacji, i wygłaszać jakieś dziwne poglądy? Czy tuż po nim wpuścisz do salonu sprzedawcę głośno zachwalającego swoje towary, które Cię zupełnie nie interesują?
Zatem kto ich tu wpuścił włączając telewizor, gdy jecie kolację?! Czy to o czym mówią na ekranie, jest ważniejsze od rodzinnej wymiany doświadczeń mijającego dnia?

Wiadomości telewizyjne trwają około dwudziestu minut. Gdy się skończą to pewno pozostanie w Twojej głowie zamieszanie i przygnębienie. Mądrości z wiadomości raczej nie wyniosłeś. Dobra też tam nie powinieneś zobaczyć. Krew, śmierć, cierpienia i zło są w założeniu motorem takich audycji.
Co by było gdybyś spędził te dwadzieścia minut na rozmowę z najbliższymi? Jak byś się czuł po takiej rozmowie? Co pozostanie w Twojej głowie i w Twoim sercu?

Napiszcie jak wyglądają wieczory w Waszych domach? Jak rozmawiacie ze sobą? Jak sprawiacie, że dla Waszych dzieci czas rodzinny jest atrakcyjniejszy od mediów?

Demokracja biega na golasa.

Realne jest to co widzimy w najbliższym otoczeniu, to czego sami doświadczamy. Gdy czujemy rozdźwięk między osobistymi obserwacjami, a tym jaki obraz trafia do nas przez media, to radzę postawić na to pierwsze.
Pamiętacie baśń Andersena o nowych szatach cesarza? Masa ludzi uwierzyła, że ich władca przechadza się w pięknym stroju. Żadnych szat nie było. Na szczęście jakiś dzieciak, który miał dystans to tej zwariowanej manipulacji, powiedział co widzi, a w zasadzie czego nie widzi. Inni widzowie dali sobie wcisnąć nieistniejącą tkaninę. Za manipulacją stało dwóch spryciarzy potrafiących zagrać na ludzkich słabościach.

Królowie odeszli u nas na karty historii. Mamy demokrację. Lecz podzielam opinię, że także dzisiaj ktoś tka jej nowe nierealne szaty.
Może to media? Albo nauki społeczne? Eksperci? Instytucje opiniotwórcze? Marketingowcy? Zdaniem Anny Gizy oni wszyscy należą tej symbolicznej gałęzi przemysłu, która zamiast działać w naszym najlepszym interesie, robi coś dokładnie przeciwnego. Np. „marketingowcy mają nas przekonać do zakupu niestniejących szat”. Ten symboliczny przemysł celowo buduje dystans między naszym realnym doświadczeniem, a obrazem kreowanym na potrzeby oniemiałych gapiów.

Słowa Anny Gizy zainspirowały mnie do przemyśleń. Zachęcam Was do wysłuchania tego dwudziestominutowego wystąpienia, gdzie profesor Giza dzieliła się swoimi refleksjami o współczesnej demokracji (link).

Materiał pochodzi z TEDxWarsaw 2010. Przy okazji informuję, że 24 marca odbędzie się kolejna konferencja TEDxWarsaw. Wciąż można uzyskać zaproszenie do osobistego udziału. W dniu konferencji wszystkie wykłady będą też transmitowane w internecie. Szczegóły na http://tedxwarsaw.com/ .

Z przyjemnością poczytam o Waszych refleksjach i inspiracjach na temat demokracji biegającej na golasa, jeśli zechcecie się nimi tutaj podzielić.

Gdzie się podziała kierownica?

Kilkoro moich znajomych narzeka, że są męczeni masą informacji na temat wypadku smoleńskiego. Ktoś ostatnio kupował w osiedlowym sklepiku drogie saszetki z jogurtem dla dziecka narzekając, że kupuje bo taka jest presja w klasie. Kolega
fabrykuje jakieś fikcyjne przelewy na koncie bankowym, aby wykazać się zdolnością kredytową na drogi samochód, który musi kupić.

Dla każdej z tych historii, ciśnie mi się na usta komentarz: kochani, to Wy decydujecie co konsumujecie!

Informacja w telewizji, radiu czy gazetach jest produktem. Ty i ja jesteśmy jego konsumentami. Właściciel mediów chce, abym spędził jak najwięcej czasu wchłaniając jego produkty (programy informacyjne, filmy, teleturnieje itp.). Im więcej skonsumuję tym więcej on na tym zarobi, drogo wyceniając czas reklamowy.  Czujesz się zmęczony pożeraniem informacji? To wyłącz telewizor i odpuść sobie dzisiejszą gazetę. Ty decydujesz czy Smoleńsk będzie Twoim tematem dnia.

Natomiast idąc do sklepu spożywczego często płacimy za program telewizyjny (także ten smoleński). Przy kasie w osiedlowym sklepiku regulujemy opłatę za Polsat, TVN, a nawet za TVP. W cenie dziwnie drogiego jogurtu jest zawarty koszt reklam emitowanych w telewizji. Nasze pieniądze trafiają na konto stacji telewizyjnej. Skoro jedno pokazanie krótkiego spotu reklamowego kosztuje 20’000 złotych to jakoś trzeba zebrać te kilka milionów złotych na kampanię reklamową sprytnych jogurcików. Producent jogurtu zbiera je od kilkuset tysięcy jeleni, którzy kupią jogurt. Pieniądze na reklamę są zawarte w cenie. Zaś presja szkolnej grupy kilkulatków, by kupować taki a nie inny jogurt, jest zwykle wynikiem manipulacji mediów. Lecz to my jako rodzice możemy zdecydować co kupimy. Mamy wolność wyboru. Mamy też wolność zmuszenia dziecka do przykrego doświadczenia wyłamania się presji stada. Uczmy dziecko swoim mądrym przykładem.

Może mój kolega załatwiający kredyt na auto jest dość kiepskim wzorem dla swojego dziecka. Biedak „musi” mieć wymarzony samochód. Zadłuża się ponad bezpieczny poziom. Igra ze stabilnością finansową swojej rodziny, ale coś mu mówi, że „musi mieć ten samochód”. Ale skąd się bierze ten głos? Skąd się bierze przekonanie, że tani, a co gorsza stary samochód, powodowałby jego kiepskie samopoczucie? Sam sobie to wymyślił? Doszedł do tego patrząc z dystansem na to co w jego życiu jest ważne i co daje mu poczucie szczęścia? Czy pęd naszych rodaków do nowych drogich aut kupowanych często ponad miarę portfela jest spontaniczną modą? Czy wielomilionowe nakłady producentów samochodów na umieszczanie samochodów w programach telewizyjnych są przypadkowe? Czy jest jakiś związek finansowania dziennikarzy przez koncerny motoryzacyjne z tym co słyszymy o samochodach? Moim zdaniem producent stara się dotrzeć do nas licząc, że kupimy nowy samochód. On chce produkować i sprzedawać. Kreuje mody, wymyśla związki emocjonalne użytkowników z ich pojazdami, trafia w pozaracjonalne wymiary naszych decyzji, aby potrzeba kupienia auta zagrała nam w duszy. Ot, biznes jak każdy inny, tylko pieniądze duże. Znowu, to ja decyduję, czy chcę wejść w dialog z producentem. To ja decyduję czy kupie nowy samochód i jaki on będzie. Decyduję ja, a nie rozmiar samochodu sąsiada, nie zachwycone głosy kolegów, a nawet nie moje zakompleksione ego utulone w skórzanym fotelu pięknej fury. Mam wolność wyboru.
To Ty i ja decydujemy czy „musimy” obejrzeć wiadomości, kupić dziecku jogurt czy popaść w samochodowe długi.

PS
Czy ten tekst został napisany bezinteresowanie?
Być może.
Lecz im więcej osób to przeczyta, tym więcej kliknie w reklamy obok, a ja wtedy dostanę więcej pieniędzy od firmy, która umieszcza reklamy na moim blogu.
Kochani, internet to też świat mediów. Także tutaj decydujecie co konsumujecie!

Trzy tysiące książek w kieszeni dżinsów?

Trzymam w ręce ekran rozmiaru małej książki, urządzenie jest cieńsze od telefonu komórkowego i podobnie lekkie. Czyli właśnie dotarł do mnie czytnik książek Kindle. W czwartek nadany w USA, we wtorek już był u mnie.

Żona, pracuje z dyslektykami. Spojrzała na gadżet pod kątem pedagogicznym. Skoro Kindle potrafi też czytać książki na głos, to rozwiązałby wiele problemów dyslektyków. Bowiem uczniowie, którzy mają wrodzone trudności w czytaniu toczą ciężkie życie w szkole rządzonej przeładowanym spisem lektur.

W tej chwili elektroniczny lektor Kindle czyta tylko po angielsku, więc jego kariera w polskiej szkole jest odległa (przynajmniej do czasu ukazania się polskojęzycznego oprogramowania). Co jednak nie przeszkadza w korzystaniu przez nauczycieli lub rodziców z elektronicznych bibliotek. Jest już kilka miejsc w sieci, gdzie można dostać polską klasykę w wersji elektronicznej. Potem można skorzystać z jakiegoś polskiego programu text-to-speech (tj. czytającego na głos) zainstalowanego zwykłym pececie i już dyslektyk może posłuchać lektur. Myślę, że zainteresowani mogą zasięgnąć języka w stowarzyszeniach i forach osób niewidomych – tamci korzystają z takich rozwiązań od jakiegoś czasu.

Dla mnie funkcja lektora w Kindle jest dobrym dodatkiem. Prawdę mówiąc, przykładałem do tego małe znaczenie, gdy decydowałem się na zakup.

Głównie chodziło mi o poręczność w czytaniu. Jednego wieczora czytałem książkę na ekranie laptopa. Obróciłem ekran, by bardziej przypominał książkę. Jednak było to dalekie od wygodnej lektury. Co z tym zrobić? iPad czy innej maści tablety to moim zdaniem za drogie zabawki. Ostatecznie dałem się zainspirować pozytywnym tekstom znajomych blogerów, którzy korzystają z czytnika Kindle, i złożyłem zamówienia za niespełna pięćset złotych w Amazonie.

Po pierwszym dniu mam bardzo dobre wrażenia. Zaskoczyła mnie czytelność ekranu. Odczucie czytania jest dużo bliższe zwykłemu papierowi niż przypuszczałem.
Jestem też pod wrażeniem sprawnego konwertowania plików do standardu urządzenia. Wczoraj wysłałem z peceta na swoje konto w Kindle biblię po polsku w formacie RTF (jako załączniki do e-maili). Po kilku minutach cały tekst był już na czytniku Kindle w odpowiednim formacie.
Dzisiaj podobnie zrobiłem z PDFem e-booka blogowego. Po siedmiu minutach był na Kindlu.
Pierwsze wrażenia wskazują na niemal idealne urządzenie. Jego doskonałość nieco blaknie, gdy oddalamy się od języka angielskiego.

Cień rzuca brak wyszukiwarki polskich tekstów. Ściśle mówiąc w Kindle 3 nie ma opcji wprowadzania polskich znaków. Zatem polski tekst zostaje zindeksowany, lecz nie sposób go przeszukać. Pewno warto pomonitować Amazona, to może przy kolejnej modyfikacji oprogramowania załapiemy się na polskie znaki.

Myślę, że Amazon wysoko postawił poprzeczkę innym graczom na rynku czytników. Pułap cenowy 460 złotych wliczając w to koszty dostawy może być twardym orzechem do zgryzienia z punktu widzenia biznes planów na dość płytki polski rynek gadżetów e-bookowych.

Przed dwoma laty Amazon zaczynał od kilkakrotnie wyższej ceny i dzięki masowej (przez duże „M”) sprzedaży zszedł do obecnego poziomu.

Niech Amazon zalewa nas Kindlami, a ja liczę na rodzimą inicjatywę w dostarczaniu elektronicznych książek. Biblioteki? Wydawcy? Księgarnie? Autorzy? Chyba na tych ostatnich będę głównie liczył. Bo publikacja elektroniczna jest dzisiaj na wciągnięcie ręki każdego kto marzy o wydaniu książki.

Pogodne dialogi.

„Ależ o czym będę z nimi rozmawiał? Nie widzieliśmy się od wielu lat. O pogodzie mam gadać?!” – stwierdził przy świątecznym stole jeden z krewniaków. Moim zdaniem zdecydowanie powinien postawić na pogodę.
Odkryłem, że pogoda jest doskonałym „otwieraczem rozmowy”.

Jestem często bezradny w odczytywaniu emocji napotkanych rodaków. O ile dość łatwo wyczuję w jakim nastroju  jest Włoch lub Szwajcar, ba nawet udawało się z Anglikami, o tyle u Polaków widzę twarze pokerzystów.
Na stacji benzynowej tankuję gaz. Wychodzi pracownik, aby podpiąć zawór. Jego twarz to zagadka. Zero śladów emocji. Puszczam komentarz na temat pogody, jako probierz nastrojów. Jego reakcja definiuje sytuację.
Rozgaduje się o tym jak to poprzedniego dnia wracał z nart i było bardzo ślisko. Potem rozmawiamy o samochodach i kończymy na temacie wyboru dla niego używanej terenówki.
Zdziwilibyście się na jakie tematy schodzą ludzie odpowiadający na hasło „pogoda”.
Oczywście czasem nie ma oddzewu, a jest tylko wzrok dający znać, że sobie pomilczymy. To też jest konkretna odpowiedź.

Zatem jeśli zachodzisz w głowę, jak nawiązać kontakt z napotkanym człowiekiem, to polecam mój sposób na pogodę. Wydaje się bezpieczny i skuteczny.

Może masz własne doświadczenia z rozpoczynaniem rozmowy? Podziel się nimi jak masz ochotę. Czy też widzisz jakąś różnicę w pierwszym kontakcie z przygodnie napotkanym Polakiem, a ludźmi w innych krajach, które odwiedziłaś?

Cisza w sieci. Koniec ciszy.

Zamilkłem na kilka tygodni.
Można to zwalić na Telekomunikację Polską, która już trzeci tydzień trzyma mój dom na sieciowej bocznicy. Ot, ktoś pomylił ustawienia w ich komputerowej szafie, a skoro się przewróciło to niech leży. Tak sobie leży od 10 listopada, a co zadzwonię to słyszę, że sprawa będzie załatwiona w ciągu dwóch dni. W tym tygodniu zlitował się nade mną jeden z dyrektorów Urzędu Komunikacji Elektronicznej i poprosił TP SA o podłączenie mi internetu. Może do Świąt ktoś w TP SA się potknie o moją sprawę i postawi to co jego kolega przewrócił.
Brak internetu w domu tylko jedna moich wymówek. Do tego dołożę trochę podróży, masę spraw do załatwienia i ogólne brak chęci do jesiennego pisania.

Niniejszym przerywam ciszę, bo spadł śnieg, a zima zwykle dobrze mnie nastraja do życia. Wbrew narzekaniom na korki, chłód i ogólny chaos, ja lubię jak jest biało. Lubię zimę nawet wtedy, gdy zaspy sięgają dachu samochodu, a do biura trudno dojechać.

W ubiegłą środę siedzieliśmy ze znajomymi w restauracji rozmawiając o interesach, a nasza koleżanka z entuzjazmem oznajmiła, że projekt z pewnością będzie udany, bo właśnie spada pierwszy śnieg, co jest bardzo dobrym znakiem.

Przyznam uczciwie, że na obecne ekstremalne zmagania ze śniegiem patrzę z dystansu paru tysięcy kilometrów. W poniedziałek wsiadłem do pierwszego samolotu do Londynu i już po wylądowaniu usłyszałem, że zostawiłem za sobą dramatyczną kolaborację zimy z bałaganem organizacyjnym na Okęciu. Po moim wylocie, tego dnia, już nic normalnie nad Warszawą nie latało. A kolega, który miał do mnie dołączyć na kolację dotarł do Anglii po północy.

Na weekend planuję wrócić i zobaczyć jak moja terenówka znosi jazdę po śniegu.  Do tego dostałem wiadomość od zaprzyjaźnionego sąsiada, że lada dzień kupuje auto 4×4 i że tej zimy razem będziemy zwiedzać okoliczne bezdroża. Podniosło mnie to na duchu, bo będę się czuł bezpieczniej, gdy w razie potrzeby będę mógł liczyć na wyciągnięcie z tarapatów.

Na czas wyjazdu auto zostawiłem u elektryka, bo zasługiwało na pogrzebanie w zapłonie. A ja przemierzam śnieg wirtualnie. Między innymi poprzez wyklikanie na Allegro łańcuchów śniegowych. Mam nadzieję, że auto będzie zrobione, a łańcuchy dotrą przed weekendem.

Kura czy jajo?

Ostatnio wpadła w moje ręce książka Willigisa Jaegera „Fala jest morzem”. Znalazłem tam sporo inspiracji do przemyśleń.
Podzielę się z Wami krótkim fragmentem, gdzie autor dywaguje w okolicach nauk przyrodniczych.

Wcześniej byliśmy zdania, że ciało z biegiem czasu rozwinęło ducha. Inteligencja miała być funkcją mózgu i systemu nerwowego. Teraz wiemy, że rzecz ma się dokładnie odwrotnie. „Niematerialny duch porusza mózg” powiada John Eccles, badacz mózgu i noblista. Dowiódł on, że to nasze myśli i nasza wola uaktywniają neuroproteiny w mózgu. Że procesy duchowe obrazują się materialnie, a nie są funkcjami procesów biochemiczno-materialnych. Jeśli pojawia się myśl, uczucie lub życzenie, to ich energia przekształca się w naszym mózgu w molekułę. Innymi słowy, energia intelektualna i emocjonalna materializuje się w postaci neuroprotein. Są one niejako kluczami, które szukają swoich zamków. Jeśli znajdą w jakieś komórce pasującą dziurkę, to komórka ta przyjmuje wiadomość, którą przynoszą. Ten proces toczy się nie tylko w naszym mózgu, lecz przenika całe ciało. Każda komórka ciała komunikuje się z innymi komórkami. W każdej komórce manifestuje się myślący duch.

Zostawiam Was z tym tekstem i serdecznie pozdrawiam.

Bankierzenie petenta.

Dzisiaj poględzę o tym dlaczego uważam, że poziom obsługi klienta w bankach jest fatalny, a na rynku jest wybór między kiepskim i gorszym.
Temat został zainicjowany przez to, że kupiliśmy dom. Jedną dziesiątą ceny wyłożyliśmy z własnej kieszeni, reszta to kredyt. Czyli w zasadzie przeszliśmy na wynajmowanie domu od banku.
Mając doświadczenie tuzina lat w marketingu i obsłudze klienta, patrzę na instytucje finansowe pod kątem tego jak i jakie produkty sprzedają.

Załatwiając kredyt hipoteczny odnosiłem wrażenie, że byłem jedyną osobą w tym systemie, która postrzegała sytuację jak zakup produktu bankowego. Moje przekonanie, że jestem klientem zakupującym drogi produkt, było skutecznie torpedowane działaniami przedstawicieli banków. Słowami i czynami pokazywali, że ich instytucja przejawia wspaniałomyślny gest udzielenia mi dóbr, o które zabiegam i nie ma tu sprzedaży, ani budowania relacji. Na przykład moje pytania o motywy takich lub innych zapisów w projekcie umowy słyszałem, że skoro bank „udziela” kredytu to się zabezpiecza. Słowa „udziela”, „przyznaje” lub „pozytywnie rozpatruje” były często na ustach pracowników banków. Nie słyszałem natomiast o „proponuje”, „nawiązuje współpracę”, ani nawet „sprzedaje”.
Wróćmy do fundamentów tej sytuacji.
Umawiając się z bankiem na kredyt, powiedzmy 500 tysięcy złotych (to przykładowe dane, inne niż w moim przypadku), oddamy w ciągu trzydziestu lat mniej więcej 966 tysięcy złotych. Czyli upraszczając, te 466 tysięcy różnicy między tym co pożyczamy, a tym co oddamy, idzie do banku. Czyli średnio, co roku, przykładowy klient dokłada ponad 15 tysięcy złotych do budżetu swojego nowego usługodawcy, czyli banku. To dość przyzwoita rekompensata dla firmy oferującej kredyty. Oczywiście bank, jak każda firma, ponosi koszty, aby dostarczyć swój produkt. Nawet dając wiarę temu, że bank poniósł spore koszty pozyskując dla klienta pieniądze, to jednak spora kwota z tzw. odsetek jest czystym strumieniem dochodów pozwalających na utrzymanie organizacji i zatrudnionych w niej osób.
Zatem skoro będę zapewniał zatrudnienie i rozwój w wybranym przeze mnie banku, to spodziewałem się dużego zadowolenia, graniczącego z wdzięcznością, ze strony pracowników, którzy doprowadzą do szczęśliwego końca dostarczenie mi kredytu hipotecznego.
Jako minimum zakładałem zbudowanie partnerskiej relacji między mną i bankiem. Pierwsze kontakty z bankami zburzyły mój paradygmat. Byłem petentem. Relacja rozpoczynała się od lodowatego prysznica, który miał spłukać z mojej głowy słowo partner i ubrać mnie w koszulkę z napisem „petent”. Dotyczy to tak samo Deutsche Bank, DnB Nord, Nordea, mBank  czy Millennium, z którymi miałem do czynienia. Sądzę, że to samo mógłbym powiedzieć o tuzinie innych banków, gdyby los rzucił mnie w ich progi.
Mimo ogromnych kosztów, interesował mnie zakup kredytu hipotecznego. Czyli produkt wydał mi się atrakcyjny. Ostatecznie kupiłem kredyt w DnB Nord. Bynajmniej nie polecam tego banku. Jest równie kiepski jak konkurenci.
Oszczędzę Wam szczegółów potwierdzania kilka razy tych samych danych i dostarczania masy zaświadczeń na etapie składania wniosku kredytowego. Ten kto to przeszedł, wie o czym piszę. Ten kto tego uniknął, niewiele mądrości wyniesie ze znajomości tych uciążliwych procedur.
Powiem tylko, że poziom bezosobowo-biurokratycznego podejścia DnB Nord i brak liczenia się z potrzebami klienta był dla mnie szokujący. Schematyczność i brak zdrowego rozsądku w Deutsche Bank zniechęciła mnie do dalszych rozmów z tą firmą. Zaś bałagan i niefrasobliwość w mBanku dały mi do myślenia nad ograniczeniem usług, z których u nich korzystam.

Kiedyś czytałem, felieton ekonomisty, który mówił o potrzebie stworzenia w Polsce warunków do rozwoju nowego modelu usług finansowych. Miał na myśli rodzaj kas, gdzie jedni deponują środki, a inni korzystają z kredytów popartych lokalnymi więziami, zaufaniem, wzajemnym szacunkiem i wspólnym interesem wszystkich zaangażowanych osób. Zaczynam rozumieć co miał na myśli.