Archive for the 'Ogólnologia' Category

Kura czy jajo?

Ostatnio wpadła w moje ręce książka Willigisa Jaegera “Fala jest morzem”. Znalazłem tam sporo inspiracji do przemyśleń.
Podzielę się z Wami krótkim fragmentem, gdzie autor dywaguje w okolicach nauk przyrodniczych.

Wcześniej byliśmy zdania, że ciało z biegiem czasu rozwinęło ducha. Inteligencja miała być funkcją mózgu i systemu nerwowego. Teraz wiemy, że rzecz ma się dokładnie odwrotnie. „Niematerialny duch porusza mózg” powiada John Eccles, badacz mózgu i noblista. Dowiódł on, że to nasze myśli i nasza wola uaktywniają neuroproteiny w mózgu. Że procesy duchowe obrazują się materialnie, a nie są funkcjami procesów biochemiczno-materialnych. Jeśli pojawia się myśl, uczucie lub życzenie, to ich energia przekształca się w naszym mózgu w molekułę. Innymi słowy, energia intelektualna i emocjonalna materializuje się w postaci neuroprotein. Są one niejako kluczami, które szukają swoich zamków. Jeśli znajdą w jakieś komórce pasującą dziurkę, to komórka ta przyjmuje wiadomość, którą przynoszą. Ten proces toczy się nie tylko w naszym mózgu, lecz przenika całe ciało. Każda komórka ciała komunikuje się z innymi komórkami. W każdej komórce manifestuje się myślący duch.

Zostawiam Was z tym tekstem i serdecznie pozdrawiam.

Bankierzenie petenta.

Dzisiaj poględzę o tym dlaczego uważam, że poziom obsługi klienta w bankach jest fatalny, a na rynku jest wybór między kiepskim i gorszym.
Temat został zainicjowany przez to, że kupiliśmy dom. Jedną dziesiątą ceny wyłożyliśmy z własnej kieszeni, reszta to kredyt. Czyli w zasadzie przeszliśmy na wynajmowanie domu od banku.
Mając doświadczenie tuzina lat w marketingu i obsłudze klienta, patrzę na instytucje finansowe pod kątem tego jak i jakie produkty sprzedają.

Załatwiając kredyt hipoteczny odnosiłem wrażenie, że byłem jedyną osobą w tym systemie, która postrzegała sytuację jak zakup produktu bankowego. Moje przekonanie, że jestem klientem zakupującym drogi produkt, było skutecznie torpedowane działaniami przedstawicieli banków. Słowami i czynami pokazywali, że ich instytucja przejawia wspaniałomyślny gest udzielenia mi dóbr, o które zabiegam i nie ma tu sprzedaży, ani budowania relacji. Na przykład moje pytania o motywy takich lub innych zapisów w projekcie umowy słyszałem, że skoro bank „udziela” kredytu to się zabezpiecza. Słowa „udziela”, „przyznaje” lub „pozytywnie rozpatruje” były często na ustach pracowników banków. Nie słyszałem natomiast o „proponuje”, „nawiązuje współpracę”, ani nawet „sprzedaje”.
Wróćmy do fundamentów tej sytuacji.
Umawiając się z bankiem na kredyt, powiedzmy 500 tysięcy złotych (to przykładowe dane, inne niż w moim przypadku), oddamy w ciągu trzydziestu lat mniej więcej 966 tysięcy złotych. Czyli upraszczając, te 466 tysięcy różnicy między tym co pożyczamy, a tym co oddamy, idzie do banku. Czyli średnio, co roku, przykładowy klient dokłada ponad 15 tysięcy złotych do budżetu swojego nowego usługodawcy, czyli banku. To dość przyzwoita rekompensata dla firmy oferującej kredyty. Oczywiście bank, jak każda firma, ponosi koszty, aby dostarczyć swój produkt. Nawet dając wiarę temu, że bank poniósł spore koszty pozyskując dla klienta pieniądze, to jednak spora kwota z tzw. odsetek jest czystym strumieniem dochodów pozwalających na utrzymanie organizacji i zatrudnionych w niej osób.
Zatem skoro będę zapewniał zatrudnienie i rozwój w wybranym przeze mnie banku, to spodziewałem się dużego zadowolenia, graniczącego z wdzięcznością, ze strony pracowników, którzy doprowadzą do szczęśliwego końca dostarczenie mi kredytu hipotecznego.
Jako minimum zakładałem zbudowanie partnerskiej relacji między mną i bankiem. Pierwsze kontakty z bankami zburzyły mój paradygmat. Byłem petentem. Relacja rozpoczynała się od lodowatego prysznica, który miał spłukać z mojej głowy słowo partner i ubrać mnie w koszulkę z napisem „petent”. Dotyczy to tak samo Deutsche Bank, DnB Nord, Nordea, mBank  czy Millennium, z którymi miałem do czynienia. Sądzę, że to samo mógłbym powiedzieć o tuzinie innych banków, gdyby los rzucił mnie w ich progi.
Mimo ogromnych kosztów, interesował mnie zakup kredytu hipotecznego. Czyli produkt wydał mi się atrakcyjny. Ostatecznie kupiłem kredyt w DnB Nord. Bynajmniej nie polecam tego banku. Jest równie kiepski jak konkurenci.
Oszczędzę Wam szczegółów potwierdzania kilka razy tych samych danych i dostarczania masy zaświadczeń na etapie składania wniosku kredytowego. Ten kto to przeszedł, wie o czym piszę. Ten kto tego uniknął, niewiele mądrości wyniesie ze znajomości tych uciążliwych procedur.
Powiem tylko, że poziom bezosobowo-biurokratycznego podejścia DnB Nord i brak liczenia się z potrzebami klienta był dla mnie szokujący. Schematyczność i brak zdrowego rozsądku w Deutsche Bank zniechęciła mnie do dalszych rozmów z tą firmą. Zaś bałagan i niefrasobliwość w mBanku dały mi do myślenia nad ograniczeniem usług, z których u nich korzystam.

Kiedyś czytałem, felieton ekonomisty, który mówił o potrzebie stworzenia w Polsce warunków do rozwoju nowego modelu usług finansowych. Miał na myśli rodzaj kas, gdzie jedni deponują środki, a inni korzystają z kredytów popartych lokalnymi więziami, zaufaniem, wzajemnym szacunkiem i wspólnym interesem wszystkich zaangażowanych osób. Zaczynam rozumieć co miał na myśli.

Słońce afryki.

Podczas realizacji południowoafrykańskiego projektu mieszkam w jednym z najspokojniejszych miejsc w Johannesburgu. Jednak poranny jogging przypomina bieg wzdłuż ściany zakładu karnego. Ulica po ulicy widzę wysokie mury, a nad nimi druty kolczaste i przewody pod prądem. Na płotach tabliczki z informacją, że ochronę zapewnia firma, która na problemy odpowiada ogniem.

Zresztą także z zaleceń jakie rządy krajów zachodnich publikują dla swoich obywateli wynika, że w RPA jest niebezpiecznie. Brutalne napady, włamania do domów, gwałty, porwania, niejednokrotnie kończą się śmiertelnie.

Oczywiście, jak wszędzie na świecie, większość przestępstw ma miejsce w osiedlach czy dzielnicach o złej sławie. W RPA są nimi dzielnice, a zasadzie całe miasteczka, na obrzeżach miast. Tam nie ma niemal niczego. W domkach wielkości jednego dużego pokoju żyją biedne murzyńskie rodziny. W takich osadach i ich sąsiedztwie bywa nieprzyjemnie.

Znajomy opowiadał, że jego krewni mieszkali na farmie w okolicach Johannesburga. Piękna okolica, dobrze im się żyło. Aż kilka lat temu kilometr od nich powstało osiedle takich jednoizbowych domków. Zaczęły się nagminne kradzieże. Z budynków gospodarczych rozkradano narzędzia. Mieli też włamania do domu. Odechciało im się mieszkania na wsi. Sprzedali dom. Nowy właściciel też długo tam nie pomieszkał. Podczas włamania został postrzelony przez złodziei. Przeżył, ale opuścił malowniczą farmę, która ponoć teraz stoi opustoszała.

Tutejsza rzeczywistość jest bez porównania groźniejsza niż w Polsce. Wzmożona ostrożność i ocieranie się o niebezpieczeństwo jest tu codziennością. Podczas dzisiejszego lunchu koleżanka odebrała telefon z domu z informacją, że przed chwilą w ich dzielnicy była strzelanina i zginęły trzy osoby. Inni zapytali jaka to okolica i przeszli nad tym do porządku dziennego. Taka wiadomość zabrzmiała dla nich powszednio.

foto: Clive Mason

Jednocześnie pouczające i budujące jest dla mnie to, że mieszkańcy miasta są dla siebie serdeczni. Ci których  tu spotykam uśmiechają się nieporównanie częściej niż w Polsce. Jazda samochodem jest w miarę spokojna, ludzie pomagają włączyć się do ruchu, zjeżdżają na boczny pas, aby ułatwić wyprzedzanie itp. W sklepach, restauracjach, na bazarze czy w kinie zagadywały do mnie obce osoby. Sprzedawcy zwykle zamieniali ze mną kilka zdań. To takie drobiazgi, które po zsumowaniu sprawiają, że tutejsze życie jest dość spokojne i harmonijne.

Myślę, że gdybyśmy w Polsce rozluźnili nasze spięte twarze, uśmiechali się do obcych, z którymi skrzyżowaliśmy wzrok i z życzliwością spoglądali na przygodnie napotkanych ludzi to sprawilibyśmy, że nasza codzienność byłaby dużo lżejsza i spokojniejsza.

Moim zdaniem dobre relacje międzyludzkie są możliwe wszędzie. Bez względu na poziom zagrożenia, trudności w zdobyciu środków do życia, czy różnice między klasami społecznymi.

Dobre życie zaczyna się od środka, od woli każdego z nas, aby sprawić, że codziennie zaświeci słońce, nawet w bardzo zachmurzony dzień.

Liczy się tylko połowa?

Połowa tego co robisz w marketingu jest stratą pieniędzy. Tylko nie wiadomo, która to połowa, więc nadal wydajemy na obie połowy.

To zdanie raz na jakiś czas słyszę w żargonie reklamowym. Ostatnio powtórzył je mój znajomy, doświadczony szef sprzedaży w branży samochodowej.

Po tej rozmowie przyszła do mojej głowy refleksja, że może poza marketingiem ta prawda dotyczy także naszego życia?

Wyobraźmy sobie, że połowa tego co robimy ma sens, a reszta to strata czasu. Czy wiesz, która to połowa? Spójrz na swój ubiegły tydzień. Może było tam kilkadziesiąt godzin pracy nad innowacyjnym projektem na temat zaufania jako środka obniżania kosztów dystrybucji. Poza tym z dziesięć godzin na dojazdy; parę godzin na jakieś zakupy i tyle samo na spacery z psem i posiłki z bliskimi; wieczorami gapienie się w ekran - w sumie paręnaście godzin w ciągu tygodnia.

Która połowa była warta naszego życia, a która była jego marnowaniem? Oczywiście, że ten super nowy projekt jest radością tygodnia i jego gwiazda przyćmiła całą resztę. No tak, z perspektywy kilku dni jest to jednoznaczne. Za miesiąc okaże się, że ten projekt nigdy nie będzie wdrożony. Po pół roku zrozumiesz, że szef dał Ci to zadanie, aby zająć Cię czymś absorbującym, nim decyzja o zamknięciu Twojego działu będzie zatwierdzona i wtedy Cię zwolni.

Zatem kilkadziesiąt godzin wymyślania rozwiązań w nieistniejącym temacie to była strata Twojego czasu. Na szczęście w tym samym tygodniu, tocząc się w korkach w drodze do biura wysłuchałeś doskonałego audiobooka o biznesowym wykorzystaniu sieci społecznościowych. Podczas zakupów spotkałeś kolegę, którego nie widziałeś od dawna. Z krótkiej rozmowy wynikało, że jego firma szybko rośnie i teraz zastanawia się jak przeskoczyć z lokalnego rynku na biznes międzynarodowy. W tym samym tygodniu, podczas jednej z kolacji nastoletnie dziecko opowiedziało o wymarzonej komórce, na którą będzie zbierać kieszonkowe. Inni domownicy podzielili się swoimi opiniami o najnowszych gadżetach. Zaś podczas wieczornego ślęczenia przed ekranem komputerowym napisałeś długi e-mail do przyjaciela, który potrzebował wsparcia, bo wjechał ze swoim życiem w ślepą uliczkę. Zatem ta druga połowa wygląda w sumie trochę lepiej od tej pierwszej.

Co więcej, rok od tego zwykłego tygodnia sprawy wyglądają niesamowicie i jest zupełnie jasne co wtedy było ważne.

Pracujesz teraz u boku swojego kumpla spotkanego w sklepie i budujecie “plemię” globalnych testerów jego produktu przy pomocy sieci społecznościowych. Poprzednia praca jest tylko przykrym wspomnieniem. Przykrym w zasadzie tylko z jednego powodu. Po ogłoszeniu decyzji o likwidacji zespołu, Twój firmowy kolega miał zapaść i nie przeżył zawału. Także Ciebie zwolnienie bardzo wkurzyło, ale spacery z psem trzymają Cię w dobrej formie i Twoje serce przetrzymało stres bez szwanku.

Przed chwilą córka powiedziała Ci, że przed rokiem bardzo jej pomogłeś, bo dzięki temu co wtedy powiedziałeś zmieniła zdanie, kupiła inną świetną komórkę. Zaś jej koleżanka z klasy ma taki model o jakim pierwotnie marzyła i okazuje się, że co chwilę się psuje.

Po za tym, widziałeś się niedawno z przyjacielem, któremu przed rokiem wysłałeś długi i serdeczny e-mail. Trudno powiedzieć na ile mówił poważnie, ale ponoć wtedy był w tak ciężkim dołku, że chciał ze sobą skończyć. Twój e-mail pokazał życie z innej strony i zaczęły mu wracać chęci do działania.

Ależ czas zmienia postrzeganie tego co wtedy było ważne!

Wyobraź sobie, że po kolejnych trzech latach, zadzwoni do Ciebie jakiś człowiek, którego nazwiska nigdy wcześniej nie słyszałeś. To nowy prezes z firmy, która zwolniła Cię przed laty. Facet jest zafiksowany na pomyśle budowania zaufania jako kapitału w kontaktach biznesowych. Na firmowym serwerze znalazł Twoje opracowanie sprzed lat i teraz proponuje Ci rolę konsultanta.

Trudno Ci uwierzyć, że Twój przegrany projekt sprzed lat robi taką karierę.

Gdy jeszcze raz patrzysz na ten dziwny tydzień to trudno powiedzieć, czy w życiu jest jak w marketingu, gdzie połowa aktywności jest zmarnowana? Chyba jednak nie ma nieważnych części. Wszystko może mieć swoje znaczenie. Choć czasem widać to dopiero z bardzo dużej perspektywy.

Wracaj, tam właśnie wracaj.

Po przeczytaniu komentarza Sylwi biorę się za moje rocznice emigracyjne.
Prawie dziesięć lat temu pakowaliśmy nasz dobytek, w malutkim mieszkaniu na warszawskich Bielanach, aby zamieszkać w Alpach. Jak to powiedział jeden z komentatorów mojego bloga, wyjeżdżałem wtedy w podróż służbową do Szwajcarii.
Pamięć zatarła ostrość tamtych wspomnień. Wiem, że przeprowadzka była wielką i dość przyjemną przygodą. Wynajęliśmy piękne mieszkanie z widokiem na góry, zakupiliśmy sporo sprzętów, łącznie z dużym rodzinnym autem, i rozpoczęliśmy oswajanie Helwecji.

Gdy opadło zawirowanie przeprowadzkowe, podobnie jak wspomniana we wstępie Sylwia, poczułem ciężar oddalenia od Polski. Wpadłem w sytuację lodowato-wybuchową. Zimni, jak okoliczne skały, sąsiedzi utrudniali nam nawiązanie więzi z lokalną społecznością, a w pracy u krewkiego Włocha rozstrajały mnie jego histeryczne krzyki.
Nasza pierwsza wizyta w Polsce miał miejsce w Boże Narodzenie. Jechaliśmy z doświadczeniem kilkumiesięcznego, trudnego mieszkania wśród Szwajcarów. Podróż powrotna po Nowym Roku była smutna i łzawa. Miałem wtedy ochotę zamknąć ten emigracyjny rozdział i wrócić do Polski. Postanowiliśmy zostać jeszcze jakiś czas, żeby spłacić pożyczkę na zagospodarowanie, bo z polskiej pensji spłata byłaby trudniejsza.
Dobrnęliśmy do pierwszej rocznicy pomieszkiwania w Alpach. Wtedy nastąpił cud. Sąsiedzi ogłosili, że pozytywnie przeszliśmy okres kwarantanny, gdy byliśmy obserwowani i sprawdzani. Kolejne siedem lat było usłanych serdecznościami, wzajemną pomocą, sympatią i przyjaźniami. Nasz wyjazd ze Szwajcarii w 2008 był trudnym momentem. Zostawialiśmy na miejscu sporo bliskich nam osób.
Teraz, po dwóch latach, widzę jak nasza rodzina ponownie wrosła w polskie życie. Każdy z nas na swój unikalny sposób. Żona odnalazła swe zawodowe powołanie i robi masę dobrej roboty jako pedagog szkolny. Wygląda na to, że w Polsce zdecydowanie potrzeba zatrudniać w szkołach dodatkowych pedagogów, bo większość personelu szkolnego to nauczyciele przedmiotowi bez solidnego przygotowania do pracy z uczniami. To przeciwieństwo Szwajcarii, gdzie nauczyciele mieli głównie umiejętności pedagogiczne, a ich erudycja była drugoplanowa.
Starsza córka zbliża się do końca gimnazjum. Doskonale radzi sobie w szkole. Wygląda na to, że coraz bardziej docenia uroki polskiego życia. Młodsza córka, ze swoim otwarciem na innych, chyba bardziej pasuje do polskiego otoczenia, gdyż szwajcarska konwencjonalność mogłaby by być dla niej trudna. Zaś syn, po wakacjach rozpoczyna naukę w podstawówce. Paradoksalnie, to on najczęściej wspomina, że Szwajcaria to nasz kraj, w którym chciałby zamieszkać.
Ja dostałem od swojego szwajcarskiego pracodawcy możliwość “miękkiego lądowania” w Polsce. Jako konsultant pracuję przy jego międzynarodowych projektach. Daje mi to stabilność finansową. Mogę wykorzystać czas na odnalezienie w polskiej rzeczywistości miejsc, gdzie moje specyficzne umiejętności będą szczególnie przydatne. Od miesięcy, misternie buduję plan, którego realizacja może wypełnić przyszłe lata lub dekady. Jestem podbudowany tym jak ciekawie kraj zmienił się pod moją nieobecność. “Apetyt rośnie w miarę jedzenia”, więc chcę dalszego rozwoju i budowania tutaj takiego społeczeństwa, które zasłynie z międzyludzkiej solidarności i wzajemnego wspierania się w pomysłach gospodarczych, politycznych i społecznych. W tym kierunku idzie moje myślenie o tym co mam tutaj do zrobienia.
Tym co mieszkają na obczyźnie dedykuję kawałek tekstu Ewy Bem:
“Wracaj, złe drogi skracaj,
Wracaj, gdzie byś nie był Rzym czy Krym
Wracaj, wracaj tam gdzie się na ogół ma gigant kaca
Lecz przynajmniej jest się napić z kim
Wracaj, tam właśnie wracaj
Gdzie się całkiem nie opłaca żyć
Stary, stary pomyśl, że ojczyzna to kumpli paru
Z nimi znów szczęśliwy,
Z nimi znów szczęśliwy spróbuj być”

Patriotyzm, polskość i political correctness.

Drodzy Czytelnicy,
Zapraszam do lektury gościnnego postu nadesłanego przez Iwonę z Australii. Po przeczytaniu mojego wpisu, pt. “Kochane brzydactwo“, a wcześniej “Pytanie patrioty” z bloga Telemacha, Iwona przelała na wirtualny papier swoje obserwacje o Polakach i polskości z perspektywy australijskiej. Zachęcam do przemyśleń i komentarzy.

____________________________________________________________________________________

Właśnie przeczytałam Twój wpis – bardzo ciekawe. Ciekawe jest też to, jak ja bym się czuła, gdybym wróciła. Mój kontakt z krajem jest bardzo powierzchowny, i gdy odwiedzam rodzinę w W-wie, jestem tylko w kilku specyficznych miejscach, więc oglądanie brzydoty nie jest czymś z czym się normalnie spotykam. A mam też w tej sprawie wysokie wymagania, bo widzę w Sydney dużo miejsc, które wyglądają strasznie i wcale nie są zadbane. To głównie stare budynki przy głównych ulicach, które głownie wykorzystuje się na sklepy i biura, i gdzie właściciele są tylko zainteresowani czynszem, i ewentualnie wnętrzem, ale gdzie estetyka zewnętrzna nie jest dla nich ważna.

W Polsce mam garść starych serdecznych przyjaciół (jestem poza krajem 23 lata więc pozostali już teraz tylko Ci najwytrwalsi..:=)). Interesuje mnie życie Polakow i losy Polski, i zawsze mam dla niej duże nadzieje, ale myślę o niej nie jak o moim kraju (bo mój kraj to Australia), tylko czymś co jest częścią mojej przeszłości, historii i poprzedniego życia (rozrożniam ojczyznę od kraju – jedno to dla mnie skąd pochodzisz, a drugie czego jesteś teraz częścią).
Kilkoro moich najlepszych, tutejszych przyjaciół, to Polacy, i tak jak się z nimi rozumiem i przyjaźnię, byłoby trudno zrobić to z kimkolwiek innym. Z drugiej strony, są środowiska Polaków, których skrzętnie unikamy i się z nimi nie identyfikujemy, bo grupowo nabierają wielu z tych przywar, które przytaczałeś w swoim cytacie. Więc obcowanie z Polakami, bo to Polacy, nie jest częścią mojego postępowania, ale wyszukiwanie fajnych ludzi, których podziwiam i szanuję lub, z którymi czuję się dobrze i podzielam podobne poglądy, niezależnie od ich narodowości, to jest moja recepta na moje “zbalansowane” życie :=)

A jeżeli chodzi o to, czy Polacy są tak samo źli, czy dobrzy, czy potworni, jak inni, to nie jestem pewna. Myślę, że jednak są zasadnicze różnice w krajach. Na pewno w każdym z nas, w każdym człowieku, tkwią warstwy egoizmu, uporu, machinacji, pychy, pogardy, zawiści etc etc. Tak jesteśmy zbudowani (stworzeni..?) my, ale co robimy jak tworzymy różne kraje? Mam taką teorię, że różnica między krajami jest w tym, na ile te rzeczy są ogólnie tolerowane, i do jakiego stopnia. Można to nazwać, na przykład, political correctness. Myślę, że w naszych czasach, kiedy moralność nie jest koniecznie spuścizną rodzinną, albo nie jest uczona w religii itp., coś takiego jak political correctness jest bardzo przydatne, bo pokazuje ludziom wzory do naśladowania. Taką mamy wszyscy naturę,  że nie chcemy się wychylać, jak myślimy, że większość myśli w określony sposób. I myślę, że to się bardzo przydaje dla najprostszych ludzi (może nie najprostszych, ale tych którzy się boją wszystkich i wszystkiego co nie jest im znane, i którzy są konserwatywni i wsteczni).

I jeszcze jedno. Mieszkałam 4 lata w Anglii, mieszkam w Australii 18 lat. I myślę, że w tych krajach jest dużo, dużo mniej nacjonalizmu. Polacy nazywają to patriotyzmem, ale to on pozwala na rezygnację i godzenie się z wieloma zachowaniami i mówienie mimo wszystko, że się tak bardzo kocha ten kraj. Tu, jakby ktoś powiedział, że kocha Australię popatrzyliby na niego, jak na wariata. Ludzie mogą powiedzieć, że to jest ich kraj, że tu chcą żyć, że Australia może tyle ofiarować…. i w tym najczęściej myślą o lifestyle – o pogodzie, przyrodzie, plażach, bliskich kontaktach ludzkich. Ale też są dumni z tego, że Australijczycy są “easy going” – a w tym się ukrywa to, że nie są agresywni, nie są wścibscy, że tolerują ludzi i ich indywidualizm. Lubią więc, czy są dumni, z konkretnych cech narodowych, ale nie urzeczywistniają się z teoretycznym i nacjonalistycznym pojęciem o Australii. W każdym razie absolutna większość….:=)

Wiem, że piszę to wszystko z dystansu i z boku. Wiem, że jest inaczej jak jesteś częścią kraju i tam żyjesz. Mam nadzieję więc, że te wywody Cię zainteresują, jako obserwacje kogoś z zewnątrz. I że nie napisałam nic, czym bym Cię uraziła lub zraniła…
Moc pozdrowień,
Iwona

23h < 10h, czyli pies korporacyjny

Ponownie jestem na Puerto Rico. Chmura wulkaniczna opadła, huragany jeszcze nie nadeszły, więc po dwudziestotrzygodzinnej podróży przez Londyn i Nowy Jork dotarłem do apartamentu w malowniczej dzielnicy Isla Verde na przedmieściach San Juan.

Firma, która mnie tu wysłała ma wspaniałomyślną zasadę, że w przypadku podróży przekraczającej dziesięć godzin kupuje bilet w klasie biznesowej. Fajnie to wygląda na papierze. Lecz firma jest amerykańska, a sporo managerów włoskich, więc zasady są kreatywnie modyfikowane. Po pierwsze uznano, że w opisywanej zasadzie chodzi o pojedynczy odcinek podróży przekraczający dziesięć godzin. Czyli po rozbiciu lotu na dwie przesiadki można współczująco pokiwać głową i uznać, że to nie o taki bizens chodzi w klasie biznes. Na wypadek jakichkolwiej wątpliwości, jeden z dyrektorów przybił gwódź do trumny wysyłając email z zawiadomieniem, że w tak ciężkiej sytuacji gospodarczej zaleca się, aby wszystkie osoby związanie z portorykańskim projetem latały ekonomicznie. Empatycznie wyraził, w tym samym emailu, troskę o zmęczonych podróżą podwładnych pozwalając im stawić się w biurze cztery godziny później niż zwykle. Też myślę, że ważne, aby zaoszczędzić trochę kasy, bo w końcu firma zobowiązała się płacić prezesowi rocznie dwa miliony dolarów jako bonus, więc w trudnej sytucji gospodarczej mogłyby z tym być problemy, gdybyśmy lekkomyślnie rozciągali swoje gnaty w wygodnych, acz kosztownych fotelach lotniczych. Mój kwałek projektu, był opóźniony przez wulkan, więc zamiast brać pół dnia wolnego, przespałem się kilka godzin i z zapałem godnym lepszej sprawy byłem od rana w biurze.

W sumie kiedyś pracowałem w niewielkiej rodzinnej firmie włoskiego dusigrosza i wtedy było dla mnie oczywiste, że ceną za autonomię w zarządzaniu projektami jest lot do Australii z podkulonymi nogami. Potem zostaliśmy wchłonięci przez świat korporacyjny i jedną z niewielu pozytywnych zmian były wygodne podróże. Nadszedł czas, gdy udziałowcy pozamieniali się akcjami swoich spółek i jeden z nich, tuż przed kryzysem w USA, został stuprocentowym właścicielem firmy. W rezultacie mamy warunki socjalne coraz bliższe czasom włoskiego centusia, a obszar naszej samodzielności jest redukowany krok po kroku do poziomu przypominającego życie w koszarach. Widzę, że Ci zarządcy to mieszczuchy i nie widzieli co się dzieje z psem jak dostaje coraz mniej karmy, a łańcuch skraca mu się do uciążliwego minimum. Pies może odkryć w sobie determinację do zmiany, zerwać się z uwięzi i zapolować na kawałek mięsa w świecie oddalonym od takiej dziwnej zagrody.

Zamiast przeciągać sarkastyczne filozofowanie wracam cieszyć się portorykańską przygodą. Bowiem wciąż mam w kieszeni służbową kartę kredytową, na parkingu samochód z wypożyczalni, w lodówce piwo, a kilkanaście metrów od balkonu fale rozbijają się o piaszczystą plażę. Przypuszczam, że drakońskie zasady rozliczania podróży, których opis już dostałem, dosięgną mnie dopiero za parę miesięcy. Póki co cieszę się z pełnej miski i dość niekrępującego łańcuszka trzymającego mnie przy tej globalnej budzie.

Motorem przez wieś.

Przyjechał do mnie motor. To znaczy sam go przywiozłem z Ursynowa.

Wyszła nam fajna roszada, bo znajomy przesiadał się ze swojej “iksjoty” (czyli z XJ 600) na większy motor sprzedając mi swoją  maszynę. Kilkanaście dni wcześniej  inni znajomi chcieli kupić naszego dziesięcioletniego Renault Espace.

Jako, że od ostatnich wyjazdowych problemów wiedzieliśmy, że nasza rodzinna Renówka potrzebowała nowego właściciela, który zna się na samochodach i zadba o naprawy, to chętnie zgodziliśmy się na transakcję.

 Teraz, przed wyjściem do pracy, ubieram się strój, który u napotkanych ludzi na przemian wzbudza skojarzenia z “Gwiezdnymi wojnami” lub z kosmitami i na dwóch kołach przemierzam trzydziestokilomentrową drogę do biura.

Wulkan mnie też usadził.

Zadzwonił budzik w moim pokoju w lublańskim hotelu. Za chwilę zadzwoniła komórka. Żona miała najświeższe  informacje z lotniska. Będzie zamknięte od rana i nie wiadomo kiedy je ponownie otworzą.

Podobnie jak tysiącom innych podróżnych, chmura wulkaniczna skomplikowała także moje wyjazdy.
Od razu poprosiłem koleżankę z tutejszej firmy o załatwienie miejsca w pociągu.
Zrobiła rezerwację i po południu rozpocząłem piętnostogodzinną podróż do Warszawy.

Do Wiednia jechałem w pustawym wagonie, podziwiałem piękne widoki słoweńskiej prowincji.
Lecz potem przesiadłem się do pociągu wypełnionego po brzegi. Korytarz był zapchany podróżnymi i trudno było wnieść bagaż do przedziału, w którym czekało zarezerwowane dla mnie miejsce. Dotarłem po to by stwierdzić, że siedzi tam pan z tą samą miejscówką co ja. Na moją propozycję, abyśmy się zamieniali miejsce odparł wymijająco, że on jedzie tylko do Katowic. Czyli pięć godzin stania na korytarzu? Po paru godzinach coś mnie tknęło i jeszcze raz porównałem nasze miejscówki. Miejsce się zgadzało, wagon też, numer pociągu tudzież, ale… mój bilet był na piątek, a ten drugi na sobotę, czyli na następny dzień!

Od tego momentu miałem miejsce siedzące.
Nawet zasnąłem na kilka godzin.

Piszę te słowa z Warszawy, a powinienem z San Juan. Mój poniedziałkowy lot został odwołany i to jest druga wulkaniczna komplikacja moich podróży.

Nowa Polska.

Podczas ostatniej rozmowy matka skarżyła się na zdrowie, mówiła, że nie wie ile jeszcze pożyje. Syn chciał ją pocieszyć i odparł czule: “Mamo, wszystko będzie dobrze, zobaczysz, jeszcze nas przeżyjesz”.

Tak mogła wyglądać rozmowa Lecha Kaczyńskiego z matką przed wylotem do Katynia.

Matka go przeżyła, podobnie jak bliscy innych osób, które zginęły 10 kwietnia. W jakiej Polsce będą teraz żyć ?

Może swoją śmiercią Lech Kaczyński wniesie do polityki więcej pokoju, szacunku dla oponentów i solidarności, niż wnosił swoją aktywnością w życiu publicznym.

Życie jest usłane znakami. Coś się nam wydarza; jakieś niecodzienne spotkanie, dziwny zbieg okoliczności itp. - myślę, że warto się nad tym zatrzymywać i zastanawiać. Podobnie teraz, gdy roztrzaskał się samolot z wieloma znanymi politykami.

Klasa polityczna w Polsce robi na mnie wrażenie kłótliwej zbieraniny dość przypadkowych osób. Osoby te mają w zwyczaju skakać do gardeł swoim kolegom z pracy (tj. innym politykom). Chyba uznają, że na tym polega praca, za którą są bardzo dobrze wynagradzani.

Natomiast dzięki pracy, którą ja wykonuję zarabiam pieniądze, z których kilkadziesiąt tysięcy rocznie jest wysyłanych na konto bankowe Państwa Polskiego. Z tego są wynagradzani politycy. Jestem niezadowolony ze sposobu wykonywania przez nich pracy, którą opłacam.

Widzę, że kochający mąż, czuły syn, wrażliwy filantrop w godzinach pracy przepotwarza się w bestię kipiącą nienawiścią, zaśmiecającą świat obraźliwymi atakami na inne osoby. Po pracy polityk racjonalizuje sobie sprawę komentarzem, iż to tylko gra polityczna.

Ja nie widzę w tym nic co kojarzyłoby mi się z zabawną grą. Ja widzę, że mamy Polskę i jesteśmy odpowiedzialni za ludzi żyjących w jej granicach.

Chcę zobaczyć jak politycy dają wyraz temu poczuciu odpowiedzialności, gdy w ramach burzy mózgów znajdują najlepsze dla Polaków rozwiązania. Chcę by każdego dnia przychodzili do pracy z wolą ułatwienia życia mieszkańcom Polski. Chcę, aby pamiętali, że ich praca to umacnianie i usprawnianie Polski. Chcę, aby pamiętali, że Polska jest większa od ego każdego z nich. Chcę, aby wiedzieli, że ich jedynym pracodawcą jest polskie społeczeństwo, a ich pierwszą codzienną myślą ma być refleksja czy pomysł dyskutowany w debacie jest dobry dla Polski.

Może w sobotnim wypadku straciliśmy polityków, którzy uważali, że Polska jest wartością, dla której warto zapomnieć o swoich ambicjach, o swoim przekonaniu o nieomylności, zapomnieć o etykietkach partyjnych i pieniądzach lobbystów. Straciliśmy też na pewno pieniaczy, o chorobliwych ambicjach, poniżających osoby o innych poglądach, uważających swoje koncepcje państwa za jedyny interes kraju.

Mniejsza o to, w którym rzędzie Tupolewa siedzieli ludzie z jednej, a w którym z drugiej grupy. Być może każdy pasażer należał po trochu do obydwu grup. W tej chwili jest dla mnie ważne znaczenie tego wypadku.

W moich oczach ta śmierć to wołanie o zmianę reguł gry. Czas na zmianę. Czas na zmianę od samego dołu, od każdego z nas.

Uważam, że neurotyczne awantury polityków były jedynie zwierciadłem takich samych pyskówek w domach, na drodze, w sklepie, czy w knajpie.

Wypadek w Smoleńsku przetrzebił prymitywizm społeczny z pierwszych stron gazet. Szkoda tych śmierci, żal cierpienia ich najbliższych. Lecz odejście tych ludzi jest wezwaniem, aby zakończyć politykę jadu, złośliwości, lekceważenia i obrażania bliźnich. Zastąpmy ją nową polityką.

Nowa polityka to wytrwałe trzymanie się zasad szacunku dla drugiego człowieka, uporczywa próba zrozumienia tego co druga osoba ma na myśli, budowanie na talentach i sile każdej osoby zaangażowanej w życie publiczne, noszenie koszulek z napisem “Polska” zamiast koszulek “Platforma Obywatelska” czy “Prawo i Sprawiedliwość”.

Nowa polityka zaczyna się w klasie szkolnej, na spotkaniu rodzinnym, przy stłuczce na drodze, w kolejce w sklepie, w rozmowie z kelnerem, w dialogu z własnym dzieckiem, w załatwieniu sprawy z sąsiadem, w niedzielnym kazaniu i w poniedziałkowym komentarzu do niego.

Bądźmy serdeczni, wsłuchujący się w drugiego człowieka, kwestionujmy swoją nieomylność, pogódźmy się z tym, że intencje i motywy innych są szczelnie zamknięte w ich sercach, do których nie wsadzamy swoich nosów. Pozostaje nam ufne zakładanie, że innym zależy na dobrym rozwiązaniu tak mocno jak i nam.

Każdy z nas ma w sobie potencjał serdeczności, ciepła, współdziałania, rozumienia zdania innych i harmonijnego życia. Rozwijajmy te zalążki we wszelkich sytuacjach społecznych w jakich się znajdujemy. W ten sposób rozpoczniemy lawinę nowej polskiej polityki, która dosięgnie szczytów polityki i nada wielkie znaczenie śmierci kilkudziesięciu ludzi z przegranego pokolenia polityków.

Next Page »