Archiwa kategorii: Ogólnologia

Swojak po swojemu.

Jak widzicie, zaprzestałem systematycznej publikacji blogowych wpisów.
Zaangażowałem się w kilka wymagających przedsięwzięć, a swojakowy blog spadł z listy moich działań.
Wiem, że przez cztery lata systematycznego pisania zgromadziło się tutaj grono wiernych czytelników i komentatorów.
Każdy kto chce pozostać ze mną w kontakcie lub będzie potrzebował pomocy czy porady złapie mnie przez email: swojak(małpka)swojak.info

Kaczyński czy Tusk, Ty wybierzesz ofiarę.

Czuję się jak na wyborach prezydenckich w państwie, gdzie lider ma bardzo dużą władzę, łącznie z władzą ustawodawczą.

Do tego w pakiecie wybieram gwardię przyboczną lidera.

Mamy głosowanie na jednego z dwóch kandydatów. Zresztą Platforma Obywatelska mówi na swoim plakacie wprost: „Tusk czy Kaczyński, ty wybierzesz premiera”.

Mieszkamy w dość dużym kraju. Ludzi tu sporo. Mamy wielość poglądów. Mamy rozmaite pomysły na życie i na Polskę.

A tu pod bokiem wyrósł nam taki potworek systemowy, gdzie tradycja parlamentaryzmu umarła nim się u nas zaczęła.

Chciałbym wybrać mojego posła. Chciałbym, aby był to człowiek reprezentujący moje patrzenie na nasz wspólny interes.

Zamiast tego, wybór sprowadzamy do dwóch kiepskich (moim zdaniem) liderów. Ich wizja Polski, ich obyczaje, sposób traktowania współpracowników, skuteczność w załatwianiu wspólnych spraw są mi obce.

Jak zagłosuję? Oddam głos na faceta z listy wyborczej, który w internetowej ankiecie wyraził poglądy podobne do moich, a do tego ma jakieś doświadczenie samorządowe. Wiem, że koniec końców oddaję głos na jego szefa. Zły jestem, bo obydwóch prawie premierów wysłałbym do jakieś małej i nieskomplikowanej gminy, aby jako radni nauczyli się jak działać dla dobra wspólnego i jak szanować ludzi, którzy są z nimi, i którzy są przeciw nim. W sejmie chciałbym widzieć innego formatu ludzi.

Podobno jaki naród tacy jego przedstawiciele. Moim zdaniem Polacy są coraz fajniejsi i mają coraz sensowniej poukładane w głowach. Zatem wierzę, że prędzej czy później ten pozytywny trend dotrze do szamba zwanego Sejmem RP.

Śmieci.

Czy opłaca się segregować, a potem przetwarzać śmieci?
Podobno tak i do tego całkiem nieźle.

Ostatnio rozmawiałem z Australijczykiem, który „pracuje w śmieciach”.
Buduje spore stacje przetwarzania odpadów, zarządza nimi, a zyskiem dzieli się z lokalnymi społecznościami, w których prowadzi interesy.
Jedna stacja obsługuje około miliona mieszkańców.
Jak usłyszał, że za wywóz śmieci płacę miesięcznie około stu złotych, to stwierdził, iż jego australijscy klienci mają taniej. Lecz jak mu wspomniałem, że za oddanie kilograma makulatury trzeba w Pruszkowie zapłacić pięćdziesiąt groszy, to sprawdzał, czy dobrze zrozumiał, że to ja płacę, a nie mnie płacą.

Tak niestety jest w naszej okolicy. Nieliczne kontenery na makulaturę mają malutkie otwory i większe kartony trudno tam wrzucić. Zaś zakład oczyszczania przyjmuje makulaturę odpłatnie.

Australijczyk pokiwał głową, jednocześnie coś w myślach przeliczał. Po czym oznajmił, że może zapłacić kilka dolarów od każdej tony przyjętych śmieci.

Kilka tygodni wcześniej widziałem się z człowiekiem, który miał do czynienia ze śmieciami w Polsce. Jego zdaniem to jest kosztowny biznes i udaje się tam, gdzie jest dotowany z publicznych pieniędzy.

Wobec tego skąd Australijczyk bierze zysk w biznesie, który ponoć musi być dotowany?
Przetworzone odpady sprzedaje pośrednikowi, który dalej je upłynnia. Ponoć głównie w Chinach.

Tym sposobem poszerzyłem swoje horyzonty śmieciowe. W Polsce do segregacji trzeba dopłacać, a w Australii można z tego żyć.

Czołgiem po osobówkach, ciąg dalszy, czyli „fajnie, tylko jak tego dokonać?”

Tydzień temu pisałem o praktykach empikopodobnych. Skomentował to telemach na blogu oraz A.J. na mojej facebookowej ścianie.

Telemach zadał serię pytań:
„Co na to konsumenci? Co na to organizacje konsumenckie? Jaka jest pozycja organizacji przedsiębiorców? Co na to prawodawca? I co na to diktum mówi konkurencja?”
Oczywiście znał odpowiedź, co brzmiała „nic”.
Ja sobie pojadę po tych odpowiedziach szerszym strumieniem słowotoku.
Konsument: płacze i płaci. Świadom biznesowego bandytyzmu empiku, szukałem w innych księgarniach książki, która u nich była za 32 złote; w końcu znalazłem w wysyłkowej księgarni w Dąbrowie Górniczej za 29 złotych. Morał z tego taki, że konsument nie musi przepłacać w empiku, może przepłacać w dowolnym innym sklepie.
Organizacje konsumenckie: przepraszam, jakie organizacje? Organizacje i działalność społeczna to staroświecki wymysł komunizmu; nowoczesny Polak ma gotową do użycia serię żartów o śmiesznych ludziach, co robią z siebie pośmiewisko bezpłatnie zawracając głowę innym.
Organizacje przedsiębiorców: to ja się mam martwić tym, że mojego konkurenta ktoś legalnie oskubał? Z innymi przedsiębiorcami to my możemy zaapelować, żeby VAT był niższy, ale wtrącać się niewidzialną rękę wolnego rynku?
Prawodawca: ależ trzeba pilnie zająć się ustawami o układaniu asfaltu pod autokary kibiców 2012 oraz dolewaniu oliwy do ognia w bliskich mordobiciu pyskówkach miłujących kobiety socjaldemokratów z kochającymi nienarodzone dzieci katolikami.
Konkurencja: patrz punkt o konsumentach (tj. konkurencja też się wyżywi przy takim ustawieniu rynku).

Czy ja chcę przez to powiedzieć, że jesteśmy beznadziejnie głupią społecznością, która jest skazana na bycie kolonią dostarczającą światu wykształconych niewolników i naiwnie otwarty, chłonny rynek zbytu dziadowskich produktów o luksusowych cenach?

Nie. Ja chcę powiedzieć, że jest przed nami nadzieja. Widzę nadzieję w tym, że zaczniemy chronić to co zdrowe i normalne. Do tego potrzebujemy odwagi w wyrażaniu swoich opinii o tym co jest normalne, a co chore. Do tego potrzebujemy odwagi posiadania własnego zdania. Zaś własne zdanie przychodzi z pakietem zaakceptowania tego, że mogę nie mieć racji, mogę się pomylić, mogę powiedzieć głupotę i przyjąć tego konsekwencje. O ileż to trudniejsze od wysłuchania w radiu jakie poglądy są w tym sezonie „obciachowe”, a jakie modne, i potem bezmyślnego ich powtarzania w pracy, w szkole, na ulicy i w rodzinie.

A.J. napisała: „fajnie, tylko jak tego dokonać? to chyba nasza narodowa przywara, bo generalnie mamy tendencję do takiego właśnie traktowania sprzedawców, uważając, że jako klienci mamy do tego prawo, a duzi tylko robią to w większej skali… może warto zacząć od wpajania szacunku do innych, w tym sprzedawców, naszym dzieciom?

„Szacunek.” To jest chyba słowo klucz. Czy tego u nas nigdy nie było? Czy było, ale gdzieś zaginęło?
Szacunek do człowieka. Tak po prostu, szacunek bo jest człowiekiem. Może być kasjerką, taksówkarzem, posłem, policjantem, uczniem, ochroniarzem, pacjentem, parafianinem, byłym ubekiem, prostytutką, nowobogackim, podwładnym, sąsiadem, własnym dzieckiem. Jesteś człowiekiem i odnoszę się do Ciebie stosownie do tego.

Czyli może potrzebujemy pary innowacji: odwagi bycia sobą oraz nawyku szacunku dla człowieka.
Może wtedy ci, co lubią działać społecznie stworzą obywatelską alternatywę dla Federacji Konsumentów, a inni konsumenci z szacunkiem będą wspierać działania dla dobra wspólnego. Może biznesmen widzący krzywdę swojego konkurenta głośno powie co mu dyktuje sumienie i stanie w obronie niszczonego kolegi. Zaś inni przedsiębiorcy uszanują taki gest. Może w parlamencie głos zabierze poseł, który zamiast „zwycięstwa w walce o utrzymanie władzy” będzie widział sposoby wspólnego z wszystkimi parlamentarzystami tworzenia prawa, by budować zdrowe ramy biznesu w Polsce. Zaś jego partyjni koledzy uszanują przełamanie partyjniackiego prymitywizmu.
Może konkurent będzie sprzedawał książki z 20% marżą, bo uzna, że tyle jest w porządku wobec czytelnika. Itd.

To wszystko chyba jest tak proste, jak uświadomienie sobie, że każdy z nas odpowiada za to jak żyjemy tu i teraz. Jest to chyba też tak trudne jak wyrwanie się z odmóżdżającego hipnotycznego snu wędrówek po telewizyjnych kanałach, korytarzach galerii handlowych, witrynach salonów samochodowych i  ucieczki przed samym sobą w dużych ilościach wysokoprocentowego alkoholu.

Czołgiem po osobówkach.

Za biznesową chorobę uznaję to, że „kupując książkę w Empiku, największej sieci księgarni w Polsce, nawet 55 proc. jej ceny wrzucasz do kieszeni tego dystrybutora. Pozostałe 45 proc. trafia do wydawcy i autora, ale tylko teoretycznie, bo Empik płaci swoim kontrahentom dopiero po pół roku” (http://www.wprost.pl/)

Myślę, że potrzebujemy zmiany w ocenie tego co w biznesie jest normalne, a co jest patologiczne.
Moim zdaniem, normalna jest realizacja swoich pasji poprzez budowanie projektów biznesowych, skupianie wokół nich ludzi, którzy będą uczciwie traktowani, oraz budowanie relacji z partnerami w oparciu o dotrzymywanie danego słowa, budowanie wzajemnego zaufania i odpowiedzialności za te relacje.

Dla odmiany, słyszałem o spotkaniu z polskim przedstawicielem międzynarodowego finansisty, którego firma wysysa kapitał od dostawców, poprzez marże na kosmicznym poziomie, oraz przez systematyczne lekceważenie terminów płatności faktur.
Na pytanie dlaczego firma tak traktuje swoich partnerów biznesowych, jej człowiek odparł, że skoro są tak duzi to mogą sobie na to pozwolić.
Polski pracownik zagranicznego inwestora powiedział to człowiekowi, który od dwudziestu lat prowadzi rodzinną firmę i ma opinię biznesowego gracza fair play. Ostatnio ten lokalny przedsiębiorca wziął kredyt obrotowy, bo zaległości w płatnościach ze strony dużego partnera stawały się niebezpieczne dla stabilności firmy.

Moim zdaniem to jest nienormalne.
Rozumiem pazerność mieszkającego w jakimś raju podatkowym geszefciarza, który wybrał ścieżkę biznesu poprzez kontakty z postkomunistami. Koledzy pomagają mu robić nad Wisłą złote interesy, a on swoją pracowitością i sprytem pomnaża kapitał. W sposób egoistyczny i z determinacją, osiąga swoje cele kosztem innych. Pewno tak lubi i może daje mu to satysfakcję. Budowanie zaufania i więzi z szerszą grupą ludzi mieszkających w naszym kraju są mu pewno niepotrzebne.

Lecz nie rozumiem powszechnej w Polsce wyrozumiałości dla takiej postawy. Nie rozumiem wyrażania tonem wyjadacza rynkowego komentarza o normalności takich zachowań.
Zatrzymywanie dla siebie ponad połowy pieniędzy ze sprzedaży mojego towaru i zaleganie mi z wypłatą przez pół roku jest patologiczne.
Mówienie o tym, jak o czymś naturalnym dla rynku i przedsiębiorczości jest, w moim odczuciu, złe i psuje nasz kraj.

Bowiem w konsekwencji takiego patrzenia na sytuację (i takiego o niej mówienia) ludzie nastawieni na przedsiębiorczość, wyrastający w takim rozumieniu świata, mogą uznać, że rozwój biznesu to wspinaczka kosztem słabszych graczy.

Jeśli kupię sobie czołg, wyjadę nim na ulicę i dotrę do pracy taranując zagradzające mi drogę samochody, to postronny obserwator moich działań może skomentować, że jestem tak duży, iż mogę sobie pozwolić na takie działania. Lecz pewno większość uzna mnie za niebezpiecznego wandala, który jest zagrożeniem dla otoczenia. Jak nie perswazją, to środkami przymusu skłonią mnie, abym przestał siać zniszczenie.

Co z czołgami polskiego biznesu? Może poprosić ich, aby nie taranowali innych przedsiębiorców?

Sąsiedzi.

Kochani, kilka razy czytałem poniższą notatkę prasową i cały czas jestem pod wrażeniem, że ta scenka rodzajowa pięknie oddaje nasze obyczaje. Przeczytajcie sami:

Około godz. 8.00 bielańscy mundurowi przejeżdżali obok bazaru Wolumen. Ich uwagę zwrócił mężczyzna, który oferował do sprzedaży aparat fotograficzny. Mężczyzna najpierw twierdził, że aparat dostał od brata, potem że znalazł, aż w końcu przyznał się, że okradł śpiącego sąsiada. Kryminalni z Bielan pojechali przeszukać mieszkanie, w którym przebywał Grzegorz K. Zastali tam dwóch mężczyzn, a na stole leżał twardy dysk. Mężczyźni zostali więc zatrzymani. Cała trójka trafiła do policyjnego aresztu przy ulicy Żeromskiego. Trzeci z mężczyzn został przesłuchany w charakterze świadka.
Policjanci z dochodzeniówki ustalili, że pokrzywdzony nad ranem wracał do domu z imprezy. Nie dał rady wejść do mieszkania i usnął pod drzwiami. 43-letni Grzegorz K. wyjął z jego torby aparat fotograficzny, a 58-letni Lucjan W. – twardy dysk. O kradzieży pokrzywdzonego poinformowali policjanci. Zatrzymanym mężczyznom grozi kara do 5 lat pozbawienia wolności.

(„Okazja czyni złodzieja” Kronika kryminalna, Nasza Gazeta Żoliborza i Bielan, 3 czerwca 2011)

Dla mnie to jest nadwiślańska klasyka!
Impreza jest to po, by wlać w siebie tyle alkoholu, ile zniesie organizm. Od gimnazjum, aż po dom seniora, rodacy spotykają się, by się schlać. Potem z ułańską fantazją, zataczający się biesiadnicy sami wracają do domu. „Przecież nie jestem dziecko, nikt mnie nie będzie odprowadzał!”
Kurażu w rozpalonej głowie więcej niż siły w rękach. Szukanie kluczy i walka z uciekającym we wszystkie kierunki zamkiem do drzwi, to wyzwanie na inną okazję. „W końcu bezpiecznie dotarłem i jestem prawie w domu.”
Bielańska tragifarsa pokazuje nas także w roli zaradnych facetów. „Kto rano wstaje temu Pan Bóg daje.” – Grzesiek i Lucek przekonali się o tym, jak nikt inny. Na spokojnej klatce schodowej uśpionego bloku, znaleźli całkiem przyzwoity aparat i jakieś urządzenie do komputera. Czasem nawet do steranego życiem biedaka uśmiechnie się los. To znaczy szczęściu trzeba pomagać. Znalezione fanty same do ręki nie wlazły. Były w torbie koło faceta, co spał pod drzwiami, pewnie sponiewierany po ostrym piciu. Szkoda człowieka, już prawie był w domu, a tu taki niefart. Głupi albo pechowiec, bo normalny człowiek to z takim cackiem nie śpi na schodach. No, może gdzieś na jakiś strzeżonych osiedlach, to można tak zaszaleć. Ale żeby na naszym blokowisku?! Przecież tu różni ludzie mieszkają, ktoś może okraść. Sam się prosił. Zresztą na biednego nie trafiło. A tak dobrze rozpoczęty dzień trzeba uczcić. Grzesiek skoczy na bazarek spieniężyć cyfrówkę, a Lucek zapuka do sąsiada spod czwórki, to pomyślą co zrobić z kawałkiem komputera, co był w torbie. Ten spod czwórki to porządny człowiek, zawsze można na niego liczyć. Wracając z Wolumenu Grzesiek kupi flaszkę i coś na ząb.

Drodzy Czytelnicy, jedziemy dalej. Czas na metapoziom. Czy zwróciliście uwagę na tytuł jaki redakcja nadała notatce? „Okazja czyni złodzieja”! Oczami wyobraźni widzę podobną notatkę w szwajcarskiej Luzerner Zeitung. Jaki tytuł? „Po wesołej imprezie gospodarz zapomniał zatroszczyć się o gościa w złej kondycji.” Lub może: „Bezduszność sąsiada. Zamiast pomóc okradł.”
Ale to nie Szwajcaria! U nas ludziska mają gorzej, bo taki przyzwoity Lucek wlecze się po schodach, aż „bęc” potyka się o cudzą torbę i okazja czyni go złodziejem!

Na zakończenie osobisty komentarz. Raz czy drugi usłyszałem, że jak mi się w tej Polsce tak nie podoba, to co tu jeszcze robię? Poza tym ktoś, kto był na wycieczkach w wielu krajach, na wielu kontynentach, widział i może to potwierdzić, że jesteśmy normalnym krajem, jak każdy inny, gdzie są rozmaici ludzie, więc zamiast ględzić powinienem zabrać się za coś pożytecznego.
Wyjaśniam, że tu, gdzie mieszkam jestem szczęśliwy i z radością znajduję dla siebie obszary sprawiania, by Polska była jeszcze lepszym miejscem do życia i rozwoju.
Ogromnym wyzwaniem jakie widzę w Polsce, jest to jak się do siebie odnosimy, jakim wzrokiem patrzymy na ludzi wokół siebie, jakich zasad uczymy dzieci, gdzie w wychowaniu widzimy kształtowanie charakteru, jak czynimy dobro i jak unikamy czynienia zła. Czy widzimy życie jako swoje osobiste zadanie, czy też wmawiamy sobie i swoim dzieciom, że każdy z nas jest tylko bezwolną skorupką miotaną na falach losu. Czy każdy z nas chce polubić samego siebie i swoje życie? Może wtedy zamiast uciekania ze swojego tu i teraz w pijacką nieświadomość, pozwolimy sobie cieszyć się z każdego dnia tutaj spędzonego. Ja widzę w tym klucz do swojego rozwoju, do rozwoju moich inicjatyw oraz do rozwoju naszego kraju.

Napisałem ten tekst o sąsiadach, bo myślę, że tak w roli pijanego imprezowicza, jak w roli sprytnego łapacza okazji odnajdujemy kawałek każdego z nas.  Morał z bajki taki, że jak się bawić to z głową, a jak łapać okazję to bez krzywdy drugiego człowieka.

Polacy do domu.

Pół roku temu dzieliłem się refleksjami po wizycie w angielskim biurze, które pustoszało w wyniku wysyłania pracy do Indii (http://blog.swojak.info/?p=136).
Teraz patrzę jak wyciekają tam polskie posady. Formalnie wszystko jest jak należy. Globalna korporacja dopasowuje swoje metody działania do warunków na rynku. Właściciele dogadali się z hinduskim partnerem, który daje nadzieję na poprawę rentowności spółki.
Coraz lepiej wyglądają słupki prezentowane co kwartał przez głównego księgowego, patrzącego zimnymi i zmęczonymi oczami w oko korporacyjnej kamery, która przekazuje obraz na tysiące pecetów korporacyjnej klasy niewolniczej. Z wymuszonym uśmiechem gratuluje nam poprawienia sytuacji sprzed roku. Rozmarzonym głosem dzieli się swoją wizją dalszego obcinania firmowych wydatków.

Film jak co kwartał jest na korporacyjnym portalu. Widz może wybrać jedną z niezliczonych wersji językowych tłumaczenia ścieżki dźwiękowej. Organizacja czerpie inspirację z mediów społecznościowych. Pod materiałem jest miejsce na komentarze. Sam prezenter zachęca do umieszczania tam wpisów i zadawania pytań.
Kilkadzesiąt tysięcy pracowników jest namolnie namawianych, aby oglądać ten korporacyjny spam. Wiem, że sporo osób to ogląda. Wymieniają uwagi na korytarzu lub przy maszynie do kawy. Pod prezentacją nigdy nie widziałem ani jednego wspisu.
Rzuciłem okiem na inny portal. Internetową gazetę, która parę lat temu podała neutralnie brzmiącą notatkę o zmianach w zarządzie firmy. Amerykańscy pracownicy uznali to miejsce za swój zakątek i do dzisiaj jest tam ponad trzy tysiące komentarzy. Ogromny ładunek frustracji.
Patrzyliśmy na te igrzyska ze współczującym dystansem.
Do czasu.
Ostatnio poszedłem rozliczyć rachunki w naszej warszawskiej księgowości. Zwykle pracujące tam kobiety były małomówne, siedziały skupione na swoich monitorach i masie wydruków. Teraz też było cicho i sztywno. Lecz ta sztywność była inna, dużo bardziej napięta niż dotychczas. Otóż okazało się, że w sąsiedniej salce konferencyjnej zagościło kilku Hindusów, którzy przez miesiąc lub dwa będą dokładnie opisywać stanowiska pracy księgowych. Po starej znajomości, koleżanki dogadały się z ludźmi z oddziałów w innych europejskich krajach. Usłyszały, że gdziekolwiek pojawili się ci goście, tam kończyło się zamknięciem lokalnej księgowości. Sądzą, iż będą pracować tylko tak długo, jak długo oliwkowi konsultanci będą potrzebować na zrozumienie specyfiki polskiej księgowości.
Pustoszeją też pokoje informatyków. Tutaj obyło się bez niezręcznych gości. Wystarczy, że ktoś odejdzie z pracy, a jego biurko już na zawsze zostaje puste. Praca jest przekazywana na Daleki Wschód. To znaczy mówienie o przekazaniu pracy jest nadużyciem językowym. Do zespołu dołącza zdalnie zatrudniony Hindus. Lecz pracę po polskim koledze przejmują pozostali Polacy, do czasu przyuczenia zagranicznych specjalistów. Im lepszym specjalistą był Polak, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że Hindus kiedykolwiek przejmie jego zadania. Czyli ludzie, którzy wciąż mają pracę w warszawskim biurze mają coraz więcej zadań. W konsekwencji spodziewam się dalszych odejść z pracy. Skoro to dołoży jeszcze więcej ciężarów na barki tych co zostali, to wróżę koniec polskiemu zespołowi. Przez przypadek byłem świadkiem wymiany zdań między polskim kierownikiem, a jego globalnym pryncypałem. Gdy Polak rwał włosy z głowy jęcząc, że Hindusi, których dostaje do zespołu są kiepscy, to jego przełożony  wykładał mu zalety zdobywania doświadczenia w zdalnym zarządzaniu personelem.
Tylko jak długo będzie potrzebny w Warszawie menadżer, którego zespół będzie już bardzo daleko stąd?
Doczekaliśmy się światowego życia w Polsce. Tylko czy to właśnie to mieliśmy na myśli podłączając nasz rynek do globalnej gospodarki? Czy firma, która mi płaci jest wyjątkiem na naszym rynku? Chyba nie. Ostatnio zatrudniliśmy człowieka (był chyba ostanim, który dołączył do polskiego zespołu) bezrobotnego po przeniesieniu do Indii jego poprzedniego miejsca pracy. Widziałem się też z koleżanką, która rekrutuje w Polsce zespół pracowników do wprowadzania danych. Przejmą pracę po Anglikach. Jeszcze nie widzą, że to tymczasowa robota, bo potem wszystko pójdzie do Indii.
Proszę Was o kreatywne propozycje jakie prace będą do wzięcia w Polsce przez wykształconych absolwentów za dziesięć lat? Pogdybajmy sobie. Nikt nie wie jak będzie wyglądała przyszłość, czyli możemy bezkarnie powróżyć z fusów. Serdecznie zapraszam do dyskusji.

Pożegnanie z bezdrożami.

„To raczej nie jest samochód dla Pana. Jako listonosz pewno zarabia Pan niewiele i potrzebuje auta, które będzie w ciągłym ruchu. To raczej dla weekendowego pasjonata wyjazdów w teren, który lubi pogrzebać przy samochodzie.”Podobną rozmowę odbyłem z kilkoma osobami, które skusiły się na ogłoszenie z ofertą mojej terenówki.Zniechęcałem niektórych kupców, czekając na idealnego nabywcę.Chodziło o pojazd niecodzienny, o dziewiętnastoletnią terenówkę o bliżej nieokreślonym przebiegu.

W sobotę wieczorem zadzwonił człowiek, który już jeździł kilkoma starymi autami 4×4 i teraz szukał czegoś nowego do zabawy na bezdrożach. Wiedziałem, że to ten, na którego czekała moja Feroza. Przyjął do wiadomości, gdzie są ogniska korozji, że silnik pije olej i pali 17 litrów gazu na 100 kilometrów. Z uznaniem wysłuchał jakie opony założyłem oraz co ostatnio robiłem przy samochodzie.Nazajutrz pokonał 200 kilometrów I zjawił się na jazdę testową.Dobiliśmy targu, samochód sprzedałem prawie za taką samą kwotę, jaką zapłaciłem w październiku poprzedniemu właścicielowi.Tym sposobem zakończyłem moją off-roadową przygodę.

Ona miała taki miły głos i nawet rozumiała mój silny polski akcent…

Telefoniczna konsultantka firmy Microsoft zapytała, czy siedzę przed komputerem i widzę na ekranie kod produktu. Gdy odparłem twierdząco, poprosiła, abym podyktował jej ten numer. Potem podała mi wygenerewane przez jej system cyfry i litery, które miałem wpisać w puste pola na ekranie mojego Windows XP. Na koniec poprosiła o potwierdzenie, czy Windows jest już aktywny i podziękowała za rozmowę.

Rozmawiałem z androidem. Czyli moją sprawę załatwił system komputerowy wykonujący pracę konsultanów. Kolejna bariera w zastąpieniu ludzi maszynami została skutecznie pokonana.
W pierwszej chwili byłem podekscytowany myślą, że systemy rozpoznawania głosu potrafią tak dobrze radzić sobie z automatyczną obsługą klienta. Szybko jednak przyszły mi na myśl słowa, jakie usłyszałem od Amerykanina, który tęsknił za dawnymi czasami, gdy w sektorze usług wszelkie sprawy załatwiał człowiek. Brakuje mu tego pierwiastka człowieczeństwa w automatycznych systemach, które panoszą się usługach. Rynek goni za obniżką kosztów. Amerykańskie centra obsługi klienta zostały, parę lat temu, przeniesione do tanich Indii. Niektórzy klienci narzekali na ten ruch, więc część kontaktów z klientami, Hindusi zlecili swoim amerykańskim pracownikom. Teraz kolejny krok. Hinduski konsultant zostaje zastąpiony automatem.

Dodam, że opisaną we wstępie rozmowę odbyłem z amerykańskim oddziałem firmy Microsoft. Przypuszczam, że w Polsce wciąż miałbym szansę porozmawiać z Ewą, Jackiem lub Beatą, którzy odebraliby mój telefon. Jednak 3 maja mieli oni, podobie jak ja, wolne. Do USA zadzwoniłem po nieudanej próbie aktywacji systemu przez Internet. Na ekranie dostałem polecenie wykonania telefonu pod polski numer. Skoro tam było nieczynne, to zadzwoniłem pod numer w Szwajcarii (licencję na system kupiłem w Helwecji). Jednak Szwajcarzy już wyłączyli linię, której używali do aktywacji Windows XP – pewno tam takie starocie mało kto instaluje. Pomyślałem, że w Stanach jest duży rynek, więc zapaleńców mojego pokroju trochę się zbierze i będzie tam dla nich konsultant. Intuicja dobrze mi podpowiedziała. No i dostałem to czego potrzebowałem, a mój stary komputer znów jest na chodzie.

Historia ma jeszcze jedno dno. Przyznam, że problem rozpoczął się kilkanaście miesięcy temu z powodu mojej niefrasobliwości. Podczas oglądania filmu o Gandhim przeszkadzał mi hałas komputerowych wiatraczków. Niewiele myśląc, wyłączyłem chłodzenie. Zostawiałem tylko słabiutkie wietrzenie procesora. W połowie filmu komputer był tak gorący, że się przepalił. Dość szybko i tanio znalazłem na Allegro podobną płytę główną z procesorem. Rupieć stał w kącie jak wyrzut sumienia, aż do wczorajszego, śnieżnego święta. Wtedy przywróciłem go do życia, przy pomocy androida, aktywującego Windows XP, gdzieś z za Oceanu, a może gdzieś z Indii, czy nawet z Europy? W końcu komputer mówiący z amerykańskim akcentem może stać w dowolnym ekonomicznie sensownym zakątku świata, wybranym przez Microsoft.

Czy zmierzamy do czasów, gdy tylko najznakomitsi, wybrani klienci, będą obsługiwani przez człowieka, a wszyscy pozostali będą rozmawiać z maszynami? Czy maszyny nabiorą takiej ogłady, że tylko najwprawniejsi rozmówcy zorientują się, że gadają z automatem? Jaki aspekt rozmowy z żywym konsultantem nigdy nie zostanie skutecznie zastąpiony przez komputer? Jakie są Wasze refleksje? Zapraszam do dyskusji.

Ustąp miejsca dziewczynce!

„Zwrócono nam uwagę, że wśród mówców była tylko jedna kobieta” – napisał organizator doskonałej konferencji TEDxWarsaw. W dalszych słowach tłumaczy jak do tak okropnej sytuacji doszło i jak można temu zaradzić w kolejnej edycji.

Piszę o tym, bo to już kolejny tekst podobnego typu, który wpada w moje ręce. Mamy jakieś działania, gdzie zgłasza się sporo facetów i kilka kobiet, a potem samokrytyka z powodu nadreprezentacji mężczyzn.

Proszę, podpowiedzcie, o co chodzi? W czym jest problem?
Jako uczestnik konferencji widziałem na sali masę kobiet. Wśród rozmów, które prowadziłem w przerwach, mniej więcej tyle samo odbyłem z paniami, co z panami. Dostęp do spotkania był niezależny od płci.

Jestem ojcem dwóch dorastających córek. Chcę, aby mogły rozwijać swoje pasje i realizować marzenia. Tego samego chcę dla naszego syna.

Widzę, że są obszary życia, gdzie kobiety i mężczyźni idą ramię w ramię. Na mój gust, do sprzedaży i marketingu garnie się chyba tyle dziewczyn co i chłopaków.
Lecz już do prac bliższych technice masowo gnają faceci. Niedawno zatrudniałem osobę do wdrażania systemów komputerowych. W zasadzie szukałem osoby do przyuczenia do zawodu, a z racji zupełnie męskiego zespołu, liczyłem na zatrudnienie kobiety. Zgłosiło się dziesięć razy więcej panów niż pań. Nie dałem za wygraną. Skontaktowałem się z każdą z kandydatek. Kiepsko nadawały się na to stanowisko. Do naszego zespołu dołączył kolejny facet.
Są też obszary, gdzie równie trudno jest trafić na mężczyznę przyzwoicie rokującego. Edukacja jest świetnym przykładem. Przy dramatycznej feminizacji szkół, zastawiam się ilu wychowawców spotka mój syn na swojej drodze do dorosłości.

Czy powyższe ma oznaczać, że za wszelką cenę zatrudnię kobietę przy komputerach tylko dlatego,  że jest kobietą, a ja zatrudniałem za dużo mężczyzn? Czy może oddam edukację syna w ręce kiepskiego belfra tylko dlatego, że jest facetem?

Mój zdrowy rozsądek burzy się na apel pt. usilnie szukamy kobiet do wygłoszenia wykładu na naszej konferencji, bo dotychczas gadało u nas za dużo mężczyzn.
Wiem, że w tym roku organizator zrobił wszystko co w jego mocy, aby każdy kandydat do występu był sprawiedliwie oceniowy, bez względu na płeć. O co chodzi tym co skarżą się na brak kobiet na scenie i dlaczego organizator się z tego tłumaczy?

Może lepiej ode mnie rozumiecie o co chodzi? Może jest coś ważnego co umyka mojej uwadze? Zachęcam do dyskusji.