Archiwa kategorii: Szwajcaria

Swiss Army Girls.

Polskie dziewczyny poruszają się z gracją. To był mój pierwszy wniosek jaki dzisiaj wpadł mi do głowy po wylądowaniu w Zurychu. Czekając na pociąg włóczyłem się po galerii handlowej. Gapiłem się na ludzi. Lubię przyglądać się ludziom. W Szwajcarii mogę bez skrępowania patrzyć na przechodniów, a jak skrzyżuje się nasz wzrok to następuje rytualna wymiana serdecznych uśmiechów. Pamiętam jak kiedyś N., znajomy Szwajcar, powiedział mi, że to co go wkurza w jego narodzie to nachalne gapienie się na obcych. Nie wiem na ile krytyczna opinia N. jest podzielana przez jego rodaków. Chyba jednak lubią obserwować innych. Widać to wyraźnie w pociągach w niemieckojęzycznej Szwajcarii. Sporo ludzi czyta gazety, a drugie tyle obserwuje innych.

Po kilku latach mieszkania w Alpach przestałem na to zwracać uwagę. Jak widzę utkwiony we mnie wzrok to odruchowo spoglądam na widza i uśmiecham się.

Jak wiesz, drogi Czytelniku, w Polsce skrzyżowanie wzroku ze spojrzeniem nieznajomego rzadko wiąże się z uśmiechem.

Nie wiem jak jest w innych krajach europejskich, bo nie przywiązywałem do tego wagi. Natomiast w Azji (w każdym kraju, który odwiedziłem) w metrze i w sklepach prawie zawsze czuję badawcze spojrzenia lokalnych mieszkańców. Tam jest zupełnie inna sprawa, bo oni studiują moją dziwną fizjonomię. Jestem od nich wyższy, mam bladą twarz, jasne włosy i jakoś tak inaczej osadzone oczy. Mimo, że w miastach, które odwiedzam bywają Europejczycy to wciąż widać jest tam niezaspokojona potrzeba dokładnego zlustrowania wielkoluda z centralnej Europy.

Konkludując mogę powiedzieć, wszędzie na Ziemi ktoś tam kogoś obserwuje, a po jego mózgu krążą badawcze lub zupełnie bezmyślne impulsy elektryczne.

Byłem w tym samym „klubie oglądaczy” snując się wśród szwajcarskich sklepów. Chwilę patrzyłem na młode małżeństwo. Mężczyzna niósł na rękach dziecko, a kobieta pchała wózek. Wyglądali na zadowolonych, rozmawiali energicznie, ich twarze były pogodne. On przystojny, ona zgrabna. Tylko ten jej chód; w Polsce kobiety tak nie chodzą. Ona szła jak facet. Takie ciężkie kroki praktycznie bez ruchu bioder. Straciłem ich z oczu jadąc w dół ruchomymi schodami. Właśnie zamyśliłem się nad tym jak chodzą dziewczyny w Polsce, gdy usłyszałem, że poniżej otwierają się drzwi łazienki. Wymaszerowała z nich młodziutka kobieta o typowo alpejskich kształtach (tzn. stosunkowo szczupły korpus i olbrzymie biodra). Miała na sobie spodnie w stylu militarnym i szła krokiem doskonale pasującym do stroju: stawiała szerokie kroki i posuwała się do przodu kiwając się z boku na bok.

Pamiętam, że mieszkając od jakiegoś czasu w Szwajcarii poszedłem na niedzielny spacer. Na popularnym deptaku nad jeziorem chodziło sporo rodzin. Wtedy zwróciłem uwagę, że kobiety w średnim wieku i starsze zwykle chodzą dość lekko i miło dla oka. Pozostałe, niemal bez wyjątku, stawiały ciężkie niezgrabne kroki. Potem przyzwyczaiłem się do tego zjawiska tak jak przyzwyczaiłem się do widoku Alp, do szarej jesieni i smaku raclette.

Dopiero teraz po codziennym widoku ślicznych polskich dziewczyn zdałem sobie sprawę jak fatalnie chodzi przeciętna Szwajcarka.

Mam nadzieję, że styl Swiss Army Girl nie zrobi kariery w naszych stronach. Swiss Army Knife? Bardzo chętnie! Swiss Army Watch? Od biedy może być. Ale uchowajcie nas od Swiss Army Girls!

U lekarza bez „dzień dobry”.

Żona wróciła od pediatry i rozrzewniła się na wspomnienie naszego szwajcarskiego lekarza. Każdy mały pacjent i jego rodzic był witany przez doktora poprzez podanie dłoni. Krótkie nawiązanie kontaktu, a potem przejście do spraw zdrowotnych.

A tutaj? Pani doktor była zajęta porządkowaniem papierów na swoim biurku. Żona cierpliwie czekała zakładając, że lekarka za chwilę wstanie, podejdzie do niej i przywita się. Ależ skąd?! Pani doktor tylko burknęła znad papierów „Z czym Pani przychodzi?”.

Drodzy lekarze skarżycie się, że Wasze pensje są daleko w tyle za pensjami kolegów z Zachodu? Niestety Wasze obyczaje zdają się mieć podobny dystans do zachodnich kolegów jak Wasze pensje.

Inny kwiatek. „Gdzie to dziecko było szczepione? W Szwajcarii? Ach, tak, słyszałam tam jest kompletny bałagan. Tam rodzice mogą decydować o niektórych szczepieniach.”
Droga Pani Doktor, to co Pani nazywa bałaganem jest określane jako podmiotowe traktowanie pacjenta. Tam pacjent ma rozumieć jakie są pomysły na uzdrawianie jego organizmu i uzdrawianie organizmu jego dzieci. Lecz tutaj pacjent jest chyba jedynie zbiorem objawów chorobowych w rękach wszechwiedzącego i wszechmocnego rycerza przemysłu farmaceutycznego. Tutaj od rozumienia spraw choroby jest lekarz. A pacjent? Czasem zdroworozsądkowo zapyta czy trzeba dziecku dać kolejną serię antybiotyków w tym samym roku. Cóż za nietakt! Przecież gdyby nie trzeba było to by lekarz nie zapiasał antybiotyku (za który najprawdopodobniej dostanie prowizję w postaci zaproszenia na kongres w miłym miejscu w tym czy innym zakątku globu, ale to dyskretnie pominie odburkując na pytanie zatroskanego rodzica). Tutaj małe wyjaśnienie: także w Szwajcarii liczba przepisanych antybiotyków ma wpływ na dochody lekarzy. Ta marketingowa choroba drąży przychodnie na Zachodzie, jak i na Wschodzie.

Drodzy lekarze jesteście potrzebni i szanuję poświęcenie i ciężką pracę wielu z Was. Lecz proszę, zejdźcie z piedestału na który wdrapaliście się dawno temu. Jesteście naszymi partnerami w poszukiwaniu zrozumienia naszych organizmów i utrzymania ich w zdrowiu. To co się wtacza do Waszego gabinetu to nie jest jednostka chorobowa, lecz żywy człowiek ze swoją mądrością życiową, z pewną znajomością swojego organizmu, z którym przebywa 24 godziny na dobę oraz z wolą zrozumienia tego co się dzieje z jego ciałem i jak wspólnie się z tym uporacie.

Szwajcarskie impresje.

Przyjechałem na kilka dni do Szwajcarii. Po raz pierwszy od kilku lat jestem tu gościem.
Fajnie być ponownie w miejscach, gdzie spędziłem osiem lat. Z domu przywiozłem llistę zakupów. Są tam drobiazgi, które kupuję i zabieram do Polski: ser do fondue, batoniki z otrębami Farmers, gorzkie czekolady, cukierki trochę podobne do karmelowych toffi, odplamiacz do ubrań oraz naklejka na samochód z herbem kantonu.

Miałem też ochotę na dwa dania, które są zupełnie nieszwajcarskie, ale w Polsce są zwykle przyrządzane w kiepski sposób: pizza oraz sałatka (czyli to co w polskich knajpach figuruje pod nazwą „zestaw surówek”).
W centrum wioski jest pizzeria prowadzona przez Włocha i tam w menu jest kilkanaście rodzajów pizzy z normalnymi składnikami jakich oczekuję od pizzy. Bo ostatnio w polskiej pizzerii przebijałem się przez listę pizzy z pieczarkami, mięsem mielonym oraz pizzy z kebabem! Nie było ani jednej pizzy z rukolą, ani z szynką parmeńską. Inną historią są surówki. W Szwajcarii gdziekolwiek poproszę o surówkę, czy to z zielonej sałaty, czy to mieszaną to zawsze dostaję miskę apetycznych warzyw.
W Polsce już się poddałem. Nawet nie zamawiam sałatki cesarskiej po tym jak ostatnio składniki pływały w sosie nalanym okropnym nadmiarze.

Zatem pierwszy szwajcarski wieczór spędziłem zajadając się pizzą z szynką i rukolą. Drugiego wieczora jadłem w restauracji hotelowej i tam rozpocząłem od wyśmienitej surówki. Potem jako główne danie miałem tatara. Moje podniebienie dużo lepiej czuje się z polską odmianą tatara : takiego z ograniczoną liczbą składników, gdzie dominuje surowe jajko, odrobina posiekanych ogórków kiszonych i cebuli. W Szwajcarii dostałem tatara, gdzie mięso było wymieszane z sosem pomidorowo-oliwkowym. Do tego tosty. Teraz już wiem, że wolę tatara bez sosu pomidorowego. Przy okazji nadmienię, że przed paroma miesiącami ze zdziwieniem odkryłem jak popularny jest tatar w Brukseli. Belgowie jedzą go podobnie jak Polacy nie udziwniając smaku przecierem pomidorowym. Natomiast jedzą swojego tatara bezwarunkowo z frytkami! Mimo, że frytki jadam tylko okazjonalnie to ze smakiem pożarłem belgijską kombinację tatarską.

Podczas pobytu w Szwajcarii dowiedziałem się, że mam uczestniczyć w ślubie kolegi. Miałem w walizce jedynie dżinsy i koszulki polo. Kolega jest Włochem, zaś jak wiedzą Ci, którzy mają wokół siebie Włochów, dżinsy są uznane za ubranie nieprzystające do żadnej poważniejszej imprezy. Korzystając z faktu, że czwartek jest jedynym dniem, gdy sklepy są wciąż otwarte po 19:00 pojechałem do Lucerny. W ciągu godziny byłem ubrany za równowartość 300 złotych – u ludzie mówią, że Szwajcaria to drogi kraj! Przyznam, że prawie wszystkie kupione produkty pochodziły z końcówki letniej wyprzedaży, czyli  były sprzedawane z rabatem 25%-50%.
Aby nie być gołosłownym podam Wam szczegółowe ceny (w przeliczeniu na złotówki):
1. Buty skórzane Bata 60 zł
2. Spodnie bawełniane Avant Premiere Manor 40 zł
3. Pasek do spodni 40 zł
4. Koszula Vinci Manor 40 zł
5. Krawat C&A 40 zł
6. Marynarka lniana Angelo Litrico C&A 80 zł
Zatem byłem ubrany od stóp do głowy w ubrania, których z pewnością nie powstydzę się na imprezie. Nie policzyłem skarpet i bielizny. Dodajmy na nie 50 złotych co da nam w sumie 350 złotych. Nie liczę tu paska do zegarka, bo to można było go pominąć i nie zakładać zegarka na uroczystość. Ja jednak chciałem iść z zegarkiem, więc za 60 złotych kupiłem pasek w kolorze butów i paska do spodni, bo nie wyobrażałem sobie iść na ślub z kauczukowym paskiem.
Jak się chwile zastanowię i przypomnę sklepy i ceny jakie widziałem w Polsce to stwierdzam, że za 350 złotych mógłbym się ubrać w hipermarkecie lub na bazarku. W obydwu przypadkach uznałbym, że kupiłem ubrania jednorazowe, które po pierwszym praniu przeznaczę na szmaty.
Kupienie ubrań porównywalnych z tym co właśnie nabyłem to w Warszawie kilkakrotnie wyższy wydatek. Po kilku tygodniach w Polsce widzę, że porządne ubrania są nieprzyzwoicie drogie w tym dość ubogim kraju. Już nawet nie chce mi się zadawać pytania dlaczego taniej ubiorę się w Szwajcarii niż w Polsce. Bo przecież w Polsce „tak dobre rzeczy muszą tyle kosztować” oraz „jak Pana nie stać to tu za rogiem jest butik z trochę tańszymi ubraniami”. Zatem drodzy rodacy, polecam zakupy w mitycznie drogiej Szwajcarii. To prawda, że Szwajcaria jest droga (np. w porównaniu z USA), ale Polska jest jeszcze droższa!

Umzug czyli polska przeprowadzka w Szwajcarii.

Ciężarówka z naszymi rzeczami już wyjechała ze Szwajcarii. Za nią pomknęła jeszcze półciężarówka z tym co się nie zmieściło w kontenerze. Podobno każda przeprowadzka to historia sama w sobie. Także nasza na szwajcarskim etapie miała swoje przygody.

Firma przeprowadzkowa przysłała do Szwajcarii podwykonawcę, który miał zapakować nasze rzeczy. Spodobało mi się to rozwiązanie bo mieliśmy polską ekipę, której szef ma też być przy rozpakowywaniu pod Warszawą. Pakowanie szło dobrze i sprawnie. Były jakieś drobne zadrapania na parkiecie. Zwróciłem uwagę, iż za wszelkie szkody trzeba będzie zapłacić właścicielowi mieszkania i potem pakowacze byli bardzo ostrożni. Wprawdzie ich szef sarkastycznie skomentował, że ściany są ważniejsze niż ich poobijane palce, ale muszę przyznać, że niczego więcej nie zniszczyli.

Po pracy w piątek i w sobotę większość dobytku była już w kartonach, wcześniej wywieźliśmy dzieci na wakacje do Polski, a żona i ja zamieszkaliśmy w sąsiedztwie, w mieszkaniu naszych przyjaciół, którzy byli na urlopie.
W sobotę ekipa skończyła pracę około 17:00, a my z żoną zarezerwowaliśmy stolik w restauracji, aby w spokoju odsapnąć po intensywnym dniu. Już wychodziliśmy z mieszkania, gdy przybiegła sąsiadka z wiadomością, że po osiedlu chodzą jacyś Polacy, którzy nas pilnie szukają. Przed blokiem zobaczyłem dwóch mężczyzn i od razu wiedziałem, że to „nasi”. Obydwaj ubrani w podkoszulki bez rękawów, szorty, a na nogach japonki. To byli kierowcy ciężarówki, która teoretycznie miała dojechać w poniedziałek. Panowie z entuzjazmem oznajmili, że przyspieszyli swój przyjazd i są gotowi do pakowania. Młodszy z kierowców – Pan M. – którego wyróżniało zamiłowanie do złota (łańcuszek z medalikiem, bransoletka i sygnet) zaczął opowiadać o korkach na trasie. Wtedy zobaczyłem, że brakuje mu kilku zębów w przedniej części szczęki. Złoto i zęby były dość istotnym szczegółem tej historii, bo nazajutrz w ekipie pakującej wywiązała się dyskusja dlaczego Pan M. kupuje złoto zamiast wydać te pieniądze na porcelanowe zęby.

Lecz w sobotni wieczór zęby Pana M. zeszły na drugi plan, bo głównym tematem było pakowanie ciężarówki. Przesunęliśmy rezerwację w restauracji, wsadziłem kierowców do naszego auta i pojechaliśmy do hotelu na spotkanie z szefem pakowaczy. Na spotkanie przyszedł szef: Pan A. oraz jego pomocnik Pan Ł.. Obydwaj to niezwykle ciepli i sympatyczni ludzie. Lecz ich krótko obcięte włosy, solidna budowa ciała i tatuaże Pana A. przyciągały uwagę Szwajcarów. Zatem po naszym wejściu do restauracji hotelowej zapadła cisza, a goście przy innych stolikach mniej lub bardziej dyskretnie przyglądali się nam, czyli pięciu facetom i kobiecie, którzy dość głośno rozmawiali w jakimś wschodnioeuropejskim języku. Na twarzach kelnerek pojawiły się zmarszczki napięcia i zaniepokojonym wzrokiem patrzyły na starszego kelnera, który też wyglądał na poddenerwowanego. Jako jedyny mężczyzna z obsługi poczuł się zobowiązany stawienia czoła dziwnym gościom. Jako pierwszy odezwał się do niego Pan A. prosząc po angielsku o piwo, potem moja żona odezwała się po niemiecku i zamówiła typowo szwajcarski napój Rivella. Usłyszawszy język niemiecki i nazwę lokalnego specjału kelner poczuł się pewniej i dopytał, którą Rivellę ma podać. Żona wybrała zieloną, a ja czerwoną. Trochę rozładowało to przyciężką atmosferę i zaczęliśmy uzgadniać szczegóły przeprowadzki. Nie tylko kierowcom, ale też pakowaczom było na rękę szybsze skończenie roboty, więc umówili się na załadunek w niedzielę. Trzeba się było jeszcze upewnić jak duża jest ciężarówka. Zdaniem kierowców kontener był po prostu „duży”. Może 60, a może 80 metrów sześciennych. Nazajutrz wraz z Panem A. zmierzyliśmy pakę. Miała 51 m3 pojemności. To było mało jak na nasz dobytek szacowany na ok. 50 m3 – bo przecież potrzeba trochę zapasu na niewymiarowe przedmioty.  Koniec końców, w niedzielę wieczorem zobaczyliśmy, że zostało trochę półek, fotel, jakieś sprzęty ogrodowe i rower – wszystkie te pozostałości pojechały do Polski samochodem pakowaczy.

Lecz nim samochody wyruszyły do Polski mieliśmy jeszcze przygodę z policją. W niedzielne południe zajechał na osiedle radiowóz i stanął na osiedlowej uliczce tam, gdzie parkowała nasza ciężarówka. Widok kierowców i pakowaczy chyba zaniepokoił policjantów, bo obywaj położyli dłonie na kolbach pistoletów. Wyjaśniłem, że to przeprowadzka mojego mienia do Polski. Po sprawdzeniu moich dokumentów, spokojnie pospisywali obydwa samochody i wszystkich pracujących przy przeprowadzce. Uśmiechając się łamali sobie języki próbując czytać polskie nazwiska, a potem dopytali o harmonogram przeprowadzki. Jak powiedziałem policjantom, że kierowcy planowali wieczorem jechać na granicę to ci się mocno zdziwili. Bowiem – czego kierowcy nie wiedzieli – w niedziele obowiązuje bezwzględny zakaz ruchu ciężarówek. Wyjaśnili też, że zostali wezwani przez kogoś z sąsiedztwa, komu przeszkadzało, że ciężarówka zajechała na osiedle w niedzielę mimo ogólnego zakazu. Skończyło się na upomnieniu kierowcy. Musieliśmy niezwłocznie przestawić ciężarówkę na parking poza osiedlem i tam przeładowywać paczki z małej ciężarówki na dużą. Gdy odjechała policja, jeden z kierowców oznajmił, że on to się w ogóle nie martwi policją, bo i tak nie rozumie co do niego gadają. Zaś jak mu wlepią mandat to jego szef zapłaci.
Wieczorem podpisaliśmy wszelkie dokumenty i przekazali kierowcom. Teraz trzymamy kciuki, aby dokumenty nie zginęły po drodze. Nasz niepokój jest poniekąd uzasadniony, bo kierowca oznajmił z rozbrajającą szczerością, że niedawno przewoził ze Szwajcarii Toyotę Yaris i po drodze zgubił dowód rejestracyjny, który „gdzieś się zawieruszył przy odprawie na granicy”.

Szwajcarska wioska

Tym razem będzie o Szwajcarii. Mój blog dotyczy przeżyć związanych z powrotem do Polski. Jednak poświęcę trochę uwagi Szwajcarii. Chodzi o moją Szwajcarię: to jak ją widzę, jakiej doświadczam i jak potrafię odnieść szwajcarskie obserwacje do polskiej rzeczywistości. Opisując wrażenia z wirtualnej wizyty w mazowieckiej wiosce napisałem o przepaści cywilizacyjnej między Szwajcarią, a Polską. Wyraziłem jednak opinię, że małe społeczności mają wiele cech wspólnych bez względu na to, w jakim kraju się znajdują. W jednym z komentarzy zostałem poproszony o rozwinięcie myśli na temat rzekomej „przepaści cywilizacyjnej”.

Cóż takiego jest w szwajcarskiej wiosce czego nie mają mieszkańcy polskich miejscowości? Wielu Polaków było w Szwajcarii przejazdem, turystycznie lub służbowo. Opowieści przywiezione z tych wizyt jakoś specjalnie nie świadczyły o tym, aby mieszkańcy nadwiślańskiej krainy mieli powody szczególnie podziwiać Szwajcarów. Oczywiście są w Szwajcarii dobre drogi, porządne pociągi, idealnie czyste miasteczka i sporo drogich samochodów. Ale to wszytko można kwitować komentarzem, iż gdybyśmy mieli tyle pieniędzy co Szwajcaria to nie takie cuda byśmy sobie poczynili.
Co więcej, pierwszy kontakt obcokrajowca ze szwajcarskim strażnikiem granicznym, konduktorem w pociągu lub sprzedawczynią w sklepie nie pozwala na jakieś bałwochwalcze peany o kulturze, serdeczności i uprzejmości alpejskich górali.
W rezultacie polski narciarz lub biznesmen często mówi, że „ta Szwajcaria to jest przereklamowana” i w gruncie rzeczy dużo fajniej jest pojechać do Włoch lub Austrii.
W takim kontekście, Swojak zauważa w swoim blogu, że Szwajcarię i Polskę dzieli przepaść cywilizacyjna. Taki ryzykowny osąd zasługuje na chwilę uwagi. Może autor nie ma pojęcia o czym mówi, a może wie coś co nie jest dane przeżyć żadnemu turyście lub biznesmenowi? Pytanie jest czysto retoryczne, bo skoro piszę blog to mam przekonanie (absolutnie subiektywne), iż mam coś ciekawego i zaskakującego do opowiedzenia.
Odwołajmy się do klasyka: Szwajcaria „jest jak cebula; ma warstwy!” (to była parafraza filmowego Shreka wypowiadającego się w ten sposób o ograch).
Shrekowa poetyka dobrze pasuje do Szwajcarii. Bowiem, aby doświadczyć tych wewnętrznych, ciekawych warstw szwajcarskiego życia społecznego trzeba wypłakać trochę łez, zupełnie jak przy obieraniu cebuli.
Pomińmy opis pierwszych wrażeń. Setki osób goszczących w Szwajcarii już opisały to zamknięcie, wścibskość połączoną z nieufnością i poczucie wyższości wobec nacji, których dochód na mieszkańca zbyt rażąco odstaje od helweckich wyników. Szybko i bezboleśnie przeskoczmy do głębszej warstwy. Jak się żyje Szwajcarom i wśród Szwajcarów? Żyje się spokojnie, serdecznie, dostatnio, bezpiecznie i z poczuciem troski ze strony bliźnich. Tak, to są moje odczucia zamieszkiwania wśród Szwajcarów od kilku lat.
Po etapie podejrzliwego podglądania i unikania bliższego kontaktu, szwajcarska społeczność zaprosiła naszą rodzinę do wspólnego życia. Ile trwało zanim obrzydliwa warstwa izolacji została zdarta? Precyzyjnie 12 miesięcy!
Włączenie do wspólnego życia ze szwajcarskimi sąsiadami to był gest pociągający za sobą natychmiastowe konsekwencje.
„- Potrzebujesz po południu mojego samochodu? Weź go, ja nigdzie się dzisiaj nie wybieram.”
„- Muszę odbyć dłuższą rozmowę telefoniczną z lekarzem czy mogę Ci na ten czas zostawić mojego czteroletniego synka?”.
„- Macie gości z Polski? Przecież nie ma sensu, abyście ich nocowali na materacu w dużym pokoju. My będziemy na urlopie. Skorzystajcie z naszej sypialni.”
„- W sobotę chciałam pojechać do Ikei, po meble. Czy moglibyśmy się zamienić samochodami, bo przydałby się Wasz minivan. Do mojego auto nie wejdą kartony.”
Powyższe cytaty to autentyczne wypowiedzi naszych sąsiadów. Mieszkamy na osiedlu, gdzie jest kilkanaście dwupiętrowych budynków wielorodzinnych. Sąsiedzi to rodziny z dziećmi, które łączy wspólne podwórko i duży garaż podziemny. Poza pojedynczymi obcokrajowcami i kilkoma małżeństwami mieszanymi, przeważająca większość to rodowici Szwajcarzy.
Tutaj, w centralnej części Szwajcarii, więzy lokalne (z ludźmi z tej samej miejscowości i z sąsiedztwa) stanowią najważniejszy element kontaktów międzyludzkich.
Na sąsiada można liczyć i sąsiad może liczyć na mnie, o każdej porze dnia. To jest tutejszy niepisany żelazny kodeks. Przysługi mają rozmaity charakter, ale mimo tych lat spędzonych wśród Szwajcarów wciąż mnie zaskakują poziomem altruizmu. Przed kilkoma tygodniami wracaliśmy z Polski samolotem do Bazylei (ok. 100 km od naszej wioski). Przylot był późnym wieczorem. Postanowiliśmy jechać do domu pociągiem. Przed wyjazdem musieliśmy asertywnie wytłumaczyć sąsiadowi, że to kiepski pomysł, aby on jechał po nas swoim autem na lotnisko. Dla niego było oczywiste, że taka przysługa może się nam przydać. Dodam, że jest to z zawodu lekarz i na brak zajęć bynajmniej nie narzeka. Przy okazji tego samego wyjazdu inna sąsiadka uznała, że nie ma sensu, abyśmy szli z walizkami na dworzec (ok. 10 minut spaceru) i odwiozła nas do pociągu.

Drogi Czytelniku, możesz uznać, że także w Polsce zdarzają się uczynni sąsiedzi i nie ma co robić z tej historii sensacji. Zatem moglibyśmy wyjść poza sąsiedzkie podwórko i pomówić o szkole,o sposobie decydowania o lokalnych planach, o relacjach mieszkańców z przedstawicielami loklanych władz itd. Pozostawmy sobie te tematy na osobny tekst.

Zamiast wstępu: powrót do Polski po kilku latach na Zachodzie

To już prawie osiem lat od dnia, gdy zadzwonił do mnie kolega z centrali naszej firmy i zapytał, czy nie miałbym ochoty na pracę w szwajcarskim biurze. Kilka miesięcy później nasza mała rodzina mieszkała już u podnóża Alp.
Wiele wskazuje na to, że niedługo przeprowadzimy się w przeciwnym kierunku i Alpy zamienimy na Wisłę.
Ktoś mi powiedział, że powrót do swojego kraju po pięciu latach to jest przeprowadzka do innego, nieznanego kraju, bo nie będzie on taki jak w naszych wspomnieniach. Było to chyba po angielsku i miało być prawdą uniwersalną, dotyczącą każdego kraju, a nie konkretnie Polski. Polska rozwija się szybciej niż „normalne” społeczeństwo.
Zatem zdaję sobie sprawę, iż wracam do innego społeczeństwa, niż to pozostawione we wspomnieniach z roku 2000. Czytaj dalej