Archive for the 'Szwajcaria' Category

W ciszy zen u Jezuity.

O szóstej rano w całym budynku słychać dźwięk dzwonków. Wstaję, żeby zdąrzyć się wykąpać i ogolić przed zaczynającą się za pół godziny “zazen”, czyli dwudziestopięciominutową medytacją. Po “zazen” jest kilkuminutowy spacer “kinhin” - miarowy, powolny marsz wokół sali medytacyjnej. Potem kolejne siedzenie “zazen”, znowu “kinhin”, następnie trzeci raz “zazen” i czas na śniadanie.

Tak wygląda początek każdego z czterech dni warsztatów Zen Sesshin prowadzonego przez Ama Samy w Fluëli-Ranft w szwajcarskich Alpach, w rodzinnej wiosce piętnastowiecznego pustelnika i patrona Helwetów nazywanego tu Bruder Klaus.

Grupa liczy prawie pięćdziesiąt osób. Z rejestracji samochodów domyślam się, że są to głównie Niemcy i Szwajcarzy. Przez całą dobę obowiązuje milczenie, więc szczegóły na temat współuczestników pozostają w sferze domysłów.

Zatem w milczeniu jemy, pijemy herbatę i pracujemy - tzn. po śniadaniu mamy trzy kwadranse “samu”, czyli pracy na rzecz domu, gdzie nocujemy.

Oczywiście głównym elementem każdego dnia są medytacje, jest ich w sumie trzynaście.

Jestem jednym z najmłodszych uczestników. Dominują pięćdziesięciolatkowie. Sporo też osób wyglądających na rówieśników naszego mistrza, który kilka lat temu skończył siedemdziesiąt lat.

foto: Meath Conlan of DiverseJourneys.com

Ojciec Ama Samy jest człowiekiem pełnym życia i serdeczności.

Miałem okazję przekonać się o tym, podczas krótkiej rozmowy, na jaką niechcący wybrałem się pierwszego dnia medytacji.

Otóż siedziałem podczas porannego “zazen”, gdy ktoś dotknął mojego ramienia. Obok stał jakiś doświadczony uczestnik w czarnym stroju do medytacji. Miał  śmiertelnie poważną minę.

Nigdy nie byłem na warsztatach “sesshin”, a rytuały zen były mi obce.

Nie miałem pojęcia o co chodzi. Z opresji wyrwał mnie inny uczestnik, który zabrał mnie na korytarz i wyjaśnił sytuację.

Otóż jest możliwość indywidualnej rozmowy z Mistrzem Samy. Każdy zainteresowany wysuwa spod swojej maty margines książeczki z tekstami i jest to znak dla organizujących spotkania.

Jak się domyślacie moja książeczka była wysunięta tylko dlatego, aby było mi po nią łatwo sięgać.

Dobrze się złożylo, bo dzięki temu znalazłem się w pokoiku mistrza. Przedstawiłem się i zgodnie z prawdą oznajmiłem, że wygooglałem te warsztaty. Zaś zaintrygowało i przyciągnęło mnie to, że Samy jest jezuitą uczącym zen. Podpytał mnie o medytację. Gdy powiedziałem o naszej podwarszawskiej grupie World Community of Christian Medytation WCCM to o. Samy z ożywieniem wspomniał Johna Maina (założyciela WCCM) i Laurenca Freemana (obecnego szefa WCCM).

Mistrz zasugerował, abym przeczytał jego książkę to zobaczę, co on tutaj wyrabia. Na tym zakończyła się ta nieplanowana audiencja.

Potem, podczas wieczornej konferencji “teisho”, Mistrz opowiadał o rozmaitych formach medytacji i kontemplacji podając m.in. przykład naszej grupy w Polsce.

Idąc za radą Mistrza, odnalazłem w czytelni jego książki.

Inny uczestnik, którego wyrwałem z obowiązującej ciszy, poradził starszą książkę Ama Samy, która była ponoć ciekawsza od najnowszej.

Wziąłem się za obydwie publikacje. Tzn. w poobiedniej przerwie zabrałem je do ręki i szedłem poczytać w swoim pokoju.

Na schodach złapała mnie organizatorka warsztatów i stanowczo oznajmiła, że starsza książka Mistrza jest jej własnością i nie chce jej stracić.

Starałem się Szwajcarkę udobruchać przyrzekając, że po przeczytaniu oddam. Jej sroga mina skłoniła mnie do zmiany planów. Zamiast w pokoju przekartkowałem książkę na fotelu w czytelni. Uznałem, że bezpieczniej dla mnie jak drogocenny wolumen będzie cały czas na widoku publicznym.

Po jakimś czasie, niedaleko mnie usiadł Mistrz i czytał jakieś czasopismo. Oznajmiłem radośnie, że zdobyłem jego książki i czytam jedną z nich. Samy uśmiechnął się, machną ręką i mruknął coś o tym, że to stara publikacja.

Mimo to dobrnąłem do końca, a potem z namaszczeniem odłożyłem ją na stolik z drukowanymi relikwiami.

Natomiast nowszą książkę mam na własność zapłaciwszy za nią sześć euro do czytelnianej puszki.

Publikacja jest zbiorem kilkunastu wykładów i artykułów z ostatniej dekady. Faktycznie wyjaśnia to co ojciec Ama Samy robi. Otóż każdego roku opuszcza Indie i prowadzoną tam szkołę Zen Bodhi Zendo, aby nauczać zen w Europie. Jego zdaniem Chrześcijanie mogą odkryć głębię swojego chrześcijaństwa, dzięki praktykom zen.

Wygląda to dla mnie na jeden ze sposobów na budowanie mostów między Wschodem i Zachodem. Temat to dla mnie intersujący i cieszę się, że mogłem połączyć kilka dni wyciszenia z poznaniem Ama Samy.

Wracaj, tam właśnie wracaj.

Po przeczytaniu komentarza Sylwi biorę się za moje rocznice emigracyjne.
Prawie dziesięć lat temu pakowaliśmy nasz dobytek, w malutkim mieszkaniu na warszawskich Bielanach, aby zamieszkać w Alpach. Jak to powiedział jeden z komentatorów mojego bloga, wyjeżdżałem wtedy w podróż służbową do Szwajcarii.
Pamięć zatarła ostrość tamtych wspomnień. Wiem, że przeprowadzka była wielką i dość przyjemną przygodą. Wynajęliśmy piękne mieszkanie z widokiem na góry, zakupiliśmy sporo sprzętów, łącznie z dużym rodzinnym autem, i rozpoczęliśmy oswajanie Helwecji.

Gdy opadło zawirowanie przeprowadzkowe, podobnie jak wspomniana we wstępie Sylwia, poczułem ciężar oddalenia od Polski. Wpadłem w sytuację lodowato-wybuchową. Zimni, jak okoliczne skały, sąsiedzi utrudniali nam nawiązanie więzi z lokalną społecznością, a w pracy u krewkiego Włocha rozstrajały mnie jego histeryczne krzyki.
Nasza pierwsza wizyta w Polsce miał miejsce w Boże Narodzenie. Jechaliśmy z doświadczeniem kilkumiesięcznego, trudnego mieszkania wśród Szwajcarów. Podróż powrotna po Nowym Roku była smutna i łzawa. Miałem wtedy ochotę zamknąć ten emigracyjny rozdział i wrócić do Polski. Postanowiliśmy zostać jeszcze jakiś czas, żeby spłacić pożyczkę na zagospodarowanie, bo z polskiej pensji spłata byłaby trudniejsza.
Dobrnęliśmy do pierwszej rocznicy pomieszkiwania w Alpach. Wtedy nastąpił cud. Sąsiedzi ogłosili, że pozytywnie przeszliśmy okres kwarantanny, gdy byliśmy obserwowani i sprawdzani. Kolejne siedem lat było usłanych serdecznościami, wzajemną pomocą, sympatią i przyjaźniami. Nasz wyjazd ze Szwajcarii w 2008 był trudnym momentem. Zostawialiśmy na miejscu sporo bliskich nam osób.
Teraz, po dwóch latach, widzę jak nasza rodzina ponownie wrosła w polskie życie. Każdy z nas na swój unikalny sposób. Żona odnalazła swe zawodowe powołanie i robi masę dobrej roboty jako pedagog szkolny. Wygląda na to, że w Polsce zdecydowanie potrzeba zatrudniać w szkołach dodatkowych pedagogów, bo większość personelu szkolnego to nauczyciele przedmiotowi bez solidnego przygotowania do pracy z uczniami. To przeciwieństwo Szwajcarii, gdzie nauczyciele mieli głównie umiejętności pedagogiczne, a ich erudycja była drugoplanowa.
Starsza córka zbliża się do końca gimnazjum. Doskonale radzi sobie w szkole. Wygląda na to, że coraz bardziej docenia uroki polskiego życia. Młodsza córka, ze swoim otwarciem na innych, chyba bardziej pasuje do polskiego otoczenia, gdyż szwajcarska konwencjonalność mogłaby by być dla niej trudna. Zaś syn, po wakacjach rozpoczyna naukę w podstawówce. Paradoksalnie, to on najczęściej wspomina, że Szwajcaria to nasz kraj, w którym chciałby zamieszkać.
Ja dostałem od swojego szwajcarskiego pracodawcy możliwość “miękkiego lądowania” w Polsce. Jako konsultant pracuję przy jego międzynarodowych projektach. Daje mi to stabilność finansową. Mogę wykorzystać czas na odnalezienie w polskiej rzeczywistości miejsc, gdzie moje specyficzne umiejętności będą szczególnie przydatne. Od miesięcy, misternie buduję plan, którego realizacja może wypełnić przyszłe lata lub dekady. Jestem podbudowany tym jak ciekawie kraj zmienił się pod moją nieobecność. “Apetyt rośnie w miarę jedzenia”, więc chcę dalszego rozwoju i budowania tutaj takiego społeczeństwa, które zasłynie z międzyludzkiej solidarności i wzajemnego wspierania się w pomysłach gospodarczych, politycznych i społecznych. W tym kierunku idzie moje myślenie o tym co mam tutaj do zrobienia.
Tym co mieszkają na obczyźnie dedykuję kawałek tekstu Ewy Bem:
“Wracaj, złe drogi skracaj,
Wracaj, gdzie byś nie był Rzym czy Krym
Wracaj, wracaj tam gdzie się na ogół ma gigant kaca
Lecz przynajmniej jest się napić z kim
Wracaj, tam właśnie wracaj
Gdzie się całkiem nie opłaca żyć
Stary, stary pomyśl, że ojczyzna to kumpli paru
Z nimi znów szczęśliwy,
Z nimi znów szczęśliwy spróbuj być”

Nowości w kraju niezmienności.

Zgodnie z obietnicą zdaję raport ze zmian zaobserwowanych w Szwajcarii.
Tutejsza poczta jest w moich oczach tak mocno wpisana w krajobraz jak Alpy. Zatem zmiany pocztowe wyłapałem natychmiast. Najpierw zobaczyłem nowe skrzynki pocztowe. Jak się okazało, kosztem 30 milionów franków wymieniono dwadzieścia tysięcy tutejszych skrzynek na listy (czyli średnio 150 franków lub 400 złotych za sztukę).

Zdjęcie pochodzi z flickr.com od użytkownika jusoschweiz

Continue Reading »

Nasz domowy Szwajcar.

Są ferie, więc pojechaliśmy do Szwajcarii.
Półtora tysiąca kilometrów w ciągu jednego dnia to dla naszej mobilnej rodziny dość zwykłe wyzwanie.
Tym razem najbardziej szwajcarski z członków rodziny uznał, że jest za stary na takie przygody i tuż przed granicą w Świecku dał znać, że dalej nie chce jechać.

Continue Reading »

Tour de Suisse

Po roku mieszkania w Polsce niemal zapomniałem, że Szwajcaria to malutki kraj, który w jeden wieczór można przemierzyć od końca do końca.

W piątek miałem spotkanie w Lugano (tj. niedaleko Włoch), potem wsiadłem do pociągu i po kilku godzinach byłem w Heerbrugg na drugim końcu kraju, przy granicy szwajcarsko-niemiecko-austriackiej. Odwiedziłem przyjaciół, którzy przed rokiem opuścili Warszawę i osiedli w okolicach Jeziora Bodeńskiego. Sobotę spędziliśmy spacerując wzdłuż brzegu jeziora. Okazało się, że w miasteczku Rorschach trwa właśnie międzynarodowa wystawa rzeźb w piasku. Byłem pełen podziwu dla artystów, którzy włożyli wiele pracy w dzieła, których trwałość jest ulotna jak piasek użyty do rzeźb. Continue Reading »

Wstydliwa praca ojca?

Kolega zobaczył w moim pokoju plakat zrobiony przez córkę. Na dużym arkuszu papieru były informacje o mojej pracy, zdjęcia z biura, szczegóły moich obowiązków zawodowych.
Plakat był zrobiony dwa lata temu w szwajcarskiej podstawówce. Wszyscy drugoklasiści odwiedzali zakłady pracy swoich rodziców, przygotowywali prezentacje, które wygłaszali na forum klasy, zaś plakaty zostały powieszone na szkolnym korytarzu. Po zakończeniu wizyt i prezentacji otwarto podwoje szkoły dla rodziców i znajomych chętnych do obejrzenia plakatów, skorzystania z małego poczęstunku i porozmawiania o wystawie.
Kolega E. z warszawskiego biura zapytał: “A co jeśli ojciec jeździ na wózku widłowym? Przecież to wstyd dla takiego dziecka!” Potem powyciągał historie jak dzieci nabijają się z pracowników MPO.
Wcześniej nawet o tym nie myślałem. Faktycznie to jest ta różnica kulturowa. W naszej szwajcarskiej mieścinie jeśli rodzice uprawiali ziemię to dzieci z dumą mówiły o pracy na rodzinnym gospodarstwie. Wykształcenie i charakter wykonywanej pracy wydawał się mieć znikome znaczenie w relacjach między dziećmi w centralnoszwajcarskiej szkole. Jestem przekonany, że było to wynikiem stosunków panujących wśród dorosłych. Żona śpiewała w lokalnym chórze gospel, gdzie wspólnie spotykała się szefowa z banku i kasjerka z supermarketu. Moje córki trenowały karate, gdzie obok dzieci rolników ćwiczył chłopak, którego rodzina ma jedną z największych firm tytoniowych w USA - jego mama zwykle siedziała na ławeczce i czytała książkę oczekując na koniec zajęć.
To jest właśnie fenomen Szwajcarii. Osoby, które mogłyby za kieszonkowe wykupić całą setkę najbogatszych Polaków spędzają czas z tymi, którzy rozpoczynają dzień od dojenia krów i dobrze się czują w swoim towarzystwie.

Samochód, kurs franka, kredyty i morale mechaników.

Muszę zrobić poważniejszą naprawę samochodu. Będzie ona kosztować 1300 franków, co w przeliczeniu daje 3800 złotych. Gdyby ta sama reperacja przydarzyła się w ubiegłym roku to wychodziłoby 2690 złotych. Czyli obecnie płacę ponad tysiąc sto złotych więcej niż kilka miesięcy temu. Do ubiegłorocznej ceny dopłacam 40%!

Wiem, że podobne konstatacje padają w wielu polskich domach. Bynajmniej nie chodzi tu o ekscentryków, którzy serwisują samochody w najdroższym kraju świata. Mam na myśli polskie rodziny, które zaciągnęły kredyt hipoteczny we frankach szwajcarskich. U nich wahania kursu franka przekładają się na gorzką codzienność.

Jeśli są to osoby, które zaciągały kredyt kilka lat temu, gdy frank był w okolicach 2,5 PLN, to pewno obecne zawirowania kursowe są dla nich przykre, ale do przeżycia. Serdecznie współczuję tym, którzy zaciągali kredyt w ubiegłym roku. Jeśli ich pensje są wypłacane w złotówkach, a skorzystali z kredytu we frankach przy rekordowo niskim kursie franka (ok. 2 PLN za 1 CHF) to mają problem.
Zawsze miałem trudności ze zrozumieniem tej ogromnej mody na kredyty we frankach. Rzesze polskich znajomych wyjaśniały mi, w racjonalny sposób, ogromne korzyści z kredytów we frankach. Ja jednak z uporem maniaka powtarzałem swój zachowawczy pogląd, że wolę brać kredyt w walucie, w której otrzymuję wynagrodzenie.

Pewno czeka nas rok czy dwa kryzysu, potem sytuacja się unormuje. Patrząc na kursy walut w szerszej perspektywie warto wspomnieć, że gdy przeprowadzałem się z Polski do Szwajcarii (latem 2000 roku) frank kosztował 2,53 PLN, euro 3,95, a dolar 4,34. Gdy wracałem do Polski w 2008 frank był po 2,07 PLN, euro po 3,33, a dolar 2,26. Obecnie frank jest po 2,94, euro po 4,33, a dolar po 3,35.

Z mojej osobistej perspektywy kurs dolara traktuję jako ważną ciekawostkę, która ma tylko pośredni wpływu na mój budżet domowy. Interesuje mnie frank i euro. Frank jest istotny z racji naszych związków ze Szwajcarią; spędzamy tam sporo czasu i siłą rzeczy wydajemy tam pieniądze. Euro jest naszą podstawową walutą, bo moje wynagrodzenie jest wypłacane właśnie w euro.

Wracając do przytoczonej na wstępie naprawy samochodu. Jako ciekawostkę powiem, że gdyby usługa miała miejsce tuż po moim przyjeździe do Szwajcarii w 2000 to w przeliczeniu kosztowałaby 3290 PLN, zaś gdyby awaria miała miejsce w połowie kwietnia 2004 to w naszej walucie byłoby to 4040 PLN.

Czas odpowiedzieć na podstawowe pytanie dlaczego serwisuję samochód w Szwajcarii. Tak lubię swoje auto i mam takie zaufanie do mechanika, który je zna, że oszczędności na serwisie odchodzą na dalszy plan. Doświadczenia polskich kolegów pokazują, że są to pozorne oszczędności. Sama robocizna w Polsce jest dużo tańsza. Lecz dochodzi do tego koszt czasu jaki moi znajomi spędzają stojąc nad mechanikami, pilnując czy czynności serwisowe są faktycznie wykonywane oraz czy - przy okazji - z auta nie znikają oryginalne sprawne części. Zaś w sytuacji tych, którzy nie spędzają czasu na pilnowaniu mechaników często kończyło się stratą czasu na reklamację rozmaitych dziwnych zjawisk, które wychodziły po przeglądzie. Trudno mi się powstrzymać od rzucania cienia na całe środowisko polskich mechaników samochodowych. Wiem, że są też porządni i uczciwi specjaliści od samochodów. Tylko podobno jest dużym wysiłkiem utrzymać swoją pryncypialność w zdegenerowanych, dużych stacjach serwisowych, zaś w małych warsztatach trudno o dostęp do pełnej informacji i doświadczenia z konkretną marką.

Kiedyś naprawiałem samochód w małym krakowskim warsztacie poleconym przez znajomego. Wymagana była wymiana łożyska przy jednym z kół. Naprawę wykonano sprawnie i dość tanio. Po kilku tygodniach od tej naprawy przy tym samym kole trzeba było wymienić instalację hamulcową, bo okazała się uszkodzona. Mechanik, który wymieniał łożysko narzekał, że było trudno i że sporo się nasiłował. Nie wiem czy podczas tych zapasów uszkodził hamulec, czy też był to czysty zbieg okoliczności. Lecz z tego co wiem nigdy wcześniej nie mieli doświadczenia z wymianą łożyska w aucie takim jak moje.

Dużo podróżuję. Często jeżdżę wraz z całą rodziną. Wielokrotnie przemierzamy szybkie niemieckie autostrady. Świadomość, że moje auto przeszło solidny przegląd i jest w dobrym stanie technicznym wydatnie pomaga mi w spokojnym podejściu do naszych wyjazdów.

Ferie w Szwajcarii.

Wczoraj w nocy dotarliśmy do Szwajcarii. Córki są szczęśliwe i zachwycają się drobiazgami, których nie dostrzegały, gdy tu mieszkały. Już nawet słyszałem okrzyki na cześć tutejszych sieci hadlowych Migros i Coop :-)

Swiss Army Girls.

Polskie dziewczyny poruszają się z gracją. To był mój pierwszy wniosek jaki dzisiaj wpadł mi do głowy po wylądowaniu w Zurychu. Czekając na pociąg włóczyłem się po galerii handlowej. Gapiłem się na ludzi. Lubię przyglądać się ludziom. W Szwajcarii mogę bez skrępowania patrzyć na przechodniów, a jak skrzyżuje się nasz wzrok to następuje rytualna wymiana serdecznych uśmiechów. Pamiętam jak kiedyś N., znajomy Szwajcar, powiedział mi, że to co go wkurza w jego narodzie to nachalne gapienie się na obcych. Nie wiem na ile krytyczna opinia N. jest podzielana przez jego rodaków. Chyba jednak lubią obserwować innych. Widać to wyraźnie w pociągach w niemieckojęzycznej Szwajcarii. Sporo ludzi czyta gazety, a drugie tyle obserwuje innych.

Po kilku latach mieszkania w Alpach przestałem na to zwracać uwagę. Jak widzę utkwiony we mnie wzrok to odruchowo spoglądam na widza i uśmiecham się.

Jak wiesz, drogi Czytelniku, w Polsce skrzyżowanie wzroku ze spojrzeniem nieznajomego rzadko wiąże się z uśmiechem.

Nie wiem jak jest w innych krajach europejskich, bo nie przywiązywałem do tego wagi. Natomiast w Azji (w każdym kraju, który odwiedziłem) w metrze i w sklepach prawie zawsze czuję badawcze spojrzenia lokalnych mieszkańców. Tam jest zupełnie inna sprawa, bo oni studiują moją dziwną fizjonomię. Jestem od nich wyższy, mam bladą twarz, jasne włosy i jakoś tak inaczej osadzone oczy. Mimo, że w miastach, które odwiedzam bywają Europejczycy to wciąż widać jest tam niezaspokojona potrzeba dokładnego zlustrowania wielkoluda z centralnej Europy.

Konkludując mogę powiedzieć, wszędzie na Ziemi ktoś tam kogoś obserwuje, a po jego mózgu krążą badawcze lub zupełnie bezmyślne impulsy elektryczne.

Byłem w tym samym “klubie oglądaczy” snując się wśród szwajcarskich sklepów. Chwilę patrzyłem na młode małżeństwo. Mężczyzna niósł na rękach dziecko, a kobieta pchała wózek. Wyglądali na zadowolonych, rozmawiali energicznie, ich twarze były pogodne. On przystojny, ona zgrabna. Tylko ten jej chód; w Polsce kobiety tak nie chodzą. Ona szła jak facet. Takie ciężkie kroki praktycznie bez ruchu bioder. Straciłem ich z oczu jadąc w dół ruchomymi schodami. Właśnie zamyśliłem się nad tym jak chodzą dziewczyny w Polsce, gdy usłyszałem, że poniżej otwierają się drzwi łazienki. Wymaszerowała z nich młodziutka kobieta o typowo alpejskich kształtach (tzn. stosunkowo szczupły korpus i olbrzymie biodra). Miała na sobie spodnie w stylu militarnym i szła krokiem doskonale pasującym do stroju: stawiała szerokie kroki i posuwała się do przodu kiwając się z boku na bok.

Pamiętam, że mieszkając od jakiegoś czasu w Szwajcarii poszedłem na niedzielny spacer. Na popularnym deptaku nad jeziorem chodziło sporo rodzin. Wtedy zwróciłem uwagę, że kobiety w średnim wieku i starsze zwykle chodzą dość lekko i miło dla oka. Pozostałe, niemal bez wyjątku, stawiały ciężkie niezgrabne kroki. Potem przyzwyczaiłem się do tego zjawiska tak jak przyzwyczaiłem się do widoku Alp, do szarej jesieni i smaku raclette.

Dopiero teraz po codziennym widoku ślicznych polskich dziewczyn zdałem sobie sprawę jak fatalnie chodzi przeciętna Szwajcarka.

Mam nadzieję, że styl Swiss Army Girl nie zrobi kariery w naszych stronach. Swiss Army Knife? Bardzo chętnie! Swiss Army Watch? Od biedy może być. Ale uchowajcie nas od Swiss Army Girls!

U lekarza bez “dzień dobry”.

Żona wróciła od pediatry i rozrzewniła się na wspomnienie naszego szwajcarskiego lekarza. Każdy mały pacjent i jego rodzic był witany przez doktora poprzez podanie dłoni. Krótkie nawiązanie kontaktu, a potem przejście do spraw zdrowotnych.

A tutaj? Pani doktor była zajęta porządkowaniem papierów na swoim biurku. Żona cierpliwie czekała zakładając, że lekarka za chwilę wstanie, podejdzie do niej i przywita się. Ależ skąd?! Pani doktor tylko burknęła znad papierów “Z czym Pani przychodzi?”.

Drodzy lekarze skarżycie się, że Wasze pensje są daleko w tyle za pensjami kolegów z Zachodu? Niestety Wasze obyczaje zdają się mieć podobny dystans do zachodnich kolegów jak Wasze pensje.

Inny kwiatek. “Gdzie to dziecko było szczepione? W Szwajcarii? Ach, tak, słyszałam tam jest kompletny bałagan. Tam rodzice mogą decydować o niektórych szczepieniach.”
Droga Pani Doktor, to co Pani nazywa bałaganem jest określane jako podmiotowe traktowanie pacjenta. Tam pacjent ma rozumieć jakie są pomysły na uzdrawianie jego organizmu i uzdrawianie organizmu jego dzieci. Lecz tutaj pacjent jest chyba jedynie zbiorem objawów chorobowych w rękach wszechwiedzącego i wszechmocnego rycerza przemysłu farmaceutycznego. Tutaj od rozumienia spraw choroby jest lekarz. A pacjent? Czasem zdroworozsądkowo zapyta czy trzeba dziecku dać kolejną serię antybiotyków w tym samym roku. Cóż za nietakt! Przecież gdyby nie trzeba było to by lekarz nie zapiasał antybiotyku (za który najprawdopodobniej dostanie prowizję w postaci zaproszenia na kongres w miłym miejscu w tym czy innym zakątku globu, ale to dyskretnie pominie odburkując na pytanie zatroskanego rodzica). Tutaj małe wyjaśnienie: także w Szwajcarii liczba przepisanych antybiotyków ma wpływ na dochody lekarzy. Ta marketingowa choroba drąży przychodnie na Zachodzie, jak i na Wschodzie.

Drodzy lekarze jesteście potrzebni i szanuję poświęcenie i ciężką pracę wielu z Was. Lecz proszę, zejdźcie z piedestału na który wdrapaliście się dawno temu. Jesteście naszymi partnerami w poszukiwaniu zrozumienia naszych organizmów i utrzymania ich w zdrowiu. To co się wtacza do Waszego gabinetu to nie jest jednostka chorobowa, lecz żywy człowiek ze swoją mądrością życiową, z pewną znajomością swojego organizmu, z którym przebywa 24 godziny na dobę oraz z wolą zrozumienia tego co się dzieje z jego ciałem i jak wspólnie się z tym uporacie.

Next Page »