Archiwa kategorii: Holistycznie, czyli na całość

Sztuka latania.

Podejdźcie do krawędzi.
Moglibyśmy spaść.
Podejdźcie do krawędzi.
Jest za wysoko!
Podejdźcie do krawędzi!
No i podeszli,
a on ich pchnął, i polecieli!

Come to the edge.
We might fall.
Come to the edge.
It’s too high!
Come to the edge!
And they came,
and he pushed, and they flew!
– Christopher Logue

Ostry brzeg szkolnego klifu.

Donald Ritchie, już jest po osiemdziesiątce. Jak tylko widzi, że nad klifem, opodal domu, przechadza się samobójca, to idzie porozmawiać. Często kończy się tym, że siadają wspólnie przy filiżance herbaty. Dzięki Donowi już 160 osób zrezygnowało z zamiaru odebrania sobie życia.

W naszych gimnazjach i liceach młodzież też spaceruje nad brzegiem klifu. Jak ważne, by w ich otoczeniu byli ludzie o wrażliwości Dona. By byli to nauczyciele uważnie słuchający i obserwujący swoich podopiecznych, mogący wyłapać sygnały nastolatków, których życie zbyt mocno przytłacza. Serdeczny uśmiech i rozmowa mogą mieć kapitalne znaczenie. Sytuacja – okiem nastolatka – pozornie bez wyjścia, której jedynym skutecznym rozwiązaniem jest zakończenie młodego życia, może z dojrzałej perspektywy być dość zwyczajnym życiowym wyzwaniem.

Jeśli wychowawcza wrażliwość może załagodzić ból młodzieńczych dramatów, to czasem równa się to wyciągnięciu człowieka znad krawędzi.

Lecz bywa, że wsłuchiwanie się w głosy i dusze uczniów nie pomoże. Pozostaje nam wtedy przyjąć, iż mieliśmy nikłe szanse, aby cokolwiek zauważyć i zrobić.

Samobójstwo nastolatka jest okropną stratą. Jest ból, są łzy. Sytuacja jest groźna, bo w powietrzu wisi szukanie winnych. Chcę przewrotnie powiedzieć, że uważam spotkanie z samobójstwem za ogromną szansę wychowawczą jaką dostajemy od życia. Wraz z podopiecznymi stajemy przed tematem śmierci. Jest to moim zdaniem bardzo ważny temat. Wartość, radość i bezcenność życia idą w parze z ulotnością naszego istnienia i nieuchronnością śmierci. Jakże ciężko poruszyć ten temat z człowiekiem nastoletnim, którego ciało kwitnie rosnąc i nabierając piękna w szybkiej drodze do dorosłości. Zaś śmierć rówieśnika budzi do zasadniczych pytań.  Razem możemy wtedy szukać odpowiedzi na te najprostsze i najważniejsze pytania o życie, o jego wartość, o jego przemijanie, o jego ulotność.
Drodzy czytelnicy, podjąłem temat, mimo, że trudno mi powiedzieć, jaka jest skala problemu. Wątpię, aby istniały rzetelne statystyki. W interesie wielu zaangażowanych stron jest uznanie samobójstwa ucznia, za nieszczęśliwy wypadek.

Ten wpis powstał pod wpływem „Sali samobójców” – filmu o nastolatkach i o samobójstwie. Zaś refleksje o reakcji szkoły, powstały z inspiracji gimnazjum mojej córki, które w ubiegłym roku straciło ucznia pod kołami pociągu.

Może zechcesz o tym napisać? Może podzielisz się tym, jakie są Twoje myśli i odczucie na temat samobójstw, szczególnie samobójstw nastolatków?

Nie przegap wiadomości (rodzinnych), to tylko 20 minut!

Wieczorem znajdźmy czas, aby usiąść z najbliższą osobą i porozmawiać jak minął dzień. Może wspólna rodzinna kolacja jest do tego dobrą okazją?

Co raz wpadają mi w ręce jakieś podsumowania badań z nauk społecznych, poradniki dla rodziców i dla małżonków, wykłady na temat funkcjonowania człowieka, czyli publikacje odruchowo wyłapywane przez mój radar psychologa frontowego. Jak echo, odbija się od wielu z nich hasło codziennego rodzinnego spotkania. Brzmi to jak renesans rodzinnego stołu, gdzie w cieple i bezpiecznie zasiadają domownicy, aby być razem.

Wprowadziliśmy w życie masę wynalazków mających wznieść międzyludzką komunikację na wspaniałe wyżyny. Lawina technik komunikacji nabierała tempa od dziewiętnastego wieku. Gazety dostawały globalne doniesienia, dzięki użyciu telegrafu. Potem telefon, radio, telewizja, internet, telefonia komórkowa, gry interaktywne, blogi, sieci społecznościowe sprawiły, że inni ludzie i ich sprawy są natychmiast na wciągnięcie naszej ręki. Dotarliśmy do ściany absurdu. Tak ściśle wypełniliśmy życie rodzinne sprawami obcych ludzi, że straciliśmy kontakt z najbliższymi.

Matka więcej wie o losie ofiar powodzi na Filipinach, niż o pasjach swojego dziecka. Nastolatka w szczegółach zna przebieg kuracji odwykowej swojej ulubionej gwiazdy, a nie ma pojęcia, że jej własna matka przeżywa katusze czekając na wynik swoich badań lekarskich.

Kiedy to się stało? To pewno przez ten internet, bo domownicy przykleili się do ekranów komputerowych! Czyżby? Przecież na wiele lat przed wynalezieniem Facebooka, Lombard śpiewał o szklanej pogodzie i szybach niebieskich od telewizorów (niebieskich? tak, bo to było wtedy, gdy ekrany były czarno-białe). Czyli winny jest telewizor? A może radio? A może gazety?

Myślę, że zmiany następowały powoli. Media odnajdowały swoje sposoby rozpanoszenia się w naszych domach.
Pewno w każdym pokoleniu były zmiany i miały one wpływ na życie rodzin. Media stopniowo zagłuszały domowe dialogi.

Moi dziadkowie czytali prasę i słuchali radia. Pewno dzięki temu sprawy świata zajmowały w ich domu więcej miejsca, niż w domu pradziadków. Lecz telewizja rozkwitła, gdy dziadkowie byli już w wieku emerytalnym. Przypuszczam, że refleksyjnie patrzyli na to jak nowe medium wdziera się do rodzin, rozsiada w dużym pokoju i przekrzykuje bliskich im ludzi.

Moi rodzice byli z pokolenia telewizyjnego. Szklany ekran był częścią ich dorosłej codzienności. Był traktowany jak oczywisty element domu. Grał kiedy tylko mógł. Zaś komputery podłączone do internetu zawładnęły nami, gdy rodzice byli dobrze po pięćdziesiątce. Widziałem ich niepokój, że za sprawą nowego medium domownicy przyklejają się do monitorów i znikają z życia telewizyjno-rodzinnego.

Komputery są zwyczajnym elementem całego mojego dorosłego życia. Pisałem na nich teksty do studenckiej gazetki, redagowałem swoją pracę magisterską i pisałem e-maile do kolegów na zagranicznych uczelniach. Natomiast eksplozja urządzeń przenośnych to błysk ostatnich lat i pokolenia moich dzieci. Gdy chcę porozmawiać z córką, czasem nawet przy stole, to kilkakrotnie proszę ją o wyłączenie komunikatora tekstowego na komórce.

Anglosaskie stwierdzenie, że mój dom jest moją twierdzą, zostało pogrzebane przez wszędobylstwo mediów. Być w domu sam na sam ze swoją rodziną, to dzisiaj spore wyzwanie.

Media to przemysł, ogromny przemysł napędzany sporymi pieniędzmi. Uparcie i wytrwale szuka on sposobów obecności w naszych domach. Czasem otrzeźwienie przychodzi gdy zadamy sobie pytania: Czy pozwolisz obcemu człowiekowi stanąć przed całą Twoją rodziną, w porze kolacji, i wygłaszać jakieś dziwne poglądy? Czy tuż po nim wpuścisz do salonu sprzedawcę głośno zachwalającego swoje towary, które Cię zupełnie nie interesują?
Zatem kto ich tu wpuścił włączając telewizor, gdy jecie kolację?! Czy to o czym mówią na ekranie, jest ważniejsze od rodzinnej wymiany doświadczeń mijającego dnia?

Wiadomości telewizyjne trwają około dwudziestu minut. Gdy się skończą to pewno pozostanie w Twojej głowie zamieszanie i przygnębienie. Mądrości z wiadomości raczej nie wyniosłeś. Dobra też tam nie powinieneś zobaczyć. Krew, śmierć, cierpienia i zło są w założeniu motorem takich audycji.
Co by było gdybyś spędził te dwadzieścia minut na rozmowę z najbliższymi? Jak byś się czuł po takiej rozmowie? Co pozostanie w Twojej głowie i w Twoim sercu?

Napiszcie jak wyglądają wieczory w Waszych domach? Jak rozmawiacie ze sobą? Jak sprawiacie, że dla Waszych dzieci czas rodzinny jest atrakcyjniejszy od mediów?

Kiedyś były komórki na dekadę…

Ubiegłej zimy przestaliśmy korzystać z telefonu komórkowego, który żona kupiła prawie dziesięć lat wcześniej. Urządzenie działało jak należy, nawet bateria trzymała przyzwoicie. Pozbyliśmy się tej komórki niechcący, podczas zabawy na śniegu, gdy telefon wypadł z kieszeni kurtki i zginął.

Takie historie wydają się niewiarygodne tym, którzy używają najnowszych modeli sprzedawanych za niebotyczne ceny. Po dwóch latach wiele komórek zaczyna szwankować. Trzeci rok to czas, gdy wymiana urządzenia wydaje się koniecznością.

Czyżby jakość i trwałość straciły na znaczeniu?

Gdy przed dwoma tygodniami dyskutowaliśmy tu o świadomej konsumpcji, to jednym z wątków była żywotność produktów. Kilka osób odniosło wrażenie, że producenci celowo przekazują w ich ręce sprzęty psujące się po kilku latach. Ma to wymusić kolejny zakup i zapewnić firmie systematyczny dopływ pieniądza.

Gdy podzieliłem się tymi opiniami z G., moim angielskim przyjacielem, on pokiwał głową i opowiedział mi historię ze swojej pracy. Jako  inżynier pracował w firmie S. produkującej telefony komórkowe. Gdy realizował pierwsze projekty to cykl życia urządzenia był przewidziany na dziesięć lat. Czyli użytkownik mógł liczyć na usunięcie problemów związanych z wadliwym egzemplarzem wiele lat po zakupie. Także jakość użytych komponentów i sposób ich montażu miały zapewnić wieloletnie użytkowanie.
Potem projekt po projekcie skracano cykl. Przy ostatnim telefonie, w którego wykonaniu uczestniczył G. cykl życia wynosił trzy lata. Sporą część tego okresu pochłaniały prace projektowe. Zatem od momentu pojawienie się telefonu w ofercie operatorów mijało maksymalnie kilkanaście miesięcy i kończyło się wsparcie techniczne. Szefowie G. oznajmili, że nawet gdyby ten model miał jakiś zasadniczy feler w oprogramowaniu lub sprzęcie, to zamiast szukać rozwiązania, firma da użytkownikom nowszy model, który wejdzie na półki kilka miesięcy po poprzedniku.
Oczywiście opisywana firma ma w swoich hasłach reklamowych dbanie o środowisko naturalne, utylizację odpadów i głęboką troskę o przyszłość naszej planety, której zasoby naturalne są gwałtownie wyczerpywane, a ludzi otaczają góry elektronicznych śmieci.

Czy Waszym zdaniem jest na rynku miejsce na producenta telefonów, który powie, że jego produkt przetrwa dekadę?

Gdzie się podziała kierownica?

Kilkoro moich znajomych narzeka, że są męczeni masą informacji na temat wypadku smoleńskiego. Ktoś ostatnio kupował w osiedlowym sklepiku drogie saszetki z jogurtem dla dziecka narzekając, że kupuje bo taka jest presja w klasie. Kolega
fabrykuje jakieś fikcyjne przelewy na koncie bankowym, aby wykazać się zdolnością kredytową na drogi samochód, który musi kupić.

Dla każdej z tych historii, ciśnie mi się na usta komentarz: kochani, to Wy decydujecie co konsumujecie!

Informacja w telewizji, radiu czy gazetach jest produktem. Ty i ja jesteśmy jego konsumentami. Właściciel mediów chce, abym spędził jak najwięcej czasu wchłaniając jego produkty (programy informacyjne, filmy, teleturnieje itp.). Im więcej skonsumuję tym więcej on na tym zarobi, drogo wyceniając czas reklamowy.  Czujesz się zmęczony pożeraniem informacji? To wyłącz telewizor i odpuść sobie dzisiejszą gazetę. Ty decydujesz czy Smoleńsk będzie Twoim tematem dnia.

Natomiast idąc do sklepu spożywczego często płacimy za program telewizyjny (także ten smoleński). Przy kasie w osiedlowym sklepiku regulujemy opłatę za Polsat, TVN, a nawet za TVP. W cenie dziwnie drogiego jogurtu jest zawarty koszt reklam emitowanych w telewizji. Nasze pieniądze trafiają na konto stacji telewizyjnej. Skoro jedno pokazanie krótkiego spotu reklamowego kosztuje 20’000 złotych to jakoś trzeba zebrać te kilka milionów złotych na kampanię reklamową sprytnych jogurcików. Producent jogurtu zbiera je od kilkuset tysięcy jeleni, którzy kupią jogurt. Pieniądze na reklamę są zawarte w cenie. Zaś presja szkolnej grupy kilkulatków, by kupować taki a nie inny jogurt, jest zwykle wynikiem manipulacji mediów. Lecz to my jako rodzice możemy zdecydować co kupimy. Mamy wolność wyboru. Mamy też wolność zmuszenia dziecka do przykrego doświadczenia wyłamania się presji stada. Uczmy dziecko swoim mądrym przykładem.

Może mój kolega załatwiający kredyt na auto jest dość kiepskim wzorem dla swojego dziecka. Biedak „musi” mieć wymarzony samochód. Zadłuża się ponad bezpieczny poziom. Igra ze stabilnością finansową swojej rodziny, ale coś mu mówi, że „musi mieć ten samochód”. Ale skąd się bierze ten głos? Skąd się bierze przekonanie, że tani, a co gorsza stary samochód, powodowałby jego kiepskie samopoczucie? Sam sobie to wymyślił? Doszedł do tego patrząc z dystansem na to co w jego życiu jest ważne i co daje mu poczucie szczęścia? Czy pęd naszych rodaków do nowych drogich aut kupowanych często ponad miarę portfela jest spontaniczną modą? Czy wielomilionowe nakłady producentów samochodów na umieszczanie samochodów w programach telewizyjnych są przypadkowe? Czy jest jakiś związek finansowania dziennikarzy przez koncerny motoryzacyjne z tym co słyszymy o samochodach? Moim zdaniem producent stara się dotrzeć do nas licząc, że kupimy nowy samochód. On chce produkować i sprzedawać. Kreuje mody, wymyśla związki emocjonalne użytkowników z ich pojazdami, trafia w pozaracjonalne wymiary naszych decyzji, aby potrzeba kupienia auta zagrała nam w duszy. Ot, biznes jak każdy inny, tylko pieniądze duże. Znowu, to ja decyduję, czy chcę wejść w dialog z producentem. To ja decyduję czy kupie nowy samochód i jaki on będzie. Decyduję ja, a nie rozmiar samochodu sąsiada, nie zachwycone głosy kolegów, a nawet nie moje zakompleksione ego utulone w skórzanym fotelu pięknej fury. Mam wolność wyboru.
To Ty i ja decydujemy czy „musimy” obejrzeć wiadomości, kupić dziecku jogurt czy popaść w samochodowe długi.

PS
Czy ten tekst został napisany bezinteresowanie?
Być może.
Lecz im więcej osób to przeczyta, tym więcej kliknie w reklamy obok, a ja wtedy dostanę więcej pieniędzy od firmy, która umieszcza reklamy na moim blogu.
Kochani, internet to też świat mediów. Także tutaj decydujecie co konsumujecie!

Nieśmiertelna wiedza.

Z jednego z wyjazdów przywiozłem plakat, który wisi w moim pokoju. Jest tam kilkanaście inspirujących zdań, ponoć napisanych przez Dalajlamę.

Dzisiaj chcę podzielić się z Wami jedną z tych plakatowych myśli:

Share your knowledge. It’s a way to achieve immortality.
(Dziel się wiedzą. To sposób osiągnięcia nieśmiertelności.)

Pomyślałem, że jest to piękne w swojej prostocie. Czyż nie mamy w głowie twarzy ludzi, którzy uczyli nas prawideł życia? Mój dziadek od dawna nie żyje, a wciąż jest nieśmiertelny w wartościach i opowieściach, które wlewał w moje dziecięce serce. A nauczycielka z „zerówki”? A polonistka z liceum? One zapracowały na nieśmiertelność w tym jak dzieliły się swoją wiedzą.

Masz takich swoich nieśmiertelnych nauczycieli? Może sama dostajesz od życia zaproszenia do dzielenia się wiedzą, czyli zaproszenia do nieśmiertelności? Może chcesz o tym napisać?

Ludzie na Twojej drodze.

Czy ktoś nazwał Cię Aniołem?
Jeśli tak to pewno było to w sytuacji, gdy pomogłeś mu wyrwać się z tarapatów. Może znalazłeś się w odpowiednim czasie i w odpowiednim miejscu w sposób zaskakujący osobę, która potrzebowała pomocy.

Wczoraj znajoma opowiadała, jak utknęła w zaśnieżonym Amsterdamie. Z zadziwieniem skonstatowała, że stawali na jej drodze ludzie jakby przysłani, by jej pomóc. Najpierw była jakaś kobieta w kolejce, która pomogła szybciej załatwić hotel. Potem biznesmen, który asystował jej w bezpiecznym dotarciu do odległego hotelu.
To byli ludzie z krwi i kości, a jednak zrobili anielską robotę.
Miewam podobne doświadczania. Parę lat temu w Johannesburgu, wyrosła przede mną osoba, która wyrwała mnie z lotniska sparaliżowanego strajkiem. Zresztą to się zdarza także poza lotniskiem.
Może i Tobie raz na jakiś czas ktoś „spada Ci z nieba”?

Jeżeli zmienisz się sam – zmienisz świat.

Powyższe słowa napisał Michael Laitman na swoim blogu .

Zdanie dla mnie tak oczywiste, że zaskakuje.  Ileż dyskusji słyszę o tym czy mamy wpływ na wydarzenia wokół nas, na to jaka jest Polska i jak się zmienia.

Najlepsze co mogę zrobić, aby świat był taki o jakim marzę to być człowiekiem ze świata moich marzeń.
Widzę, że to działa.

Ostatnio wracałem z Warszawy pociągiem podmiejskim. Wagon był nabity do granic możliwości. Przynajmniej tak mi się wydawało. W ręce trzymałem plecak i przełożenie go do drugiej ręki było bez szans. Na jednym z przystanków, kobieta stojąca obok mnie zawołała, abyśmy się przesunęli w głąb wagonu to wejdzie jeszcze trochę osób. Faktycznie zrobiliśmy w ten sposób miejsce dla pół tuzina ludzi stojących na mrozie. Pochwaliłem kobietę za to, że dzięki niej kilka osób mogło wsiąść. Ona odparła, że jak kiedyś została na zimnie, bo pociąg był przepełniony to teraz stara się pomagać, aby inni mogli wejść. Czasem zmienić świat można jednym zdaniem. Czy tylko małe zmiany są możliwe w ten sposób?

Minus dwadzieścia.

„Między Polską, a Stanami jest dwadzieścia lat różnicy. Tamtejsi sześćdziesięciolatkowie zachowują się i żyją jak czterdziestolatkowie w Polsce.” – powiedziała J., która parę lat temu wróciła z USA. Co więcej Stany wydają się mieć być podobne do Szwajcarii i kilku innych krajów zachodnich. Odnoszę wrażenie, że w Polsce szybciej uznajemy się za starych ludzi.

Nasz trzydziestolatek to często człowiek, który poważnie wszedł w świat wykonywania obowiązków. Okres zabawy zostawił za sobą. W tym samym czasie jego rówieśnicy w krajach rozwiniętych wydają się mieć dużo luźniejsze podejście do rzeczywistości. Jako pracownicy, tamci sprawiają wrażenie traktujących robotę na serio. Jednocześnie poza biurem uwalniają się z formalnego gorsetu. (Uwaga, mam na myśli coś innego niż uwolnienie głowy od trosk poprzez wypicie wielu kieliszków wódki.)
Patrząc na starsza grupę, Polski sześciesięciolatek to już dziadek. Oczekujemy od niego skupienia aktywności na przygotowaniach do nachodzącej emerytury. Często pokornie przyjmuje on rolę osoby, która zostawia aktywne działanie młodszym, którzy lepiej rozumieją co i jak trzeba załatwić.

Czyżbyśmy mieszkali w najbardziej zdziadziałym zakątku globu?

Myślę, że sprawa ma szersze tło. W Europie Wschodniej – a może w ogóle w krajach uboższych – życie kończy się  wcześniej. Być może z tego wynika instynktowne przyspieszenie w podejmowaniu ról życiowych. Do tego pewno dochodzi pakowanie się w stereotypowe odgrywanie swojej roli. Znajoma trzydziestolatka mówi o swoim facecie „mój partner”, gdy jej zachodnia koleżanka mówi „mój chłopak”. U nas chłopaka może mieć studentka, potem to już partner. Moi czterdziestoletni koledzy w wolnym czasie zanurzają się w fotelu przed telewizorem. Ich szwajcarscy koledzy umorusani w błocie zasuwają na rowerach górskich lub biorą udział w jakimś zwariowanym przedstawieniu z grupą znajomych.

Zdaję sobie sprawę, że powyższy obraz jest przerysowany. Polacy w 2010 są innymi ludźmi niż Polacy w 1990. Widzę wokół ludzi, którzy „robią swoje” adekwatnie do swojego powołania, bez względu na spójność ze zwyczajami swoich rówieśników.
Napisałem ten tekst, aby zwrócić uwagę młodych i starych na to, że na rozwijanie swoich pasji i rozpoczynanie nowych zainteresowań każdy wiek jest dobry, o ile pozwalają na to siły. Zaś sił będziemy mieć tym więcej im później uznamy się za niedołężnych staruszków przeznaczonych do siedzenia w przychodniach lekarskich.

4×4, czyli jak motor zapadł w sen zimowy.

„Tato, przełącz na cztery koła, bo już jesteśmy poza drogą!” – tak upominał mnie siedmioletni S., gdy jechaliśmy na tor przeszkód dla wszelkiej maści pojazdów off-roadowych.
Zatrzymałem auto, wysiadłem i przestawiłem sprzęgiełka przy przednich kołach.
Nasza osiemnastoletnia terenówka ma ręcznie blokowane koła.
Faktycznie był to dobry moment na uruchomienie pełnego napędu. Po chwili byliśmy na pagórkach, które podobno powstały tymczasowo na miejscu przygotowanym pod wysypisko śmieci.
Pokonaliśmy kilka nierówności i byliśmy gotowi do głównego wyzwania: kilkumetrowej górki.
Tydzień wcześniej poddałem się na tym zboczu. Wtedy opony kiepsko trzymały ziemię. Teraz jechaliśmy na nowych gumach. Jeszcze kontrolnie przeszedłem pagórek. Wszystko wyglądało dobrze i bezpieczne. Napęd szedł na wszystkie koła, a skrzynia biegów była włączona na 4L (czyli na tryb pracy z reduktorem). Powoli ruszyliśmy dbając by jechać prostopadle do stoku. Poziomica (inclinometer) pokazała spore wychylenie w pionie. W przedniej szybie widzieliśmy tylko błękit nieba. Czułem, że wszystkie koła pewnie idą po nawierzchni. Po kilku sekundach byliśmy na szczycie. za moment zjechaliśmy po drugiej stronie przeszkody i ruszyliśmy w stronę miasta. W końcu był to niedzielny poranek, a my byliśmy w drodze po rogaliki na śniadanie. Pomyślałem, że skoro tor przeszkód był prawie po drodze, to warto było skorzystać z okazji na chwilę zabawy.

Póki co mamy piękną i słoneczną jesień. Jednak przezornie przygotowałem się do zimy. Od końca kwietnia do października poruszałem się motorem. Teraz, w zimniejszym półroczu, docieram do Warszawy pociągiem. Zaś pierwsze dziesięć kilometrów, z domu do stacji, przemierzam w tym starym japońskim aucie. Wyszperałem je w internetowych ogłoszeniach. Zapłaciłem pięć i pół tysiąca złotych. Dołożyłem sto pięćdziesiąt, aby zaspawać rurę wydechową i uszczelnić przewód paliwowy.
Tak jak wspomniałem, zafundowałem sobie też nowe ogumienie. Sprowadziłem z Wadowic bieżnikowane opony. Terenowo-szosowy model All Terrain – czyli dość głośne i nieprzyjemne na asfalcie, ale przyzwoite na bezdrożach.
Mimo, że to „nalewki” za pół ceny, to i tak komplet podwyższył wartość auta o jedną piątą.

Znajomi już się zapowiadają na zimowe kuligi w okolicach naszej wioski. Zatem czekamy na śnieżną zimę!