Archiwa kategorii: Holistycznie, czyli na całość

Swojak po swojemu.

Jak widzicie, zaprzestałem systematycznej publikacji blogowych wpisów.
Zaangażowałem się w kilka wymagających przedsięwzięć, a swojakowy blog spadł z listy moich działań.
Wiem, że przez cztery lata systematycznego pisania zgromadziło się tutaj grono wiernych czytelników i komentatorów.
Każdy kto chce pozostać ze mną w kontakcie lub będzie potrzebował pomocy czy porady złapie mnie przez email: swojak(małpka)swojak.info

Zatkało mnie, a Porcelanka pomogła.

Poprzez facebooka i blogi dotarły do mnie wieści o awanturze wokół ACTA. Uderzyła mnie masa wymiarów tej sytuacji. Każdy z poziomów zasługiwałby na osobną rozprawkę. Złapałbym się na początek za opisanie co od strony technologii odsłania mgła nowej regulacji; potem ugryzłbym temat śmierci (jeszcze przed solidnym narodzeniem) partycypacji obywatelskiej w naszym kraju; dalej pogaworzyłbym o wpływie świata korporacyjnego na instytucje publiczne w USA; w tej okolicy popływałbym w temacie nowego oblicza amerykańskiej cenzury wojennej na potrzeby wojny (lub przynajmniej stanu wyjątkowego), na którą Ameryka moim zdaniem dryfuje; doszedłbym do ewidentnego pozbycia się demokratycznych mechanizmów z instytucji europejskich; wróciłbym na nasze podwórko szukając odpowiedzi „kogo na pensje rządowe wyniosą nastolatki rozgoryczone zdradą Tuska?”; spojrzałbym na szanse jakie wolny internet dawał naszej młodzieży, która sprytem i pracowitością mogłaby wyrównać szanse na współdziałanie z dzieciakami z tłustego zachodu; doszedłbym do analizy korzyści utraconych przez Polskę przez delegowanie polityki na moralne i patriotyczne miernoty; tu wciągnąłby mnie temat pogodzenia patriotyzmu z duchową więzią z każdym człowiekiem na Ziemi; byłbym już w działce duchowości, która może przekształcić oblicze Ziemi w sposób jaki się filozofom nie śniło.

Jak się domyślasz Drogi Czytelniku, od takiej ilości ciężkostrawnych tematów najnormalniej mnie zatkało. Wydobyłem z siebie jedynie wpis o Matce Teresie, bo jej pomysł na skupienie się wokół dobra i pokoju wydał mi się najskuteczniejszą drogą wyprowadzenia nas wszystkich z labiryntu rozczarowania, złości, strachu i dezorientacji.

Jeśli rodzi się potrzeba bycia w takiej sytuacji razem z innymi, to pokojowe spotkania, medytacja i modlitwa wydają się drogą przemiany tych stanów we współczucie, miłość i chęć czynienia dobra.

Zatem po wrzuceniu na bloga słów i zdjęcia Matki Teresy, korek został tam, gdzie mi utknął. Na szczęście pomocna okazała się Porcelanka, czyli „Porcelanka – blog o książkach, poezji, herbacie, przyrodzie i filozofii”. Czytuję kilkadziesiąt blogów. Mam je podpięte pod Google Reader. Część z nich wrzuciłem do worka „Daily Reading” i codziennie tam zaglądam. To taka moja codzienna prasówka, bo gazet nie kupuję, telewizji nie posiadam, a radia unikam.

Właśnie mój Google Reader wyrzucił „List otwarty do miłościwie nam panującego Premiera” wysłany z bloga Porcelanki.

Z szacunkiem przeczytałem to jak Porcelanka wyraża swoje oburzenie zachowaniem Donalda Tuska.

Potem wdałem się z Porcelanką w blogowy dialog, czego zapis znajdziecie w komentarzach pod jej wpisem.

Z serca polecam Wam odwiedziny u Porcelanki.

Zakończę zawołaniem zasłyszanym w nowej piosence Marcina Stycznia: „zacznij żyć!”

Manifestacja na rzecz pokoju.

„I was once asked why I don’t participate in anti-war demonstrations. I said that I will never do that, but as soon as you have a pro-peace rally, I’ll be there.”

„Kiedyś mnie zapytano, dlaczego nie uczestniczę w demonstracjach antywojennych. Oparłam, że nigdy nie będę w nich uczestniczyła, lecz jeśli będzie manifestacja na rzecz pokoju, to się zjawię.” Matka Teresa

Serdecznie zachęcam Was do medytacji lub modlitwy na rzecz budowania pokoju, cierpliwości i współczucia. Myślę, że to ważny czas na ich budowanie wśród ludzi, czyli między każdym z nas na naszej planecie.

O radości płynącej z Radości.

W rześki, majowy poranek jadłem śniadanie w ośrodku Baptystów w podwarszawskiej Radości.

Niosąc plastikowy talerzyk z sałatką i kawałkiem chleba, szukałem miejsca, aby dosiąść się do innych uczestników Meditatio, tuż po porannej medytacji.

Na sali były żywo dyskutujące grupki, wyglądające na dobrych znajomych. Zobaczyłem też stolik, gdzie siedziało kilka osób w różnym wieku, każdy zajęty swoim posiłkiem. Usiadłem przy nich. Facet obok mnie był z Kielc, dziewczyna po przeciwnej stronie stołu ze Szczecina. Chciałem podpytać ich o wrażenia z konferencji. Sam wpadłem tylko na poranne siedzenie, a byłem ciekaw jak wyglądała część wykładowa i dyskusyjna. Rozmowa jakoś zeszła na rok 2012. Koleżanka z Pomorza wspomniała, że ojciec Freeman – szef Światowej Wspólnoty Medytacji Chrześcijańskiej – ma wpisany w kalendarz przyjazd do Polski w lutym 2012. Polskie koordynatorki szukają pomysłu na miejsce konferencji Laurence’a Freemana. Siedzący obok Bogdan rzucił pomysł, że można by się spotkać w jego Kielcach. Pomysł mocno przypadł mi do serca i zachęcałem Bogdana, aby poszedł tym tropem. Zadeklarowałem, że w razie potrzeby mogę pomóc organizacyjnie. Nie miałem bladego pojęcia z jak potężnym organizatorem rozmawiam.

Bogdana po raz kolejny zobaczyłem kilka dni temu. W kiosku z gazetami kupiłem „Style i Charaktery” poświęcone medytacji. Numer otwiera tekst ubarwiony zdjęciem Bogdana przed bramą buddyjskiej świątyni. Bo Bogdan, do którego radośnie dosiadłem się w Radości to Bogdan Białek, który wydaje magazyn „Charaktery”. (Dowiedziałem się tego pod koniec majowego śniadania, gdy nasza rozmowa zeszła na sprawy psychologiczne.)

Pomysł zaproszenia ojca Freemana do Kielc nie tylko nabrał realnych kształtów, ale dostał też piękną oprawę. Bowiem wypuszczenie w kraj ośmiu tysięcy egzemplarzy czasopisma dotykającego rozmaitych barw medytacji, traktuję jak dywan, który kieleccy organizatorzy rozwijają przed osobami szukającymi informacji o Meditatio 2012.

To co wydała ekipa Bogdana jest genialne. Niczego lepszego na temat polskiego kontekstu medytacyjnego nie czytałem. Oczywiście moje słowa są mocno subiektywne i zaślepione serdecznym kibicowaniem organizatorom Meditatio 2012. Zatem gorąco zalecam nabycie egzemplarza „Style i Charaktery” i wyrobienie sobie własnego zdania o tym numerze.

Myślę, że sporo osób w naszym kraju medytuje. Natomiast jeszcze więcej o tym rozmawia. Trochę przyczyniają się do tego polscy buddyści. Bowiem beznadziejnej edukacji religijnej firmowanej przez oderwanych od rzeczywistości biskupów katolickich, stawiają oni wyzwania w postaci upartej koncentracji na rozwoju duchowym. Medytacja przeciera sobie też ścieżki do świata korporacji przez programy „mindfulness meditation” (czyli medytacji kształtującej uważność) adoptowane przez organizacje o skali Procter&Gamble czy Unilever. Do tego dochodzą pomysły psychoterapeutów sugerujących swoim klientom medytację jako technikę relaksacyjną. W takim gąszczu informacji ginie cichy głos mnichów katolickich przypominających, że to co dzisiaj nazywamy medytacją było obecne w tradycji chrześcijańskiej od wielu stuleci.

Widzę, że medytacyjne „Style i Charaktery” przywracają równowagę w dyskusji o duchowości.

Mnie szczególnie do gustu przypadła zamieszczona tam opowieść rabina Sachy Pecarica: „[U]bogi żydowski szewc z Krakowa miał pewnej nocy sen, że na rynku w Pradze ukryty jest ogromny skarb. Dokładnie zobaczył we śnie to miejsce. Przez długi czas zbierał pieniądze, aż wreszcie mógł pojechać do Pragi. Gdy tylko do niej przybył, pobiegł na rynek i zaczął kopać. Bardzo szybko zatrzymali go strażnicy. Tłumaczył im, że miał sen, oni jednak tylko się z niego naśmiewali. W końcu jeden ze strażników powiedział, że on też miał niedawno sen – widział jak ubogi żydowski szewc z Krakowa znajduje ogromny skarb na podwórku domu, w którym mieszka. Ostatecznie puścili nieszczęśnika. Ten wrócił w pośpiechu do Krakowa, zaczął kopać na własnym podwórku i wkrótce znalazł ogromny skarb. Na zakończenie powiem, że przeznaczył go na zbudowanie synagogi Ajzyka (Izaaka), która stoi do dziś na krakowskim Kazimierzu.”

Myślę, że zbiór wypowiedzi zebranych przez koleżanki i kolegów Bogdana może przyczynić się do wzrostu zamożności polskich rodzin i ograniczyć emisję spalin przez samoloty międzykontynentalne. Może – zamiast wzorem krakowskiego szewca, latać za odległymi skarbami duchowości – amatorzy gubienia swego ego przy pomocy nieznanych technik, odkryją obszary kopania na rodzimym podwórku.

Oczywiście przyjmuję do wiadomości, że nad Wisłą urodziło się trochę osób, których dusze należą do kultury dalekowschodniej, a tradycja chrześcijańska jest im obca jak angielski pudding przy świątecznym stole. Lecz coś mi mówi, że skala tego zjawiska jest dużo mniejsza niż wskazywałaby na to liczebność grup buddyjskich zasiedlanych przez dzieci z chrześcijańskich rodzin. Wygląda mi to na poszukiwanie bezpieczeństwa i szacunku dla podążania drogą rozwoju duchowego.

„Style i Charaktery” opisują kilka ścieżek wiodących do rzeczywistej obecności tu i teraz. Niektóre z nich rozpoczynają się na naszym podwórku, inne wymagają spotkania z sąsiadem, a jeszcze inne mają swe korzenie w odległych krainach. Dostajemy ponad sto stron podróży przez szlaki medytacyjne w doborowym towarzystwie krajowych i zagranicznych wędrowców. Mam przeczucie, że przynajmniej kilku z nich osobiście spotkamy 10 lutego w Kielcach. Jak zwykle Meditatio jest otwarte na każdego, kto chce na chwilę przystanąć i posłuchać ciszy. Kielecka cisza będzie raz na jakiś czas ubarwiana opowieścią ojca Freemana, który zamyśli się nad tym dlaczego wiara góry przenosi. Wciąż można wysłać swoje zgłoszenie, szczegóły na www.wccm.pl

Do zobaczenia!

This is America, speak Spanish!

Znajomy Meksykanin opowiedział anegdotę. Latynoski komik jechał windą w Los Angeles. Były tam też dwie Wietnamki ciągle gadające w swoim azjatyckim języku.

Artysta spojrzał na nie groźnie i warknął: „This is America, speak Spanish!” („Jesteś w Ameryce, mów po hiszpańsku!”).

Ten żart był morałem naszej rozmowy o rosnącym znaczeniu hiszpańskiego w Stanach. Była to humorystyczna mutacja typowej odzywki z przeszłości, gdy biali amerykanie pouczali imigrantów, aby przestali używać swojego języka ojczystego i mówili po angielsku.

Dzisiaj patrząc na grupę dwóch tuzinów amerykańskich żołnierzy czekających na prom na wyspę Viequez zastanawiałem się ilu z nich mówi po angielsku. W całej grupie widziałem tylko jednego faceta o rysach kaukaskich (tak Amerykanie nazywają teraz białych).

Wygląda na to, że upadek gospodarczy będzie szedł w parze z zanikiem kultury amerykańskiej.

Może za parę wieków encyklopedie będą wspominać, że na kontynencie amerykańskim przeprowadzono próbę stworzenia nowego narodu. Podwaliny położono w 19. wieku, a 20. wiek dał tej sztucznej nacji globalną dominację.

Jednak w 21. wieku załamanie gospodarki opartej o niepohamowaną konsumpcję przyczyniło się też do kryzysu demograficznego. Kontynent północnoamerykański został opanowany przez płodnych imigrantów z ubogich, zwykle hiszpańskojęzycznych krajów.

Przyznam, że podoba mi się takie zakończenie historii współczesnego odpowiednika starożytnego Rzymu.

Rozbrojenie chorobliwie hedonistycznego państwa przez ubogich, acz pełnych wigoru barbarzyńców może nam rozwiązać zagrożenie wojny światowej, do jakiej mogliby doprowadzić Amerykanie szukający sposobu na utrzymanie swojego panowania nad światem.

Zatem trzymam kciuki za spokojne usunięcie się z naszego otoczenia amerykańskiej kultury, stylu zarządzania i sposobu rozwiązywania konfliktów.

Pospieszmy się z wypracowaniem własnych pomysłów na życie, bo rzeczywistość może chcieć szybko wypełnić lukę po jankesach. Ich miejsce pewno zajmą Chińczycy z Hindusami.

Nie wiem czy będzie lepiej niż za czasów amerykańskich, na pewno będzie inaczej.

Okupuję Wall Street.

Z zaciekawieniem patrzę na okupację Wall Street.

Czy na amerykańskim horyzoncie widać mieszkanie w blokach wielorodzinnych, transport publiczny, zanik kredytów konsumpcyjnych i czerpanie radości z prostego, skromnego życia?

Teraz ostrze protestu skupia się na oburzeniu z pompowania pieniędzy z kieszeni podatników na konta korporacji finansowych. Mam nadzieję, że przyjdzie druga fala refleksji nad tym co jest źródłem kryzysu. Myślę, że wyszukane instrumenty inwestycyjne są skutkiem tego, że w dwudziestym wieku Amerykanie wkręcili się w nakręcanie konsumpcji. Wyglądało to dla mnie jak narodowa religia. W punkcie kulminacyjnym, gdy produkcja przeniosła się do Chin, Amerykanie byli już tak otumanieni swoją nową religią, że oznajmili, iż ich wkład w rozwój świata to konsumpcja. Dzięki temu nadają bieg globalnej gospodarce. Jak zbliżało się widmo kryzysu to prezydent apelował, by nie ustawać w zakupach.

W tym samym czasie widziałem jak wyniszczamy zasoby Ziemi, aby produkować ogrom nietrwałych, zbytecznych przedmiotów, których kupowanie miało być zbawieniem świata. Czyli pęd wzrostu gospodarczego to pęd do uczynienia Ziemi ekologiczną pustynią.

Moim podejściem do rozwiązania węzła kryzysu jest skupienie się na tym co ja mogę zrobić, aby przywrócić w świecie równowagę. Mogę dbać o równowagę w moim życiu. Także równowagę materialną. To oczywiście wymaga równowagi duchowej. Odczuwam na własnej skórze, że z rozsądnych zakupów wypadam, gdy brak równowagi w moim sercu. Gdy z wnętrza płynie spokój oraz wola uważnego i świadomego życia to łatwiej mi lekceważyć zewnętrzne zachęty do rzucenia się w nurt konsumowania.

Myślę, że potrzebujemy też współczującej wrażliwości na innych. Czyli takiej zwykłej ludzkiej solidarności. Mogę coś dać innym i ułatwić im wprowadzanie równowagi w życiu. Mogę dzielić się pracą, przedmiotami, umiejętnościami lub pomysłami.

Rozwiązanie problemów świata rozpoczyna się od ustawienia na zdrowe tory mojego własnego życia. Jak zrobi to jeszcze kilka osób, albo kilka tysięcy, albo kilka milionów lub kilka miliardów, to bez względu jak nazwiemy system gospodarczy i polityczny, świat wejdzie na dobre tory.

Czyli mam nadzieję, że okupacja Wall Street jest etapem w budowaniu pokoju serca i solidarności tych, którzy widzą, że świat wymaga zmiany. Zmiana rozpoczyna się od serca każdego z nas.

Też okupuję Wall Street – moim wkładem jest codzienna medytacja i finansowanie programu edukacyjnego w domu dziecka.

Chociaż wszystko jest w rozgardiaszu, to wszysto jest w porządku.

„Wszystko jest w porządku. Chociaż wszystko jest w rozgardiaszu, to wszystko jest w porządku. To z pewnością dziwny paradoks. Ale niestety, większość ludzi nigdy nie zobaczy, że wszystko jest w porządku, ponieważ oni śpią. Śnią im się koszmary. ”

„All is well. Though everything is a mess, all is well. Strange paradox, to be sure. But, tragically, most people never get to see that all is well because they are asleep. They are having a nightmare.”

Anthony de Mello

Herezje.

Po wakacyjnym tygodniu spędzonym w rozmodlonym Taizé trzymają się mnie tematy duchowe.
Po raz kolejny tam pojechałem, by zanurzyć się w ekumenicznej atmosferze stworzonej przed laty przez brata Roger.

Patrząc na zjednoczenie chrześcijan wysunąłem wnioski mocno heretyckie. Ekumenizm był, na mój gust, potrzebnym przełomem w dwudziestym wieku. Lecz dzisiaj orędownikom ekumenizmu stawiam wyzwania wykraczające poza wspólnotę uczniów Jezusa z Nazaretu.

Pozwólcie, że zacznę moją notatkę od innego końca.

Świat jest mały. W samolocie czy na youtubie skaczemy między kulturami i kontynentami. Odwiedzenie najbardziej wymyślnego zakątka planety jest na wyciągnięcie ręki wielu moich znajomych. Podróż poślubna do Nowej Zelandii? Od pomysłu do realizacji upłynęło kilka miesięcy i E. z T. byli na drugim końcu świata. Praktyki studenckie w Wenezueli? Córka kuzyna właśnie z nich wróciła. Wyjazd szkolny do Turcji i mieszkanie u rodzin? Moja córka miała to przed wakacjami.
Jeszcze łatwiej przemieszczać się przed ekranem komputera. Inspirujące filmy, czy animacje oglądane ostatnio na youtube to twory Japończyków, Nigeryjczyków, Amerykanów, Rosjan czy Hindusów. Na Facebooku mam wśród znajomych muzułmanów, buddystów, mormonów, katolików. Zresztą nawet nie wiemy jak i w co wierzą dziesiątki naszych globalnych znajomych.
Zburzyliśmy bariery. Naszą kulturą jest kultura całego świata. Wnosimy w nią to co wykuły pokolenia w naszej tradycji. Czerpiemy z tego co wnoszą inni.
Fascynujące i obiecujące doświadczenie.

Poznając ludzi z innych kultur widzimy jakimi ścieżkami szedł rozwój cywilizacji, a w tym rozwój ludzkiego ducha i poczucia sensu życia.
Myślę, że dzięki temu jedną z najciekawszych zmian jakie następują przed naszymi oczami, jest zmiana w obszarze duchowości – czyli w rozwijaniu świata wartości i sensu życia.

Im bliżej pracujemy, żyjemy i przyjaźnimy się z ludźmi innych tradycji, tym naturalniejsze jest widzenie podobieństw w tym co dla każdego z nas jest w życiu ważne.
Dla mnie intrygującym wymiarem jest spotkanie Wschodu z Zachodem. Obydwie cywilizacje odkrywają zaskakujące podobieństwo w potrzebach i pragnieniach ludzi z tymi na drugiej półkuli. Jesteśmy do siebie tak bardzo podobni. Spotkanie Wschodu z Zachodem wydaje się otwierać ciekawe horyzonty.

To chyba spore wyzwanie, głownie w naszym kręgu. Bowiem skoro dopiero w ubiegłych dekadach chrześcijanie rozmaitych kościołów zaczęli się spotykać, wspólnie modlić i wspierać w rozwoju duchowym, to jak im powiedzieć, że jogin czy buddysta to człowiek, z którym możemy wspólnie pojechać na rekolekcje.

Ekumenizm też pierwotnie uznawano za dziwaczne, czy nawet niebezpieczne działanie. Dialog chrześcijan jeszcze nie okrzepł, a ja widzę, że już wchodzimy w czas, gdy podobna bliskość będzie wzrastać między ludźmi rozmaitych tradycji duchowych. Pewno w naszym regionie będzie to tym powszechniejsze, im bardziej rozwiązania rozwoju duchowego proponowane przez Kościół Katolicki będą odstawać od potrzeb i wartości ludzi dbających o swój rozwój duchowy.

Myślę, że praktyki rozwoju duchowego łączą wszystkich ludzi. Jak świat długi i szeroki popularność zdobywają praktyki uważności (mindfulness). Jedni odwołują się przy tym do korzeni chrześcijańskich (do ojców pustyni), inni do buddyzmu lub jogi, ktoś czerpie z sufizmu. Wszyscy razem czuwamy w milczeniu i jesteśmy obecni. To się dzieje. To rośnie.

Dzieje się to na miarę naszych czasów, czyli nie poprzez synody i sobory, ale… przez iPhony, Androidy i nieformalne grupy.
Coraz mocniej czuję, że w ciekawych czasach przyszło nam żyć.

Czy macie ochotę podzielić się swoimi refleksjami?  Jak duży jest związek formalnych organizacji religijnych z rozwojem duchowym człowieka w 21. wieku? Co Waszym zdaniem przetrwa z europejskiej tradycji chrześcijańskiej? Jakie pierwiastki chrześcijaństwo wnosi i nadal będzie wnosić w duchowy rozwój człowieka?

Czy oni tam na Wschodzie wierzą w Boga?

Potoczne i powszechne patrzenie na duchowość zawiera się w pytaniu: „czy oni tam wierzą w Boga?”. Ostatnio wpadło mi w ręce podsumowanie podejścia do Boga ludzi Zachodu i Wschodu zebrane przez Marvina Levina. Poniżej dzielę się, bo temat uważam, za interesujący.

„Na Zachodzie mamy tendencję do myślenia o Bogu jako istocie zarówno wszechmocnej jak i kochającej. Wobec tego w niespokojnych czasach modlimy się do Boga o ulżenie naszej niedoli lub o zmianę otaczającego świata, tak by zniknęły trudności. Zatem modlimy się o zdrowie naszych bliskich albo o wyeliminowanie jakiegoś zagrożenia. W tych modlitwach zwykle odnosimy się do Boga, tak jak dziecko odnosi się do ojca. Faktycznie, naszym najpopularniejszym określeniem jest Bóg ojciec.

Zaś Iśwara [Najwyższy Bóg w hinduizmie – przyp. Swojak] jest raczej charakteryzowany jako Bóg guru. Iśwara powstał jako istota doskonale oświecona. Konceptualnie Iśwara jest esencją mądrej, przemienionej, jednostki o czystym spojrzeniu. Zatem jogin ma inne od zachodniego podejście do Boga. Jednoczy się z Iśwarą, aby wzmocnić podążanie swoją drogą. Gdy pojawiają się wątpliwości, zniechęcenie, czy jakiekolwiek psychologiczne przeciwności w podążaniu drogą, wtedy zwraca się do Iśwary. Jak doskonała istota ma pokonać te przeciwności? Gdy szukasz wsparcia w stawianiu czoła trudnym lub strasznym sytuacjom to zjednocz się z Iśwarą. Reasumując, nie modlisz się do Iśwary na zachodni sposób, bo Iśwara nie zmienia świata zewnętrznego, ani nie przysparza dóbr. Jednoczysz się z Iśwarą raczej dla wewnętrznej przemiany; po mądrość i po siłę. Iśwara jest wzorem, z którego czerpiemy inspirację.

W buddyzmie taki Bóg nie występuje. Choć Budda pełni dla buddystów rolę, jaką Iśwara pełni dla joginów. Słyszałem, jak zachodni przywódcy religijni, znający jedynie najbardziej powierzchowne aspekty buddyzmu, lekceważąco odnosili się do buddystów, uznając ich za ludzi modlących się do bożków. To oczywiste nieporozumienie. Liczne i popularne na Wschodzie posągi buddy, są reprezentacją doskonałego nauczyciela będącego wzorem idealnego postępowania. Posąg jest bodźcem do zjednoczenia z tą w pełni oświeconą istotą. Posąg sam w sobie nie jest konieczny. Za to jasne wspomnienie i medytacja obrazu Buddy są pomocą w podążaniu drogą, w taki sposób jak jest przywoływanie Iśwary poprzez jego wyraziste obrazy.”   

„Szczęście to pragnienie tego, co już się posiada.”

„Szczęście to pragnienie tego, co już się posiada.”

Powyższe zdanie  usłyszałem parę tygodni temu w Taizé. O ile dobrze pamiętam, zakonnik, który je przytoczył mówił, że to słowa świętego Augustyna.
Gdzieś w sieci znalazłem podobne słowa przypisane H. Howard. Chyba autorstwo jest tu drugoplanowe.

Zachęcam do refleksji nad tym zdaniem.