Archive for the 'Holistycznie, czyli na całość' Category

Kura czy jajo?

Ostatnio wpadła w moje ręce książka Willigisa Jaegera “Fala jest morzem”. Znalazłem tam sporo inspiracji do przemyśleń.
Podzielę się z Wami krótkim fragmentem, gdzie autor dywaguje w okolicach nauk przyrodniczych.

Wcześniej byliśmy zdania, że ciało z biegiem czasu rozwinęło ducha. Inteligencja miała być funkcją mózgu i systemu nerwowego. Teraz wiemy, że rzecz ma się dokładnie odwrotnie. „Niematerialny duch porusza mózg” powiada John Eccles, badacz mózgu i noblista. Dowiódł on, że to nasze myśli i nasza wola uaktywniają neuroproteiny w mózgu. Że procesy duchowe obrazują się materialnie, a nie są funkcjami procesów biochemiczno-materialnych. Jeśli pojawia się myśl, uczucie lub życzenie, to ich energia przekształca się w naszym mózgu w molekułę. Innymi słowy, energia intelektualna i emocjonalna materializuje się w postaci neuroprotein. Są one niejako kluczami, które szukają swoich zamków. Jeśli znajdą w jakieś komórce pasującą dziurkę, to komórka ta przyjmuje wiadomość, którą przynoszą. Ten proces toczy się nie tylko w naszym mózgu, lecz przenika całe ciało. Każda komórka ciała komunikuje się z innymi komórkami. W każdej komórce manifestuje się myślący duch.

Zostawiam Was z tym tekstem i serdecznie pozdrawiam.

W ciszy zen u Jezuity.

O szóstej rano w całym budynku słychać dźwięk dzwonków. Wstaję, żeby zdąrzyć się wykąpać i ogolić przed zaczynającą się za pół godziny “zazen”, czyli dwudziestopięciominutową medytacją. Po “zazen” jest kilkuminutowy spacer “kinhin” - miarowy, powolny marsz wokół sali medytacyjnej. Potem kolejne siedzenie “zazen”, znowu “kinhin”, następnie trzeci raz “zazen” i czas na śniadanie.

Tak wygląda początek każdego z czterech dni warsztatów Zen Sesshin prowadzonego przez Ama Samy w Fluëli-Ranft w szwajcarskich Alpach, w rodzinnej wiosce piętnastowiecznego pustelnika i patrona Helwetów nazywanego tu Bruder Klaus.

Grupa liczy prawie pięćdziesiąt osób. Z rejestracji samochodów domyślam się, że są to głównie Niemcy i Szwajcarzy. Przez całą dobę obowiązuje milczenie, więc szczegóły na temat współuczestników pozostają w sferze domysłów.

Zatem w milczeniu jemy, pijemy herbatę i pracujemy - tzn. po śniadaniu mamy trzy kwadranse “samu”, czyli pracy na rzecz domu, gdzie nocujemy.

Oczywiście głównym elementem każdego dnia są medytacje, jest ich w sumie trzynaście.

Jestem jednym z najmłodszych uczestników. Dominują pięćdziesięciolatkowie. Sporo też osób wyglądających na rówieśników naszego mistrza, który kilka lat temu skończył siedemdziesiąt lat.

foto: Meath Conlan of DiverseJourneys.com

Ojciec Ama Samy jest człowiekiem pełnym życia i serdeczności.

Miałem okazję przekonać się o tym, podczas krótkiej rozmowy, na jaką niechcący wybrałem się pierwszego dnia medytacji.

Otóż siedziałem podczas porannego “zazen”, gdy ktoś dotknął mojego ramienia. Obok stał jakiś doświadczony uczestnik w czarnym stroju do medytacji. Miał  śmiertelnie poważną minę.

Nigdy nie byłem na warsztatach “sesshin”, a rytuały zen były mi obce.

Nie miałem pojęcia o co chodzi. Z opresji wyrwał mnie inny uczestnik, który zabrał mnie na korytarz i wyjaśnił sytuację.

Otóż jest możliwość indywidualnej rozmowy z Mistrzem Samy. Każdy zainteresowany wysuwa spod swojej maty margines książeczki z tekstami i jest to znak dla organizujących spotkania.

Jak się domyślacie moja książeczka była wysunięta tylko dlatego, aby było mi po nią łatwo sięgać.

Dobrze się złożylo, bo dzięki temu znalazłem się w pokoiku mistrza. Przedstawiłem się i zgodnie z prawdą oznajmiłem, że wygooglałem te warsztaty. Zaś zaintrygowało i przyciągnęło mnie to, że Samy jest jezuitą uczącym zen. Podpytał mnie o medytację. Gdy powiedziałem o naszej podwarszawskiej grupie World Community of Christian Medytation WCCM to o. Samy z ożywieniem wspomniał Johna Maina (założyciela WCCM) i Laurenca Freemana (obecnego szefa WCCM).

Mistrz zasugerował, abym przeczytał jego książkę to zobaczę, co on tutaj wyrabia. Na tym zakończyła się ta nieplanowana audiencja.

Potem, podczas wieczornej konferencji “teisho”, Mistrz opowiadał o rozmaitych formach medytacji i kontemplacji podając m.in. przykład naszej grupy w Polsce.

Idąc za radą Mistrza, odnalazłem w czytelni jego książki.

Inny uczestnik, którego wyrwałem z obowiązującej ciszy, poradził starszą książkę Ama Samy, która była ponoć ciekawsza od najnowszej.

Wziąłem się za obydwie publikacje. Tzn. w poobiedniej przerwie zabrałem je do ręki i szedłem poczytać w swoim pokoju.

Na schodach złapała mnie organizatorka warsztatów i stanowczo oznajmiła, że starsza książka Mistrza jest jej własnością i nie chce jej stracić.

Starałem się Szwajcarkę udobruchać przyrzekając, że po przeczytaniu oddam. Jej sroga mina skłoniła mnie do zmiany planów. Zamiast w pokoju przekartkowałem książkę na fotelu w czytelni. Uznałem, że bezpieczniej dla mnie jak drogocenny wolumen będzie cały czas na widoku publicznym.

Po jakimś czasie, niedaleko mnie usiadł Mistrz i czytał jakieś czasopismo. Oznajmiłem radośnie, że zdobyłem jego książki i czytam jedną z nich. Samy uśmiechnął się, machną ręką i mruknął coś o tym, że to stara publikacja.

Mimo to dobrnąłem do końca, a potem z namaszczeniem odłożyłem ją na stolik z drukowanymi relikwiami.

Natomiast nowszą książkę mam na własność zapłaciwszy za nią sześć euro do czytelnianej puszki.

Publikacja jest zbiorem kilkunastu wykładów i artykułów z ostatniej dekady. Faktycznie wyjaśnia to co ojciec Ama Samy robi. Otóż każdego roku opuszcza Indie i prowadzoną tam szkołę Zen Bodhi Zendo, aby nauczać zen w Europie. Jego zdaniem Chrześcijanie mogą odkryć głębię swojego chrześcijaństwa, dzięki praktykom zen.

Wygląda to dla mnie na jeden ze sposobów na budowanie mostów między Wschodem i Zachodem. Temat to dla mnie intersujący i cieszę się, że mogłem połączyć kilka dni wyciszenia z poznaniem Ama Samy.

Zdalny Swojak.

Jak co środę publikuję kilka zdań o tym co dla mnie ważne w tym tygodniu.
Tym razem jest to nietypowy wpis, bo w momencie ukazania się tekstu w sieci, jestem daleko od komputerów i daleko od internetu. Niniejsze słowa przygotowałem kilka dni temu, jeszcze przed wyjazdem z domu.

Jeśli to co zaplanowane na bieżący tydzień poszło zgodnie z programem, to jestem teraz w szwajcarskiej wiosce Flüeli-Ranft i medytuję pod okiem Ama Samy.
Miejsce i osoba wydawały mi się szczególne, więc zdecydowałem się pojechać na kilkudniowe warsztaty.
Wioska jest związana z patronem Szwajcarii, piętnastowiecznym pustelnikiem i mistykiem Mikołajem z Flüe, nazywanym tutaj Bruder Klaus. Natomiast Ama Samy zaintrygował mnie jako żywe połączenie tradycji duchowości Wschodu (zen) i Zachodu (jezuita).


foto: www.taize.fr
Nazajutrz, gdy warsztaty medytacyjne dobiegną końca, wybieram się do odległego o kilkaset kilometrów francuskiego Taizé. Tam ten tydzień spędza moja córka i jej przyjaciółki. O wspólnocie z Taizé wspomniałem kilka miesięcy temu.
Każdego tygodnia tamtejsi zakonnicy goszczą kilka tysięcy młodych ludzi, którzy poprzez rozmowy, pracę i wspólny śpiew dokładają swoje cegiełki do budowania zaufania na świecie.

Pewno więcej napiszę o tych geograficznych i duchowych wędrówkach w przyszłym tygodniu, już po powrocie do domu.

Skoczny koncert.

W sobotę wieczorem byłem na koncercie.

Przy akompaniamencie trzech gitar, tyluż klawiszowców i perkusji wystąpiła setka chórzystów.

Występ przygotowano z dbałością o niemal każdy szczegół. Poza dobrym nagłośnieniem zadbano też o wrażenia wzrokowe, były  reflektory, tancerze i kolorowe flagi.

Wiedziałem, że występowali uczestnicy warsztatów gospel, którzy spędzili tydzień na przygotowaniach do tego wieczoru. Momentami odnosiłem wrażenie, że mam przed sobą ludzi wspólnie śpiewających dużo, dużo dłużej.


foto: P. Skonieczny (Picasa Public Album)
Grupę prowadził Brian, który jakiś czas temu zamienił Stany Zjednoczone na Polskę.

Sądzę, że jego entuzjazm rozpalał serca i gardła uczestników.

Kiedyś byłem na koncercie szwajcarskiego chóru gospel.

Tam dyrygentem był melancholijny muzyk z Ukrainy.

Wydaje się, że wykonanie gospel w obydwu wydaniach było tak różne jak korzenie lidera. Tu mamy murzyńską tradycję wielbienia Boga, a tam była spuścizna wschodnioeuropejskiej powściągliwości w okazywaniu radości.

Koncert był też dla mnie przygodą turystyczną, bo impreza odbywała się w wielkopolskich Skokach. Nim tam dotarłem miałem do przejechania grubo ponad trzysta kilometrów.

Powód wyprawy był ważki, bo w warsztatach uczestniczyła moja żona z córkami. Chciałem zobaczyć wynik ich wokalnej pracy.

Zatem do motoru dopiąłem sakwy i torby podróżne. W ten sposób przekształciłem go z pojazdu dowożącego mnie do pracy w motocykl turystyczny. Towarzyszyła mi piękna pogoda, więc wyjazd był przyjemnością.

Autostopowicze.

Syna i psa odwiozłem do moich rodziców do Galicji, a po kolacji, wraz z córką, wracałem pod Warszawę.
Ujechałem kilka kilometrów, gdy zobaczyłem parę turystów z dużymi plecakami i kartką “Radom”.
Zatrzymałem się i skończyło się tym, że nikt z nas do Radomia tego dnia już nie dojechał.

Jak widzę autostopowiczów z bagażami to odruchowo staję i ich zabieram. Sam, w latach studenckich, przejechałem tysiące kilometrów, podwożony przez ludzi dobrej woli. Czasem były to wyprawy ekstremalne, jak tysiąckilometrowa podróż przez zimową Skandynawię w marcu 1992, aby dotrzeć na słynny studencki festiwal w norweskim Trondheim. Innym razem jechałem odwiedzić narzeczoną pracującą we Normandii, i przy okazji doświadczyłem spania pod gołym niebem, pod paryską wieżą Eiffla. Pamiętam też przemierzanie Niemiec, tuż po obaleniu Muru Berlińskiego, gdy zachodni Niemcy nie mieli pojęcia o Polsce. Wtedy jeden kierowca, gadając z moim młodszym bratem i ze mną myślał, że żartujemy mówiąc, iż pochodzimy z Polski. Uwierzył dopiero, gdy pokazaliśmy mu nasze paszporty. Jego zdaniem Polacy, ani tak nie wyglądają, ani tak się nie zachowują, ani nie znają angielskiego.

Teraz, gdy widzę niedomytych turystów z wyciągniętym kciukiem i kartonem z nazwą kierunku, to mam przed oczami te dziesiątki ludzi, którzy kilkanaście lat temu mnie podwozili, karmili, załatwiali noclegi, obdarowywali mapami i opowiadali swoje historie życia.

Wróćmy do rozpoczętej opowieści z dwójką podróżników jadących do Radomia. Gdy plecaki były już w bagażniku, a autostopowicze na tylnym siedzeniu, to ruszyliśmy w ich wymarzonym kierunku. Okazało się, że tego samego dnia wystartowali ze Słowacji, wcześniej byli w Czechach i Austrii. Chłopak był z Florydy, a dziewczyna ze Szwecji. Jadą do Finlandii, przez Litwę, Łotwę i Estonię.
Niezwykle ciekawi ludzie. On studiował socjologię, a ona pisarstwo. Jako, że ostatnio zainteresował mnie temat uczenia dzieci w domu, zamiast posyłania do szkoły, to mogłem posłuchać o doświadczeniach ze Stanów, gdzie sporo rodziców decyduje się naukę w domu. Zdaniem A., który znał kilka osób uczonych w domu, każda z nich miała wyraźne niższy poziom kompetencji społecznych, niż koledzy chodzący do szkoły. Z J. rozmawiałem o pisarstwie, bo zaintrygowała mnie informacja o studiowaniu pisarstwa. Jej studia odbywają się na uniwersytecie ludowym (Folkuniversitetet), który działa na zasadzie stowarzyszenia oferującego dorosłym rozmaite programy edukacyjne. Zajęcia prowadzą z nimi m.in. najznakomitsi szwedzcy literaci.

Podczas rozmowy okazało się, że podróżnicy jadą do Radomia, aby stamtąd dotrzeć do Lublina, i dalej na Litwę. Wybrali Radom, bo na ich bardzo ogólnej mapie nie było głównej drogi do Lublina. Rozwiązałem ich obydwa problemy. To znaczy podarowałem moją starą, ale dokładną mapę Polski, oraz zmieniłem moją marszrutę i pojechałem przez Lublin.

Wspólnie szukaliśmy pomysłu na nocleg. Chodziło o miejsce, gdzie autostopowicze mogliby na dziko rozbić swój namiot. Pomyślałem o siostrze zakonnej z Lublina, którą spotkałem przed rokiem na warsztatach medytacyjnych. Uleciało mi z głowy jej imię, ale wiedziałem, że pracuje w akademiku. Po wjeździe do miasta skręciłem pod akademik, wysiadłem z samochodu i… przed wejściem spotkałem moją znajomą siostrę. Właśnie wracała ze spaceru. Czytających te słowa statystyków proszę, aby powstrzymali się od obliczania prawdopodobieństwa takiego zdarzenia losowego. Ja jestem przekonany, że to była synchroniczność. Czyli spotkałem siostrę, bo po prostu miałem ją spotkać. Wszystko poszło bardzo dobrze. Zostawiłem A. i J. na pięknym, parkowym trawniku. Po rozbiciu namiotu mieli się stawić w akademiku, aby skorzystać z łazienki.

Po pożegnalnych uściskach ruszyłem w stronę Warszawy. Jechałem ciesząc się, że kilka godzin wcześniej A. i J. napisali na swoim kartoniku “Radom”, a nie “Lublin”. Gdyby napisali “Lublin” pewno bym się nie zatrzymał, bo jechałem do Radomia. Wtedy bym z nimi nie porozmawiał. Zaś przez ich “Radom” pojechałem do Lublina i miałem niezwykle ciekawą podróż do domu.

Liczy się tylko połowa?

Połowa tego co robisz w marketingu jest stratą pieniędzy. Tylko nie wiadomo, która to połowa, więc nadal wydajemy na obie połowy.

To zdanie raz na jakiś czas słyszę w żargonie reklamowym. Ostatnio powtórzył je mój znajomy, doświadczony szef sprzedaży w branży samochodowej.

Po tej rozmowie przyszła do mojej głowy refleksja, że może poza marketingiem ta prawda dotyczy także naszego życia?

Wyobraźmy sobie, że połowa tego co robimy ma sens, a reszta to strata czasu. Czy wiesz, która to połowa? Spójrz na swój ubiegły tydzień. Może było tam kilkadziesiąt godzin pracy nad innowacyjnym projektem na temat zaufania jako środka obniżania kosztów dystrybucji. Poza tym z dziesięć godzin na dojazdy; parę godzin na jakieś zakupy i tyle samo na spacery z psem i posiłki z bliskimi; wieczorami gapienie się w ekran - w sumie paręnaście godzin w ciągu tygodnia.

Która połowa była warta naszego życia, a która była jego marnowaniem? Oczywiście, że ten super nowy projekt jest radością tygodnia i jego gwiazda przyćmiła całą resztę. No tak, z perspektywy kilku dni jest to jednoznaczne. Za miesiąc okaże się, że ten projekt nigdy nie będzie wdrożony. Po pół roku zrozumiesz, że szef dał Ci to zadanie, aby zająć Cię czymś absorbującym, nim decyzja o zamknięciu Twojego działu będzie zatwierdzona i wtedy Cię zwolni.

Zatem kilkadziesiąt godzin wymyślania rozwiązań w nieistniejącym temacie to była strata Twojego czasu. Na szczęście w tym samym tygodniu, tocząc się w korkach w drodze do biura wysłuchałeś doskonałego audiobooka o biznesowym wykorzystaniu sieci społecznościowych. Podczas zakupów spotkałeś kolegę, którego nie widziałeś od dawna. Z krótkiej rozmowy wynikało, że jego firma szybko rośnie i teraz zastanawia się jak przeskoczyć z lokalnego rynku na biznes międzynarodowy. W tym samym tygodniu, podczas jednej z kolacji nastoletnie dziecko opowiedziało o wymarzonej komórce, na którą będzie zbierać kieszonkowe. Inni domownicy podzielili się swoimi opiniami o najnowszych gadżetach. Zaś podczas wieczornego ślęczenia przed ekranem komputerowym napisałeś długi e-mail do przyjaciela, który potrzebował wsparcia, bo wjechał ze swoim życiem w ślepą uliczkę. Zatem ta druga połowa wygląda w sumie trochę lepiej od tej pierwszej.

Co więcej, rok od tego zwykłego tygodnia sprawy wyglądają niesamowicie i jest zupełnie jasne co wtedy było ważne.

Pracujesz teraz u boku swojego kumpla spotkanego w sklepie i budujecie “plemię” globalnych testerów jego produktu przy pomocy sieci społecznościowych. Poprzednia praca jest tylko przykrym wspomnieniem. Przykrym w zasadzie tylko z jednego powodu. Po ogłoszeniu decyzji o likwidacji zespołu, Twój firmowy kolega miał zapaść i nie przeżył zawału. Także Ciebie zwolnienie bardzo wkurzyło, ale spacery z psem trzymają Cię w dobrej formie i Twoje serce przetrzymało stres bez szwanku.

Przed chwilą córka powiedziała Ci, że przed rokiem bardzo jej pomogłeś, bo dzięki temu co wtedy powiedziałeś zmieniła zdanie, kupiła inną świetną komórkę. Zaś jej koleżanka z klasy ma taki model o jakim pierwotnie marzyła i okazuje się, że co chwilę się psuje.

Po za tym, widziałeś się niedawno z przyjacielem, któremu przed rokiem wysłałeś długi i serdeczny e-mail. Trudno powiedzieć na ile mówił poważnie, ale ponoć wtedy był w tak ciężkim dołku, że chciał ze sobą skończyć. Twój e-mail pokazał życie z innej strony i zaczęły mu wracać chęci do działania.

Ależ czas zmienia postrzeganie tego co wtedy było ważne!

Wyobraź sobie, że po kolejnych trzech latach, zadzwoni do Ciebie jakiś człowiek, którego nazwiska nigdy wcześniej nie słyszałeś. To nowy prezes z firmy, która zwolniła Cię przed laty. Facet jest zafiksowany na pomyśle budowania zaufania jako kapitału w kontaktach biznesowych. Na firmowym serwerze znalazł Twoje opracowanie sprzed lat i teraz proponuje Ci rolę konsultanta.

Trudno Ci uwierzyć, że Twój przegrany projekt sprzed lat robi taką karierę.

Gdy jeszcze raz patrzysz na ten dziwny tydzień to trudno powiedzieć, czy w życiu jest jak w marketingu, gdzie połowa aktywności jest zmarnowana? Chyba jednak nie ma nieważnych części. Wszystko może mieć swoje znaczenie. Choć czasem widać to dopiero z bardzo dużej perspektywy.

Wracaj, tam właśnie wracaj.

Po przeczytaniu komentarza Sylwi biorę się za moje rocznice emigracyjne.
Prawie dziesięć lat temu pakowaliśmy nasz dobytek, w malutkim mieszkaniu na warszawskich Bielanach, aby zamieszkać w Alpach. Jak to powiedział jeden z komentatorów mojego bloga, wyjeżdżałem wtedy w podróż służbową do Szwajcarii.
Pamięć zatarła ostrość tamtych wspomnień. Wiem, że przeprowadzka była wielką i dość przyjemną przygodą. Wynajęliśmy piękne mieszkanie z widokiem na góry, zakupiliśmy sporo sprzętów, łącznie z dużym rodzinnym autem, i rozpoczęliśmy oswajanie Helwecji.

Gdy opadło zawirowanie przeprowadzkowe, podobnie jak wspomniana we wstępie Sylwia, poczułem ciężar oddalenia od Polski. Wpadłem w sytuację lodowato-wybuchową. Zimni, jak okoliczne skały, sąsiedzi utrudniali nam nawiązanie więzi z lokalną społecznością, a w pracy u krewkiego Włocha rozstrajały mnie jego histeryczne krzyki.
Nasza pierwsza wizyta w Polsce miał miejsce w Boże Narodzenie. Jechaliśmy z doświadczeniem kilkumiesięcznego, trudnego mieszkania wśród Szwajcarów. Podróż powrotna po Nowym Roku była smutna i łzawa. Miałem wtedy ochotę zamknąć ten emigracyjny rozdział i wrócić do Polski. Postanowiliśmy zostać jeszcze jakiś czas, żeby spłacić pożyczkę na zagospodarowanie, bo z polskiej pensji spłata byłaby trudniejsza.
Dobrnęliśmy do pierwszej rocznicy pomieszkiwania w Alpach. Wtedy nastąpił cud. Sąsiedzi ogłosili, że pozytywnie przeszliśmy okres kwarantanny, gdy byliśmy obserwowani i sprawdzani. Kolejne siedem lat było usłanych serdecznościami, wzajemną pomocą, sympatią i przyjaźniami. Nasz wyjazd ze Szwajcarii w 2008 był trudnym momentem. Zostawialiśmy na miejscu sporo bliskich nam osób.
Teraz, po dwóch latach, widzę jak nasza rodzina ponownie wrosła w polskie życie. Każdy z nas na swój unikalny sposób. Żona odnalazła swe zawodowe powołanie i robi masę dobrej roboty jako pedagog szkolny. Wygląda na to, że w Polsce zdecydowanie potrzeba zatrudniać w szkołach dodatkowych pedagogów, bo większość personelu szkolnego to nauczyciele przedmiotowi bez solidnego przygotowania do pracy z uczniami. To przeciwieństwo Szwajcarii, gdzie nauczyciele mieli głównie umiejętności pedagogiczne, a ich erudycja była drugoplanowa.
Starsza córka zbliża się do końca gimnazjum. Doskonale radzi sobie w szkole. Wygląda na to, że coraz bardziej docenia uroki polskiego życia. Młodsza córka, ze swoim otwarciem na innych, chyba bardziej pasuje do polskiego otoczenia, gdyż szwajcarska konwencjonalność mogłaby by być dla niej trudna. Zaś syn, po wakacjach rozpoczyna naukę w podstawówce. Paradoksalnie, to on najczęściej wspomina, że Szwajcaria to nasz kraj, w którym chciałby zamieszkać.
Ja dostałem od swojego szwajcarskiego pracodawcy możliwość “miękkiego lądowania” w Polsce. Jako konsultant pracuję przy jego międzynarodowych projektach. Daje mi to stabilność finansową. Mogę wykorzystać czas na odnalezienie w polskiej rzeczywistości miejsc, gdzie moje specyficzne umiejętności będą szczególnie przydatne. Od miesięcy, misternie buduję plan, którego realizacja może wypełnić przyszłe lata lub dekady. Jestem podbudowany tym jak ciekawie kraj zmienił się pod moją nieobecność. “Apetyt rośnie w miarę jedzenia”, więc chcę dalszego rozwoju i budowania tutaj takiego społeczeństwa, które zasłynie z międzyludzkiej solidarności i wzajemnego wspierania się w pomysłach gospodarczych, politycznych i społecznych. W tym kierunku idzie moje myślenie o tym co mam tutaj do zrobienia.
Tym co mieszkają na obczyźnie dedykuję kawałek tekstu Ewy Bem:
“Wracaj, złe drogi skracaj,
Wracaj, gdzie byś nie był Rzym czy Krym
Wracaj, wracaj tam gdzie się na ogół ma gigant kaca
Lecz przynajmniej jest się napić z kim
Wracaj, tam właśnie wracaj
Gdzie się całkiem nie opłaca żyć
Stary, stary pomyśl, że ojczyzna to kumpli paru
Z nimi znów szczęśliwy,
Z nimi znów szczęśliwy spróbuj być”

Motorem przez wieś.

Przyjechał do mnie motor. To znaczy sam go przywiozłem z Ursynowa.

Wyszła nam fajna roszada, bo znajomy przesiadał się ze swojej “iksjoty” (czyli z XJ 600) na większy motor sprzedając mi swoją  maszynę. Kilkanaście dni wcześniej  inni znajomi chcieli kupić naszego dziesięcioletniego Renault Espace.

Jako, że od ostatnich wyjazdowych problemów wiedzieliśmy, że nasza rodzinna Renówka potrzebowała nowego właściciela, który zna się na samochodach i zadba o naprawy, to chętnie zgodziliśmy się na transakcję.

 Teraz, przed wyjściem do pracy, ubieram się strój, który u napotkanych ludzi na przemian wzbudza skojarzenia z “Gwiezdnymi wojnami” lub z kosmitami i na dwóch kołach przemierzam trzydziestokilomentrową drogę do biura.

Gdzie Ci wspaniali mężczyźni?

Chłopcy tracą motywację do jakichkolwiek osiągnięć, a jako mężczyźni dryfują bez celu. Jedna trzecia młodych mężczyzn, mimo upływu lat od zakończenia nauki, wciąż mieszka z rodzicami. Ostatnie kilka dekad to niesamowita zmiana w tym jacy mężczyźni chodzą po Ziemi. Na pocieszenie powiem, że mowa tu o ziemi amerykańskiej, być może w Polsce jest nieco lepiej. Nasze zacofanie cywilizacyjne może dać nam chwilową przewagę.

Te informacje pochodzą z książki pt. Boys Adrift (Dryfujący chłopcy), którą napisał lekarz rodzinny i psycholog Leonard Sax. Statystyki, wyniki badań i przykłady pochodzą zza Oceanu, lecz obserwacje wydały mi się mocno intrygujące. Jestem przekonany, że wiele konstatacji Sax’a trochę mówi także o polskich chłopcach i facetach.

Blogowe dwieście słów tylko muśnie dwieście stron książki. Jeśli temat Was zainteresuje to kupcie Boys Adrift i przeczytajcie (po angielsku, bo nie ma polskiej wersji). Polecam!

Zamykając temat w kilku zdaniach, mamy pięć elementów krzyżujących życie facetom:
- gry wideo sprawiają, że zmagania z realnymi wyzwaniami codzienności są dla chłopaków nieatrakcyjne;
- zmiana metod nauczania, odchodzenie od praktycznego doświadczania świata na rzecz bardziej abstraktycjnej wiedzy zniechęciły wielu chłopców do szkoły;
- powszechne stosowanie leków na ADHD miewa nieodwracalny wpływ na ośrodki mózgowe odpowiedzialne za motywację;
- estrogeny środowiskowe z plastikowych butelek PET przenikając do organizmu chłopców mogą obniżać poziom testosteronu, czynić kości bardziej łamliwymi i rozwalać układ hormonalny;
- nastąpiła dewaluacja męskości i  radykalnie zmienił się wzorzec męskości.

Starość.

Czytelniku, ile masz lat? Jesteś stary? Jeśli nie, to pewno kiedyś będziesz staruszkiem, pewno dożyjesz.

Ostatnio przeszło przez moje życie dwóch starszych panów. Osiemdziesięcioletni Pan Sąsiad i 74 letni Znajomy. Niech przejdą także przez Twoje życie, podzielę się. Może się przyda.


Fotografia za artworksmagazine.com

Continue Reading »

Next Page »