Archiwa kategorii: Co ja tu robię?

Sąsiedzi.

Kochani, kilka razy czytałem poniższą notatkę prasową i cały czas jestem pod wrażeniem, że ta scenka rodzajowa pięknie oddaje nasze obyczaje. Przeczytajcie sami:

Około godz. 8.00 bielańscy mundurowi przejeżdżali obok bazaru Wolumen. Ich uwagę zwrócił mężczyzna, który oferował do sprzedaży aparat fotograficzny. Mężczyzna najpierw twierdził, że aparat dostał od brata, potem że znalazł, aż w końcu przyznał się, że okradł śpiącego sąsiada. Kryminalni z Bielan pojechali przeszukać mieszkanie, w którym przebywał Grzegorz K. Zastali tam dwóch mężczyzn, a na stole leżał twardy dysk. Mężczyźni zostali więc zatrzymani. Cała trójka trafiła do policyjnego aresztu przy ulicy Żeromskiego. Trzeci z mężczyzn został przesłuchany w charakterze świadka.
Policjanci z dochodzeniówki ustalili, że pokrzywdzony nad ranem wracał do domu z imprezy. Nie dał rady wejść do mieszkania i usnął pod drzwiami. 43-letni Grzegorz K. wyjął z jego torby aparat fotograficzny, a 58-letni Lucjan W. – twardy dysk. O kradzieży pokrzywdzonego poinformowali policjanci. Zatrzymanym mężczyznom grozi kara do 5 lat pozbawienia wolności.

(„Okazja czyni złodzieja” Kronika kryminalna, Nasza Gazeta Żoliborza i Bielan, 3 czerwca 2011)

Dla mnie to jest nadwiślańska klasyka!
Impreza jest to po, by wlać w siebie tyle alkoholu, ile zniesie organizm. Od gimnazjum, aż po dom seniora, rodacy spotykają się, by się schlać. Potem z ułańską fantazją, zataczający się biesiadnicy sami wracają do domu. „Przecież nie jestem dziecko, nikt mnie nie będzie odprowadzał!”
Kurażu w rozpalonej głowie więcej niż siły w rękach. Szukanie kluczy i walka z uciekającym we wszystkie kierunki zamkiem do drzwi, to wyzwanie na inną okazję. „W końcu bezpiecznie dotarłem i jestem prawie w domu.”
Bielańska tragifarsa pokazuje nas także w roli zaradnych facetów. „Kto rano wstaje temu Pan Bóg daje.” – Grzesiek i Lucek przekonali się o tym, jak nikt inny. Na spokojnej klatce schodowej uśpionego bloku, znaleźli całkiem przyzwoity aparat i jakieś urządzenie do komputera. Czasem nawet do steranego życiem biedaka uśmiechnie się los. To znaczy szczęściu trzeba pomagać. Znalezione fanty same do ręki nie wlazły. Były w torbie koło faceta, co spał pod drzwiami, pewnie sponiewierany po ostrym piciu. Szkoda człowieka, już prawie był w domu, a tu taki niefart. Głupi albo pechowiec, bo normalny człowiek to z takim cackiem nie śpi na schodach. No, może gdzieś na jakiś strzeżonych osiedlach, to można tak zaszaleć. Ale żeby na naszym blokowisku?! Przecież tu różni ludzie mieszkają, ktoś może okraść. Sam się prosił. Zresztą na biednego nie trafiło. A tak dobrze rozpoczęty dzień trzeba uczcić. Grzesiek skoczy na bazarek spieniężyć cyfrówkę, a Lucek zapuka do sąsiada spod czwórki, to pomyślą co zrobić z kawałkiem komputera, co był w torbie. Ten spod czwórki to porządny człowiek, zawsze można na niego liczyć. Wracając z Wolumenu Grzesiek kupi flaszkę i coś na ząb.

Drodzy Czytelnicy, jedziemy dalej. Czas na metapoziom. Czy zwróciliście uwagę na tytuł jaki redakcja nadała notatce? „Okazja czyni złodzieja”! Oczami wyobraźni widzę podobną notatkę w szwajcarskiej Luzerner Zeitung. Jaki tytuł? „Po wesołej imprezie gospodarz zapomniał zatroszczyć się o gościa w złej kondycji.” Lub może: „Bezduszność sąsiada. Zamiast pomóc okradł.”
Ale to nie Szwajcaria! U nas ludziska mają gorzej, bo taki przyzwoity Lucek wlecze się po schodach, aż „bęc” potyka się o cudzą torbę i okazja czyni go złodziejem!

Na zakończenie osobisty komentarz. Raz czy drugi usłyszałem, że jak mi się w tej Polsce tak nie podoba, to co tu jeszcze robię? Poza tym ktoś, kto był na wycieczkach w wielu krajach, na wielu kontynentach, widział i może to potwierdzić, że jesteśmy normalnym krajem, jak każdy inny, gdzie są rozmaici ludzie, więc zamiast ględzić powinienem zabrać się za coś pożytecznego.
Wyjaśniam, że tu, gdzie mieszkam jestem szczęśliwy i z radością znajduję dla siebie obszary sprawiania, by Polska była jeszcze lepszym miejscem do życia i rozwoju.
Ogromnym wyzwaniem jakie widzę w Polsce, jest to jak się do siebie odnosimy, jakim wzrokiem patrzymy na ludzi wokół siebie, jakich zasad uczymy dzieci, gdzie w wychowaniu widzimy kształtowanie charakteru, jak czynimy dobro i jak unikamy czynienia zła. Czy widzimy życie jako swoje osobiste zadanie, czy też wmawiamy sobie i swoim dzieciom, że każdy z nas jest tylko bezwolną skorupką miotaną na falach losu. Czy każdy z nas chce polubić samego siebie i swoje życie? Może wtedy zamiast uciekania ze swojego tu i teraz w pijacką nieświadomość, pozwolimy sobie cieszyć się z każdego dnia tutaj spędzonego. Ja widzę w tym klucz do swojego rozwoju, do rozwoju moich inicjatyw oraz do rozwoju naszego kraju.

Napisałem ten tekst o sąsiadach, bo myślę, że tak w roli pijanego imprezowicza, jak w roli sprytnego łapacza okazji odnajdujemy kawałek każdego z nas.  Morał z bajki taki, że jak się bawić to z głową, a jak łapać okazję to bez krzywdy drugiego człowieka.

Polacy do domu.

Pół roku temu dzieliłem się refleksjami po wizycie w angielskim biurze, które pustoszało w wyniku wysyłania pracy do Indii (http://blog.swojak.info/?p=136).
Teraz patrzę jak wyciekają tam polskie posady. Formalnie wszystko jest jak należy. Globalna korporacja dopasowuje swoje metody działania do warunków na rynku. Właściciele dogadali się z hinduskim partnerem, który daje nadzieję na poprawę rentowności spółki.
Coraz lepiej wyglądają słupki prezentowane co kwartał przez głównego księgowego, patrzącego zimnymi i zmęczonymi oczami w oko korporacyjnej kamery, która przekazuje obraz na tysiące pecetów korporacyjnej klasy niewolniczej. Z wymuszonym uśmiechem gratuluje nam poprawienia sytuacji sprzed roku. Rozmarzonym głosem dzieli się swoją wizją dalszego obcinania firmowych wydatków.

Film jak co kwartał jest na korporacyjnym portalu. Widz może wybrać jedną z niezliczonych wersji językowych tłumaczenia ścieżki dźwiękowej. Organizacja czerpie inspirację z mediów społecznościowych. Pod materiałem jest miejsce na komentarze. Sam prezenter zachęca do umieszczania tam wpisów i zadawania pytań.
Kilkadzesiąt tysięcy pracowników jest namolnie namawianych, aby oglądać ten korporacyjny spam. Wiem, że sporo osób to ogląda. Wymieniają uwagi na korytarzu lub przy maszynie do kawy. Pod prezentacją nigdy nie widziałem ani jednego wspisu.
Rzuciłem okiem na inny portal. Internetową gazetę, która parę lat temu podała neutralnie brzmiącą notatkę o zmianach w zarządzie firmy. Amerykańscy pracownicy uznali to miejsce za swój zakątek i do dzisiaj jest tam ponad trzy tysiące komentarzy. Ogromny ładunek frustracji.
Patrzyliśmy na te igrzyska ze współczującym dystansem.
Do czasu.
Ostatnio poszedłem rozliczyć rachunki w naszej warszawskiej księgowości. Zwykle pracujące tam kobiety były małomówne, siedziały skupione na swoich monitorach i masie wydruków. Teraz też było cicho i sztywno. Lecz ta sztywność była inna, dużo bardziej napięta niż dotychczas. Otóż okazało się, że w sąsiedniej salce konferencyjnej zagościło kilku Hindusów, którzy przez miesiąc lub dwa będą dokładnie opisywać stanowiska pracy księgowych. Po starej znajomości, koleżanki dogadały się z ludźmi z oddziałów w innych europejskich krajach. Usłyszały, że gdziekolwiek pojawili się ci goście, tam kończyło się zamknięciem lokalnej księgowości. Sądzą, iż będą pracować tylko tak długo, jak długo oliwkowi konsultanci będą potrzebować na zrozumienie specyfiki polskiej księgowości.
Pustoszeją też pokoje informatyków. Tutaj obyło się bez niezręcznych gości. Wystarczy, że ktoś odejdzie z pracy, a jego biurko już na zawsze zostaje puste. Praca jest przekazywana na Daleki Wschód. To znaczy mówienie o przekazaniu pracy jest nadużyciem językowym. Do zespołu dołącza zdalnie zatrudniony Hindus. Lecz pracę po polskim koledze przejmują pozostali Polacy, do czasu przyuczenia zagranicznych specjalistów. Im lepszym specjalistą był Polak, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że Hindus kiedykolwiek przejmie jego zadania. Czyli ludzie, którzy wciąż mają pracę w warszawskim biurze mają coraz więcej zadań. W konsekwencji spodziewam się dalszych odejść z pracy. Skoro to dołoży jeszcze więcej ciężarów na barki tych co zostali, to wróżę koniec polskiemu zespołowi. Przez przypadek byłem świadkiem wymiany zdań między polskim kierownikiem, a jego globalnym pryncypałem. Gdy Polak rwał włosy z głowy jęcząc, że Hindusi, których dostaje do zespołu są kiepscy, to jego przełożony  wykładał mu zalety zdobywania doświadczenia w zdalnym zarządzaniu personelem.
Tylko jak długo będzie potrzebny w Warszawie menadżer, którego zespół będzie już bardzo daleko stąd?
Doczekaliśmy się światowego życia w Polsce. Tylko czy to właśnie to mieliśmy na myśli podłączając nasz rynek do globalnej gospodarki? Czy firma, która mi płaci jest wyjątkiem na naszym rynku? Chyba nie. Ostatnio zatrudniliśmy człowieka (był chyba ostanim, który dołączył do polskiego zespołu) bezrobotnego po przeniesieniu do Indii jego poprzedniego miejsca pracy. Widziałem się też z koleżanką, która rekrutuje w Polsce zespół pracowników do wprowadzania danych. Przejmą pracę po Anglikach. Jeszcze nie widzą, że to tymczasowa robota, bo potem wszystko pójdzie do Indii.
Proszę Was o kreatywne propozycje jakie prace będą do wzięcia w Polsce przez wykształconych absolwentów za dziesięć lat? Pogdybajmy sobie. Nikt nie wie jak będzie wyglądała przyszłość, czyli możemy bezkarnie powróżyć z fusów. Serdecznie zapraszam do dyskusji.

Ona miała taki miły głos i nawet rozumiała mój silny polski akcent…

Telefoniczna konsultantka firmy Microsoft zapytała, czy siedzę przed komputerem i widzę na ekranie kod produktu. Gdy odparłem twierdząco, poprosiła, abym podyktował jej ten numer. Potem podała mi wygenerewane przez jej system cyfry i litery, które miałem wpisać w puste pola na ekranie mojego Windows XP. Na koniec poprosiła o potwierdzenie, czy Windows jest już aktywny i podziękowała za rozmowę.

Rozmawiałem z androidem. Czyli moją sprawę załatwił system komputerowy wykonujący pracę konsultanów. Kolejna bariera w zastąpieniu ludzi maszynami została skutecznie pokonana.
W pierwszej chwili byłem podekscytowany myślą, że systemy rozpoznawania głosu potrafią tak dobrze radzić sobie z automatyczną obsługą klienta. Szybko jednak przyszły mi na myśl słowa, jakie usłyszałem od Amerykanina, który tęsknił za dawnymi czasami, gdy w sektorze usług wszelkie sprawy załatwiał człowiek. Brakuje mu tego pierwiastka człowieczeństwa w automatycznych systemach, które panoszą się usługach. Rynek goni za obniżką kosztów. Amerykańskie centra obsługi klienta zostały, parę lat temu, przeniesione do tanich Indii. Niektórzy klienci narzekali na ten ruch, więc część kontaktów z klientami, Hindusi zlecili swoim amerykańskim pracownikom. Teraz kolejny krok. Hinduski konsultant zostaje zastąpiony automatem.

Dodam, że opisaną we wstępie rozmowę odbyłem z amerykańskim oddziałem firmy Microsoft. Przypuszczam, że w Polsce wciąż miałbym szansę porozmawiać z Ewą, Jackiem lub Beatą, którzy odebraliby mój telefon. Jednak 3 maja mieli oni, podobie jak ja, wolne. Do USA zadzwoniłem po nieudanej próbie aktywacji systemu przez Internet. Na ekranie dostałem polecenie wykonania telefonu pod polski numer. Skoro tam było nieczynne, to zadzwoniłem pod numer w Szwajcarii (licencję na system kupiłem w Helwecji). Jednak Szwajcarzy już wyłączyli linię, której używali do aktywacji Windows XP – pewno tam takie starocie mało kto instaluje. Pomyślałem, że w Stanach jest duży rynek, więc zapaleńców mojego pokroju trochę się zbierze i będzie tam dla nich konsultant. Intuicja dobrze mi podpowiedziała. No i dostałem to czego potrzebowałem, a mój stary komputer znów jest na chodzie.

Historia ma jeszcze jedno dno. Przyznam, że problem rozpoczął się kilkanaście miesięcy temu z powodu mojej niefrasobliwości. Podczas oglądania filmu o Gandhim przeszkadzał mi hałas komputerowych wiatraczków. Niewiele myśląc, wyłączyłem chłodzenie. Zostawiałem tylko słabiutkie wietrzenie procesora. W połowie filmu komputer był tak gorący, że się przepalił. Dość szybko i tanio znalazłem na Allegro podobną płytę główną z procesorem. Rupieć stał w kącie jak wyrzut sumienia, aż do wczorajszego, śnieżnego święta. Wtedy przywróciłem go do życia, przy pomocy androida, aktywującego Windows XP, gdzieś z za Oceanu, a może gdzieś z Indii, czy nawet z Europy? W końcu komputer mówiący z amerykańskim akcentem może stać w dowolnym ekonomicznie sensownym zakątku świata, wybranym przez Microsoft.

Czy zmierzamy do czasów, gdy tylko najznakomitsi, wybrani klienci, będą obsługiwani przez człowieka, a wszyscy pozostali będą rozmawiać z maszynami? Czy maszyny nabiorą takiej ogłady, że tylko najwprawniejsi rozmówcy zorientują się, że gadają z automatem? Jaki aspekt rozmowy z żywym konsultantem nigdy nie zostanie skutecznie zastąpiony przez komputer? Jakie są Wasze refleksje? Zapraszam do dyskusji.

Ustąp miejsca dziewczynce!

„Zwrócono nam uwagę, że wśród mówców była tylko jedna kobieta” – napisał organizator doskonałej konferencji TEDxWarsaw. W dalszych słowach tłumaczy jak do tak okropnej sytuacji doszło i jak można temu zaradzić w kolejnej edycji.

Piszę o tym, bo to już kolejny tekst podobnego typu, który wpada w moje ręce. Mamy jakieś działania, gdzie zgłasza się sporo facetów i kilka kobiet, a potem samokrytyka z powodu nadreprezentacji mężczyzn.

Proszę, podpowiedzcie, o co chodzi? W czym jest problem?
Jako uczestnik konferencji widziałem na sali masę kobiet. Wśród rozmów, które prowadziłem w przerwach, mniej więcej tyle samo odbyłem z paniami, co z panami. Dostęp do spotkania był niezależny od płci.

Jestem ojcem dwóch dorastających córek. Chcę, aby mogły rozwijać swoje pasje i realizować marzenia. Tego samego chcę dla naszego syna.

Widzę, że są obszary życia, gdzie kobiety i mężczyźni idą ramię w ramię. Na mój gust, do sprzedaży i marketingu garnie się chyba tyle dziewczyn co i chłopaków.
Lecz już do prac bliższych technice masowo gnają faceci. Niedawno zatrudniałem osobę do wdrażania systemów komputerowych. W zasadzie szukałem osoby do przyuczenia do zawodu, a z racji zupełnie męskiego zespołu, liczyłem na zatrudnienie kobiety. Zgłosiło się dziesięć razy więcej panów niż pań. Nie dałem za wygraną. Skontaktowałem się z każdą z kandydatek. Kiepsko nadawały się na to stanowisko. Do naszego zespołu dołączył kolejny facet.
Są też obszary, gdzie równie trudno jest trafić na mężczyznę przyzwoicie rokującego. Edukacja jest świetnym przykładem. Przy dramatycznej feminizacji szkół, zastawiam się ilu wychowawców spotka mój syn na swojej drodze do dorosłości.

Czy powyższe ma oznaczać, że za wszelką cenę zatrudnię kobietę przy komputerach tylko dlatego,  że jest kobietą, a ja zatrudniałem za dużo mężczyzn? Czy może oddam edukację syna w ręce kiepskiego belfra tylko dlatego, że jest facetem?

Mój zdrowy rozsądek burzy się na apel pt. usilnie szukamy kobiet do wygłoszenia wykładu na naszej konferencji, bo dotychczas gadało u nas za dużo mężczyzn.
Wiem, że w tym roku organizator zrobił wszystko co w jego mocy, aby każdy kandydat do występu był sprawiedliwie oceniowy, bez względu na płeć. O co chodzi tym co skarżą się na brak kobiet na scenie i dlaczego organizator się z tego tłumaczy?

Może lepiej ode mnie rozumiecie o co chodzi? Może jest coś ważnego co umyka mojej uwadze? Zachęcam do dyskusji.

Jestem z Europy, to widać, słychać i czuć.

„W tej wiosce, w referendum europejskim było najwięcej głosów przeciw Unii. Mówili, że im to do niczego nie potrzebne, a teraz patrz jakie sobie traktory pokupowali za unijne pieniądze” – usłyszałem w sobotę, gdy jeździłem po lubelszczyźnie z lokalnym przedsiębiorcą.
Natomiast przed paroma tygodniami inny znajomy pokazywał mi „Sugar” – darmowe oprogramowanie edukacyjne. Mało kto się interesuje tym pomysłem, bo można sfinansować drogi komercyjny software za pieniądze z Unii. Facet jest społecznikiem i stwierdził: „Dobrze, że kończą się te europejskie fundusze, bo ludzie przestali docenić to, że dasz organizacji tysiąc złotych, gdy Unia zapewnia im kasę na trzy lata działalności.”

(ilustracja: http://www.flickr.com/photos/planespotter/)

Wczoraj para studentów z Holandii zapytała mnie czy z mojego punktu widzenia wejście Polski do UE było dobrym posunięciem. Przyjechali do nas, bo piszą pracę na studiach europejskich. Podzielili się na grupki i spotykają z rozmaitymi  ludźmi.

Moja odpowiedź była podszyta subiektywnym zapatrzeniem na Szwajcarię. Stwierdziłem, że wolałbym współpracę z Unią w ramach umów bilateralnych i zachowanie poziomu autonomii jaki ma Szwajcaria. Szwajcaria zachowuje autonomię w najważniejszych dla siebie sprawach, przy jednoczesnym dostępie do europejskich rynków, na zasadach wynegocjowanych między Bernem, a Brukselą. Oczywiście Szwajcarzy czerpią umiejętności dbania o swoje interesy z kilkuset lat demokratycznej ciągłości. Co więcej kultura dialogu i budowania społecznego porozumienia w sprawach zasadniczych, stawia ich w dobrej pozycji negocjacyjnej na arenie międzynarodowej.
My się uczymy i krok po kroku zbieramy lekcje dbania o polskie interesy.  Myślę, że nim zdefiniowaliśmy jakiej przyszłości chcemy dla Polski, przystąpiliśmy do tworu, który miał stawać się federacją, a z czasem superpaństwem obejmującym Stary Kontynent.
Co więcej integracja gospodarcza Polski była gorąco popierana przez firmy, które szukały nowych rynków zbytu. Model biznesu popularny w ostatnich dekadach mówi, że szalona i ciągle rosnąca konsumpcja dóbr ma zbawienny wpływ na gospodarkę. Gdy konsumenci na Zachodzie zostali już wyposażeni we wszelkie niepotrzebne do szczęścia dobra i usługi, wzrok biznesowych wizjonerów padł na biedniejszą część kontynentu.
Pamiętam publiczną dyskusję w Szwajcarii na temat wypłacenia z helweckiej kasy sporej kwoty na wsparcie nowych członków Unii. Prostolinijni Szwajcarzy nazywali rzeczy po imieniu: trzeba było wpłacić do unijnej kasy opłatę ze otwarcie dla ich producentów nowych rynków. W ogólnokrajowym referendum alpejscy górale poparli ten pomysł, bo składka była niższa od spodziewanych korzyści z udziału w gospodarczej kolonizacji Biednego Wschodu.

Myślę, że członkostwo w Unii jest zagrożeniem dla naszej autonomii. W zasadzie nie przegrywamy żadnych polskich interesów na forum unijnym, bo zapomnieliśmy zdefiniować jakie mamy interesy. No może przesadzam, bo przecież czasem słyszę o tym co jest naszym celem. W naszym imieniu niektórzy politycy głoszą, że polskim interesem jest budowanie coraz wspanialszej Unii Europejskiej. W czasie kryzysu Niemcy są zajęci swoimi sprawami i kombinowaniem jak uratować skórę podczas tarapatów państw u nich zadłużonych; Francuzi mają podobne problemy; Włochom Unia zaprząta mniej uwagi niż Północna Afryka, a my na sztandary wpisujemy budowanie zjednoczonej Europy. Aha, poza tym są na liście też autostrady i stadiony. Tak jakby potomni mieli na karty historii wpisać powierzchnię naszego asfaltu i wynik meczu finałowego na Euro 2012.

Uważam, że zagrożenie jest doskonałym kandydatem, by się stać szansą. Nasza obecność w Unii jest ogromną szansą. Jako mieszkańcy gospodarczej kolonii globalnych korporacji mamy dostęp do technologii, umiejętności i rynków innych państw. Szansa leży w wyrwaniu się z roli skłóconych niewolników i nawiązaniu lokalnej współpracy przy tworzeniu przedsięwzięć, które zawojują Europę. Unijna polityczna poprawność wymagała dania nam podobnego dostępu do rynków innych państw europejskich, jakie im dano u nas. Była to, i cały czas jest, czysta teoria. Coraz obficiej korzystamy z dóbr i usług dostarczanych przez zagraniczne firmy. Ekspansja naszych produktów i usług jest nieproporcjonalnie mniejsza. Możemy to zmienić. Oczywiście wykorzystanie tej szansy wymaga trzeźwej oceny naszej sytuacji i wypracowania naszych narodowych celów strategicznych. W moim przeświadczeniu „wypracowanie” oznacza dyskusję, wysłuchiwanie romzitych opinii i zbudowania porozumienia wokół wspólnych celów. Wymaga też świadomości gospodarczej polityków. Kiedyś usłyszałem, jak ważny polski polityk na pytanie o sprawy gospodarcze, odparł, że w Polsce są sprawy ważniejsze niż gospodarka. Uważam, że jest to facet o głębokim wyczuleniu na sprawy Polski, lecz ważne, by troszczył się o nasze interesy gospodarcze.

Tak też holenderscy studenci zainspirowali mnie do przemyśleń jak – postrzegane przeze mnie – europejskie zagrożenia przekuć w szanse dla Polski.

Może macie ochotę podzielić się swoimi ocenami tego czym dla Polski jest Unia? Jak oceniacie to, że weszliśmy do Unii?

Pieskie życie we własnym domu.

„W świecie w którym wszystko jest tylko na sprzedaż jeśli nie masz pieniędzy to nic nie masz. Jesteś kundlem wyrzuconym z domu.” – napisał Kartek w komentarzu do mojego ubiegłotygodniowego tekstu o materialnej przepaści między bogatymi i biednymi Polakami.

Smutno mi, jeśli ktoś obok mnie czuje się jak „kundel wyrzucony z domu”.
Co możemy zrobić, aby temu zaradzić? Ściślej, co konkretnego ja mogę zrobić, aby każdy czuł się wśród innych Polaków jak u siebie w domu?

Przede wszystkim uważam, że problem leży gdzie indziej niż pieniądze.
Czy jeśli każdemu napotkanemu nieszczęśnikowi dam 30 tysięcy złotych to już będzie zadowolony z życia? A może to od 100 tysięcy zaczyna się szczęście? Może się okazać, że chodzi o milion złotych? A może nie tędy droga?

Wczoraj, na spotkaniu z zaprzyjaźnionym małżeństwem, podjęliśmy ten temat. Oni też widzą tą drugą, smutną i żyjącą w poczuciu beznadziejności część naszego narodu. Rozmawialiśmy kilkadziesiąt minut kombinując co takiego możemy zrobić?
Rozstaliśmy się bez konkretnej odpowiedzi.
Lecz została mi w głowie myśl, która padła podczas rozmowy. Szansą Polaków byłaby wzajemna współpraca, współdziałanie i wspólne inicjatywy. Nastawienie na indywidualny sukces i rywalizację z otoczeniem może prowadzić nas w niebezpiecznym kierunku. Co by było, gdyby Polska była wzorem pracy z innymi i wspólnych osiągnięć? Czy wtedy zniknęłoby poczucie „kundla wyrzuconego z domu”?

Blogosfera, czyli spacerkiem wśród znajomych.

Ostatnio zastanawiałem się nad znaczeniem blogosfery. Nad takim zupełnie prywatnym znaczeniem, czyli czym blogi są dla mnie?

Przede wszystkim jest to moje okno na świat. Kiedyś, gdy znajoma dowiedziała się, że prawie nie korzystam z telewizji, radia, ani gazet, drążyła temat pytając skąd czerpię informacje, co czytam? Odparłem, że między innymi czytam sporo blogów. Faktycznie blogosfera to moje mass media. Codziennie zaglądam do swojego Google Readera, gdzie mam ze dwa tuziny blogów. W jednym miejscu mam podsumowanie wpisów moich ulubionych autorów.

To taka namiastka spaceru przez centrum miasteczka, gdzie wszyscy się znają. Posłucham co słychać u tego faceta co kieruje sporą firmą; dowiem się jaka książka zrobiła wrażenie na mojej znajomej; zatrzymam się przy prawniku, który wyłapuje absurdy przepisów w naszej społeczności; wpadnie mi też w ucho kilka tematów ze świata i gospodarki itd.

Poza tym blogowanie jest w moim odczuciu bardzo ciekawą ewolucją tradycji pamiętnikarskiej. Dla mnie blog jest mniej osobisty niż dziennik, moje wpisy są z definicji przeznaczone dla publiczności, dając radość wymiany zdań z tymi, którzy czytają.
Co więcej, publikacja (zwykle pośmiertna) dzienników, robi z nich wydarzenie masowe, bo zapiski mają trafić do tysięcy czytelników.
Zaś moje ulubione blogi są kameralne, pod wpisami pojawia się kilka komentarzy. Czytelników jest pewno kilkudziesięciu, lub może kilkuset. Daje to niepowatarzalne poczucie bezpośredniego kontaktu z autorem.

Najpierw odkryłem radość blogowania, a dopiero po jakimś czasie zauważyłem istnienie blogosfery. Zaczynając prowadzenie bloga, zależało mi na uchwyceniu wrażeń związanych z dużą zmianą w moim życiu: przeprowadzką ze Szwajcarii do Polski. Niektórzy czytelnicy komentujący moje teksty, podawali adresy stron ze swoimi zapiskami. Zaglądałem na ich witryny, tam znajdowałem ich ulubione strony. W ten sposób wciąż odkrywam nowe blogi, które są dla mnie inspiracją lub źródłem informacji. Pod tekstami, które mnie szczególnie zainteresowały, pozostawiam swoje komentarze. Potem ktoś zagląda na mój blog, pisząc, że zrobił to pod wpływem mojej wypowiedzi u innego autora.

Blogi mają wpływ na moje postrzeganie świata; na książki, po które sięgam i na oglądane filmy. Wiem, że także moje teksty wywierają wpływ na innych.

Patrząc na rozwój internetu, i na przyniesione przez niego rozmaite narzędzia, to stawiam na bloga jako wynalazek, który darzę największą sympatią. E-mail, strony www, fora dyskusyjne, bankowość elektroniczna, sieci społecznościowe, komunikatory tekstowe i głosowe, serwery z filmami, wirtualne sklepy, aukcje, radio internetowe, chmura z dokumentami i zdjęciami to wszystko jest dostępne z mojego komputera. Lecz jeśli, któregoś dnia zabraknie prądu (lub coś innego na dobre odetnie mnie od internetu) to chyba mocno zatęsknię tylko za tymi kilkunastoma blogami z mojej blogosfery.
Cała reszta ma, moim zdaniem, zupełnie przyzwoite odpowiedniki poza internetem.

Jakie są Twoje refleksje na temat blogowania? Jak korzystasz z blogów? Co Ci daje blogosfera?

Demokracja biega na golasa.

Realne jest to co widzimy w najbliższym otoczeniu, to czego sami doświadczamy. Gdy czujemy rozdźwięk między osobistymi obserwacjami, a tym jaki obraz trafia do nas przez media, to radzę postawić na to pierwsze.
Pamiętacie baśń Andersena o nowych szatach cesarza? Masa ludzi uwierzyła, że ich władca przechadza się w pięknym stroju. Żadnych szat nie było. Na szczęście jakiś dzieciak, który miał dystans to tej zwariowanej manipulacji, powiedział co widzi, a w zasadzie czego nie widzi. Inni widzowie dali sobie wcisnąć nieistniejącą tkaninę. Za manipulacją stało dwóch spryciarzy potrafiących zagrać na ludzkich słabościach.

Królowie odeszli u nas na karty historii. Mamy demokrację. Lecz podzielam opinię, że także dzisiaj ktoś tka jej nowe nierealne szaty.
Może to media? Albo nauki społeczne? Eksperci? Instytucje opiniotwórcze? Marketingowcy? Zdaniem Anny Gizy oni wszyscy należą tej symbolicznej gałęzi przemysłu, która zamiast działać w naszym najlepszym interesie, robi coś dokładnie przeciwnego. Np. „marketingowcy mają nas przekonać do zakupu niestniejących szat”. Ten symboliczny przemysł celowo buduje dystans między naszym realnym doświadczeniem, a obrazem kreowanym na potrzeby oniemiałych gapiów.

Słowa Anny Gizy zainspirowały mnie do przemyśleń. Zachęcam Was do wysłuchania tego dwudziestominutowego wystąpienia, gdzie profesor Giza dzieliła się swoimi refleksjami o współczesnej demokracji (link).

Materiał pochodzi z TEDxWarsaw 2010. Przy okazji informuję, że 24 marca odbędzie się kolejna konferencja TEDxWarsaw. Wciąż można uzyskać zaproszenie do osobistego udziału. W dniu konferencji wszystkie wykłady będą też transmitowane w internecie. Szczegóły na http://tedxwarsaw.com/ .

Z przyjemnością poczytam o Waszych refleksjach i inspiracjach na temat demokracji biegającej na golasa, jeśli zechcecie się nimi tutaj podzielić.

Kiedyś były komórki na dekadę…

Ubiegłej zimy przestaliśmy korzystać z telefonu komórkowego, który żona kupiła prawie dziesięć lat wcześniej. Urządzenie działało jak należy, nawet bateria trzymała przyzwoicie. Pozbyliśmy się tej komórki niechcący, podczas zabawy na śniegu, gdy telefon wypadł z kieszeni kurtki i zginął.

Takie historie wydają się niewiarygodne tym, którzy używają najnowszych modeli sprzedawanych za niebotyczne ceny. Po dwóch latach wiele komórek zaczyna szwankować. Trzeci rok to czas, gdy wymiana urządzenia wydaje się koniecznością.

Czyżby jakość i trwałość straciły na znaczeniu?

Gdy przed dwoma tygodniami dyskutowaliśmy tu o świadomej konsumpcji, to jednym z wątków była żywotność produktów. Kilka osób odniosło wrażenie, że producenci celowo przekazują w ich ręce sprzęty psujące się po kilku latach. Ma to wymusić kolejny zakup i zapewnić firmie systematyczny dopływ pieniądza.

Gdy podzieliłem się tymi opiniami z G., moim angielskim przyjacielem, on pokiwał głową i opowiedział mi historię ze swojej pracy. Jako  inżynier pracował w firmie S. produkującej telefony komórkowe. Gdy realizował pierwsze projekty to cykl życia urządzenia był przewidziany na dziesięć lat. Czyli użytkownik mógł liczyć na usunięcie problemów związanych z wadliwym egzemplarzem wiele lat po zakupie. Także jakość użytych komponentów i sposób ich montażu miały zapewnić wieloletnie użytkowanie.
Potem projekt po projekcie skracano cykl. Przy ostatnim telefonie, w którego wykonaniu uczestniczył G. cykl życia wynosił trzy lata. Sporą część tego okresu pochłaniały prace projektowe. Zatem od momentu pojawienie się telefonu w ofercie operatorów mijało maksymalnie kilkanaście miesięcy i kończyło się wsparcie techniczne. Szefowie G. oznajmili, że nawet gdyby ten model miał jakiś zasadniczy feler w oprogramowaniu lub sprzęcie, to zamiast szukać rozwiązania, firma da użytkownikom nowszy model, który wejdzie na półki kilka miesięcy po poprzedniku.
Oczywiście opisywana firma ma w swoich hasłach reklamowych dbanie o środowisko naturalne, utylizację odpadów i głęboką troskę o przyszłość naszej planety, której zasoby naturalne są gwałtownie wyczerpywane, a ludzi otaczają góry elektronicznych śmieci.

Czy Waszym zdaniem jest na rynku miejsce na producenta telefonów, który powie, że jego produkt przetrwa dekadę?

Adaptacja.

Przyjeżdzasz do Polski. Byłeś za granicą przez tydzień, lub może kilka tygodni. Jak wyglądają początki ponownego pobytu w kraju?

Pewno rozmaicie odczuwamy kontakt z naszym krajem.

Kilka lat temu znajomy powiedział, że jak opuszcza Polskę to opada z niego napięcie pędzenia w wyścigu i agresji. Miał je tylko w naszym kraju. Inny znajomy, zupełnie niedawno mówił, że ilekroć tu wraca to ma kłopoty z adaptacją.

Pomyślałem o moich ostatnich powrotach i myślę, że nie odczuwam trudności adaptacyjnych. Zwykle przybywam samolotem. Lądowanie na Okęciu, taksówka do domu, pogaduszki z kierowcą na dowolny wybrany przez niego temat, a w domu niezwłoczne rozpakowanie walizki. Lubię ją opróżnić z wszystkiego co było na wyjeździe i symbolicznie zamknąć podróż.

Potem żyję w tutejszym układzie współrzędnych. Jestem częścią tej rzeczywistości.

Jeśli macie ochotę, to podzielcie się tym co Wam utrudnia adaptację do polskiej codzienności po powrocie z krótkiego wyjazdu.