Archive for the 'Co ja tu robię?' Category

Na wycieczce u Wielkiego Brata.

Jestem w Stanach Zjednoczonych.
Byłem tu też w maju, gdy w Nowym Jorku przesiadałem się do San Juan.
Wtedy uderzyło mnie długie czekanie na odprawę paszportową. Kilkadziesiąt minut stania w kolejce, aby dostać pieczątkę było czymś wyjątkowym. Chiny, Rosja czy Indie dużo szybciej wpuszczały mnie na swoją dobrze chronioną ziemię.
Jednak odczekałem co miałem odczekać. Na uszach miałem słuchawki z audiobookiem, czy z muzyką i dzięki temu szybciej zleciała kolejka do urzędnika.
Teraz, po czterech miesiącach, było ostrzej. Jeszcze na pokładzie samolotu lądującego w Charlotte zapowiedziano, że w poczekalni paszportowej zabrania się korzystania z telefonów, czyli jak zrozumiałem chodziło o rozmowy przez komórkę. Dołączając do olbrzymiej kolejki, wyciszyłem komórkę i planowałem wysłać smsa, a potem sprawdzać emaile. Po chwili usłyszałem głos policjatki, która srogo ogłaszała, że telefony mają być wyłączone. Jeden ze współpasażerów miał przy uchu telefon i dość szybko dostał za to reprymendę. Po chwili policjatka, przechadzająca się wzdłuż kolejki, wyłowiła człowieka ze słuchawkami na uszach. Tym razem wykrzyknęła, że wszelkie urządzenia elektroniczne mają być wyłączone. Dałem spokój moim pomysłom pisania smsów. Wyłączyłem obydwie komórki, które miałem w kieszeniach.
Okropne powitanie w Stanach Zjednoczonych osłodził wesołkowaty celnik, który znał kilka zwrotów po polsku. W serdecznej atmosferze wprowadzlił do bazy danych wielkiego brata linie papilarne moich dziesięciu palców i cyfrową fotografię mojej twarzy.
Potem, gdy siedziałem w poczekalni lotniska przed kolejnym lotem, zauważyłem nową formułę komunikatów wzywających do obywatelskiej czujności. Antyterrorystyczna histeria już mnie przyzwyczaiła do lotniskowych komunikatów nawołujących do czujności względem wszelkiego bagażu. Teraz doszło jeszcze wezwanie do powiadomienia władz o wszelkim nietypowym zachowaniu innych obywateli.
Wygląda jakby Ameryka była w stanie wojny i stosowała wyjątkowe metody ochrony przed wrogiem. W sumie to nie wiem czy oni sami jeszcze kojarzą z kim walczą, albo kto nastaje na ich dobrobyt i demokrację. Lecz to już amerykańskie zmartwienie.
Na mój gust Amerykanie popadają w coraz większe poczucie zagrożenia. Jako, że strach ma wielkie oczy, to być może w końcu faktycznie zobaczą coś przerażającego i zareagują z siłą niewspółmierną do sytuacji.

Bankierzenie petenta.

Dzisiaj poględzę o tym dlaczego uważam, że poziom obsługi klienta w bankach jest fatalny, a na rynku jest wybór między kiepskim i gorszym.
Temat został zainicjowany przez to, że kupiliśmy dom. Jedną dziesiątą ceny wyłożyliśmy z własnej kieszeni, reszta to kredyt. Czyli w zasadzie przeszliśmy na wynajmowanie domu od banku.
Mając doświadczenie tuzina lat w marketingu i obsłudze klienta, patrzę na instytucje finansowe pod kątem tego jak i jakie produkty sprzedają.

Załatwiając kredyt hipoteczny odnosiłem wrażenie, że byłem jedyną osobą w tym systemie, która postrzegała sytuację jak zakup produktu bankowego. Moje przekonanie, że jestem klientem zakupującym drogi produkt, było skutecznie torpedowane działaniami przedstawicieli banków. Słowami i czynami pokazywali, że ich instytucja przejawia wspaniałomyślny gest udzielenia mi dóbr, o które zabiegam i nie ma tu sprzedaży, ani budowania relacji. Na przykład moje pytania o motywy takich lub innych zapisów w projekcie umowy słyszałem, że skoro bank „udziela” kredytu to się zabezpiecza. Słowa „udziela”, „przyznaje” lub „pozytywnie rozpatruje” były często na ustach pracowników banków. Nie słyszałem natomiast o „proponuje”, „nawiązuje współpracę”, ani nawet „sprzedaje”.
Wróćmy do fundamentów tej sytuacji.
Umawiając się z bankiem na kredyt, powiedzmy 500 tysięcy złotych (to przykładowe dane, inne niż w moim przypadku), oddamy w ciągu trzydziestu lat mniej więcej 966 tysięcy złotych. Czyli upraszczając, te 466 tysięcy różnicy między tym co pożyczamy, a tym co oddamy, idzie do banku. Czyli średnio, co roku, przykładowy klient dokłada ponad 15 tysięcy złotych do budżetu swojego nowego usługodawcy, czyli banku. To dość przyzwoita rekompensata dla firmy oferującej kredyty. Oczywiście bank, jak każda firma, ponosi koszty, aby dostarczyć swój produkt. Nawet dając wiarę temu, że bank poniósł spore koszty pozyskując dla klienta pieniądze, to jednak spora kwota z tzw. odsetek jest czystym strumieniem dochodów pozwalających na utrzymanie organizacji i zatrudnionych w niej osób.
Zatem skoro będę zapewniał zatrudnienie i rozwój w wybranym przeze mnie banku, to spodziewałem się dużego zadowolenia, graniczącego z wdzięcznością, ze strony pracowników, którzy doprowadzą do szczęśliwego końca dostarczenie mi kredytu hipotecznego.
Jako minimum zakładałem zbudowanie partnerskiej relacji między mną i bankiem. Pierwsze kontakty z bankami zburzyły mój paradygmat. Byłem petentem. Relacja rozpoczynała się od lodowatego prysznica, który miał spłukać z mojej głowy słowo partner i ubrać mnie w koszulkę z napisem „petent”. Dotyczy to tak samo Deutsche Bank, DnB Nord, Nordea, mBank  czy Millennium, z którymi miałem do czynienia. Sądzę, że to samo mógłbym powiedzieć o tuzinie innych banków, gdyby los rzucił mnie w ich progi.
Mimo ogromnych kosztów, interesował mnie zakup kredytu hipotecznego. Czyli produkt wydał mi się atrakcyjny. Ostatecznie kupiłem kredyt w DnB Nord. Bynajmniej nie polecam tego banku. Jest równie kiepski jak konkurenci.
Oszczędzę Wam szczegółów potwierdzania kilka razy tych samych danych i dostarczania masy zaświadczeń na etapie składania wniosku kredytowego. Ten kto to przeszedł, wie o czym piszę. Ten kto tego uniknął, niewiele mądrości wyniesie ze znajomości tych uciążliwych procedur.
Powiem tylko, że poziom bezosobowo-biurokratycznego podejścia DnB Nord i brak liczenia się z potrzebami klienta był dla mnie szokujący. Schematyczność i brak zdrowego rozsądku w Deutsche Bank zniechęciła mnie do dalszych rozmów z tą firmą. Zaś bałagan i niefrasobliwość w mBanku dały mi do myślenia nad ograniczeniem usług, z których u nich korzystam.

Kiedyś czytałem, felieton ekonomisty, który mówił o potrzebie stworzenia w Polsce warunków do rozwoju nowego modelu usług finansowych. Miał na myśli rodzaj kas, gdzie jedni deponują środki, a inni korzystają z kredytów popartych lokalnymi więziami, zaufaniem, wzajemnym szacunkiem i wspólnym interesem wszystkich zaangażowanych osób. Zaczynam rozumieć co miał na myśli.

Afrykańska kolebka.

Południwoafrykańscy naukowcy są przekonani, że ludzkość ma swoje początki w okolicach Johannesburga. Co do tych początków to zdania są podzielone, ale bez wątpienia cały współczesny świat jest w RPA.
Na niedzielnym pchlim targu, w johannesrburskiej dzielnicy Rosebank, jest jak na południowoafrykańskiej fladze, spotyka się barwny koloryt kultur i ras.

Jak przystało na miłośnika starych zegarków, znalazłem stragan z czasomierzami. Wypatrzyłem czterdziestoletnią, szwajcarską, pozłacaną Cymę. Właściciel kolekcji to Egipcjanin, który skupuje zegarki na kilogramy. Obok chińskich podróbek miał oryginalne stare zegarki. Właśnie skończył przykręcać dekiel Cymy po prezentacji mechanizmu, gdy przyszedł elegancki Żyd w jarmułce i serdecznie przywitał Araba. Zrobiło się z nas dość ciekawe konsylium znawców zegarków: Arab, Żyd i Polak. Pogadaliśmy o szwajcarskich zegarmistrzach, a potem starozakonny pochwalił się  japońskim Seiko 5, którego niegdyś kupił u naszego wspólnego znajomego z Egiptu.

Kilkanaście metrów od nas, rdzenni Afrykańczycy pomalowani i wymyślnie przebrani tańczyli swój taniec.

Po przeciwnej stronie placu sprzedawca zachwalał polskie kiełbasy, a kawałek dalej był spory stół z naszymi wypiekami, z makowcem na czele. Sprzedawała je melancholijna Bułgarka zatrudniona przez polską ciastkarkę.

Nieco dalej na kilku stołach, i w przenośnych biblioteczkach, spoczywały dziesiątki książek, głównie o samorozwoju, psychologii i duchowości.
Tydzień wcześniej kupiłem tu kilka pozycji. Sprzedawał je czarnoskóry intelektualista w gustownie skrojonym garniturze. Ucięliśmy sobie pogawędkę. Dopytał mnie o nazwę naszej podwarszawskiej wioski, potem wymieniliśmy opowieści o znaczeniu naszych imion.

Imiona chyba są ważnym tematem dla Afrykańczyków. Kilkakrotnie zdarzyło mi się odpowiadać na pytanie o znaczenie mojego imienia.

W niedzielny wieczór odwiedziłem znajomych Chorwatów, którzy z Belgradu uciekli do Johannesburga, gdy z dnia na dzień okazali się wrogami okolicznych Serbów.
Wkrótce na podwieczorku pojawili się ich przyjaciele. Także emigranci z Jugosławii. Myślałem, że to Chorwaci. Myliłem się, to byli Serbowie, jak niemal wszyscy znajomi gospodarzy.

Południowa Afryka połączyła Żydów z Arabami, Chorwatów z Serbami i odrobinę połączyła czarnych z białymi.
Lecz to ostatnia para ma dość luźne związki. W biurze słyszałem jak murzyńska koleżanka powiedziała białemu koledze, że on to ma szanse na stanowisko dyrektorskie, bo ma właściwy kolor skóry.
Zresztą, jak gorzko żartował dziennikarz opisujący mistrzostwa piłkarskie: patrząc na trybuny możnaby pomyśleć, że RPA to głównie biali i hindusi. W rzeczywistości wynikało to z faktu, że na bilety było stać tych, którzy mają pieniądze, a u czarnych z pieniędzmi krucho.
Aż dziwne, że miejsca nie były wypełnione Chińczykami. Kilka osób związanych z afrykańskimi kopalniami mówiło mi, że pieniądze azjatyckiego tygrysa coraz bardziej dominują wydobycie wszelkich minerałów na całym kontynencie.

Podczas pobytu w RPA zwiedzałem muzeum nazwane kolebką ludzkości. Były tam szczątki sprzed dwóch milionów lat, które być może należały do przodków człowieka.
Tutejsi naukowcy twierdzą, że praczłowiek przewędrował Afrykę i poszedł dalej docierając wszędzie, łącznie z Azją.
Jeśli to prawda to historia zatoczyła koło. Bo teraz Azjaci odbywają wędrówkę do Afryki coraz wyraźniej opanowując wiele tutejszych regionów mniej lub bardziej dyskretnym zdobywaniem wpływu na tutejsze firmy i rządy.

Słońce afryki.

Podczas realizacji południowoafrykańskiego projektu mieszkam w jednym z najspokojniejszych miejsc w Johannesburgu. Jednak poranny jogging przypomina bieg wzdłuż ściany zakładu karnego. Ulica po ulicy widzę wysokie mury, a nad nimi druty kolczaste i przewody pod prądem. Na płotach tabliczki z informacją, że ochronę zapewnia firma, która na problemy odpowiada ogniem.

Zresztą także z zaleceń jakie rządy krajów zachodnich publikują dla swoich obywateli wynika, że w RPA jest niebezpiecznie. Brutalne napady, włamania do domów, gwałty, porwania, niejednokrotnie kończą się śmiertelnie.

Oczywiście, jak wszędzie na świecie, większość przestępstw ma miejsce w osiedlach czy dzielnicach o złej sławie. W RPA są nimi dzielnice, a zasadzie całe miasteczka, na obrzeżach miast. Tam nie ma niemal niczego. W domkach wielkości jednego dużego pokoju żyją biedne murzyńskie rodziny. W takich osadach i ich sąsiedztwie bywa nieprzyjemnie.

Znajomy opowiadał, że jego krewni mieszkali na farmie w okolicach Johannesburga. Piękna okolica, dobrze im się żyło. Aż kilka lat temu kilometr od nich powstało osiedle takich jednoizbowych domków. Zaczęły się nagminne kradzieże. Z budynków gospodarczych rozkradano narzędzia. Mieli też włamania do domu. Odechciało im się mieszkania na wsi. Sprzedali dom. Nowy właściciel też długo tam nie pomieszkał. Podczas włamania został postrzelony przez złodziei. Przeżył, ale opuścił malowniczą farmę, która ponoć teraz stoi opustoszała.

Tutejsza rzeczywistość jest bez porównania groźniejsza niż w Polsce. Wzmożona ostrożność i ocieranie się o niebezpieczeństwo jest tu codziennością. Podczas dzisiejszego lunchu koleżanka odebrała telefon z domu z informacją, że przed chwilą w ich dzielnicy była strzelanina i zginęły trzy osoby. Inni zapytali jaka to okolica i przeszli nad tym do porządku dziennego. Taka wiadomość zabrzmiała dla nich powszednio.

foto: Clive Mason

Jednocześnie pouczające i budujące jest dla mnie to, że mieszkańcy miasta są dla siebie serdeczni. Ci których  tu spotykam uśmiechają się nieporównanie częściej niż w Polsce. Jazda samochodem jest w miarę spokojna, ludzie pomagają włączyć się do ruchu, zjeżdżają na boczny pas, aby ułatwić wyprzedzanie itp. W sklepach, restauracjach, na bazarze czy w kinie zagadywały do mnie obce osoby. Sprzedawcy zwykle zamieniali ze mną kilka zdań. To takie drobiazgi, które po zsumowaniu sprawiają, że tutejsze życie jest dość spokojne i harmonijne.

Myślę, że gdybyśmy w Polsce rozluźnili nasze spięte twarze, uśmiechali się do obcych, z którymi skrzyżowaliśmy wzrok i z życzliwością spoglądali na przygodnie napotkanych ludzi to sprawilibyśmy, że nasza codzienność byłaby dużo lżejsza i spokojniejsza.

Moim zdaniem dobre relacje międzyludzkie są możliwe wszędzie. Bez względu na poziom zagrożenia, trudności w zdobyciu środków do życia, czy różnice między klasami społecznymi.

Dobre życie zaczyna się od środka, od woli każdego z nas, aby sprawić, że codziennie zaświeci słońce, nawet w bardzo zachmurzony dzień.

Wracaj, tam właśnie wracaj.

Po przeczytaniu komentarza Sylwi biorę się za moje rocznice emigracyjne.
Prawie dziesięć lat temu pakowaliśmy nasz dobytek, w malutkim mieszkaniu na warszawskich Bielanach, aby zamieszkać w Alpach. Jak to powiedział jeden z komentatorów mojego bloga, wyjeżdżałem wtedy w podróż służbową do Szwajcarii.
Pamięć zatarła ostrość tamtych wspomnień. Wiem, że przeprowadzka była wielką i dość przyjemną przygodą. Wynajęliśmy piękne mieszkanie z widokiem na góry, zakupiliśmy sporo sprzętów, łącznie z dużym rodzinnym autem, i rozpoczęliśmy oswajanie Helwecji.

Gdy opadło zawirowanie przeprowadzkowe, podobnie jak wspomniana we wstępie Sylwia, poczułem ciężar oddalenia od Polski. Wpadłem w sytuację lodowato-wybuchową. Zimni, jak okoliczne skały, sąsiedzi utrudniali nam nawiązanie więzi z lokalną społecznością, a w pracy u krewkiego Włocha rozstrajały mnie jego histeryczne krzyki.
Nasza pierwsza wizyta w Polsce miał miejsce w Boże Narodzenie. Jechaliśmy z doświadczeniem kilkumiesięcznego, trudnego mieszkania wśród Szwajcarów. Podróż powrotna po Nowym Roku była smutna i łzawa. Miałem wtedy ochotę zamknąć ten emigracyjny rozdział i wrócić do Polski. Postanowiliśmy zostać jeszcze jakiś czas, żeby spłacić pożyczkę na zagospodarowanie, bo z polskiej pensji spłata byłaby trudniejsza.
Dobrnęliśmy do pierwszej rocznicy pomieszkiwania w Alpach. Wtedy nastąpił cud. Sąsiedzi ogłosili, że pozytywnie przeszliśmy okres kwarantanny, gdy byliśmy obserwowani i sprawdzani. Kolejne siedem lat było usłanych serdecznościami, wzajemną pomocą, sympatią i przyjaźniami. Nasz wyjazd ze Szwajcarii w 2008 był trudnym momentem. Zostawialiśmy na miejscu sporo bliskich nam osób.
Teraz, po dwóch latach, widzę jak nasza rodzina ponownie wrosła w polskie życie. Każdy z nas na swój unikalny sposób. Żona odnalazła swe zawodowe powołanie i robi masę dobrej roboty jako pedagog szkolny. Wygląda na to, że w Polsce zdecydowanie potrzeba zatrudniać w szkołach dodatkowych pedagogów, bo większość personelu szkolnego to nauczyciele przedmiotowi bez solidnego przygotowania do pracy z uczniami. To przeciwieństwo Szwajcarii, gdzie nauczyciele mieli głównie umiejętności pedagogiczne, a ich erudycja była drugoplanowa.
Starsza córka zbliża się do końca gimnazjum. Doskonale radzi sobie w szkole. Wygląda na to, że coraz bardziej docenia uroki polskiego życia. Młodsza córka, ze swoim otwarciem na innych, chyba bardziej pasuje do polskiego otoczenia, gdyż szwajcarska konwencjonalność mogłaby by być dla niej trudna. Zaś syn, po wakacjach rozpoczyna naukę w podstawówce. Paradoksalnie, to on najczęściej wspomina, że Szwajcaria to nasz kraj, w którym chciałby zamieszkać.
Ja dostałem od swojego szwajcarskiego pracodawcy możliwość “miękkiego lądowania” w Polsce. Jako konsultant pracuję przy jego międzynarodowych projektach. Daje mi to stabilność finansową. Mogę wykorzystać czas na odnalezienie w polskiej rzeczywistości miejsc, gdzie moje specyficzne umiejętności będą szczególnie przydatne. Od miesięcy, misternie buduję plan, którego realizacja może wypełnić przyszłe lata lub dekady. Jestem podbudowany tym jak ciekawie kraj zmienił się pod moją nieobecność. “Apetyt rośnie w miarę jedzenia”, więc chcę dalszego rozwoju i budowania tutaj takiego społeczeństwa, które zasłynie z międzyludzkiej solidarności i wzajemnego wspierania się w pomysłach gospodarczych, politycznych i społecznych. W tym kierunku idzie moje myślenie o tym co mam tutaj do zrobienia.
Tym co mieszkają na obczyźnie dedykuję kawałek tekstu Ewy Bem:
“Wracaj, złe drogi skracaj,
Wracaj, gdzie byś nie był Rzym czy Krym
Wracaj, wracaj tam gdzie się na ogół ma gigant kaca
Lecz przynajmniej jest się napić z kim
Wracaj, tam właśnie wracaj
Gdzie się całkiem nie opłaca żyć
Stary, stary pomyśl, że ojczyzna to kumpli paru
Z nimi znów szczęśliwy,
Z nimi znów szczęśliwy spróbuj być”

Wybory 2030.

Marzę o tym, by za dwadzieścia lat iść na wybory prezydenckie i mieć straszne wątpliwości na kogo oddać głos, bo każdy z kandydatów będzie, w moim odczuciu, doskonale nadawał się do pełnienia funkcji głowy państwa.

Uważam, że w tym roku mieliśmy tylko kiepskich kandydatów. Co z kolei, jest dla mnie logiczną konsekwecją tego, iż życie publiczne i dbanie o dobro wspólne jest konkurencją, gdzie mamy sporo do zrobienia.
Swoją diagnozę sytuacji dobitnie wygłosiłem po smoleńskim wypadku (http://blog.swojak.info/?p=112). Dzisiaj skupiam się na tym co zrobić, aby sprawy miały się coraz lepiej. Uważam, że kluczem do zmiany są dzieci i młodzież. Z nich może wyrosnąć nowe pokolenie osób szukających porozumienia z innymi, zjednujących sobie współpracowników, ceniącymi różnorodność opinii, kontunująch mądre działania bez względu na zmiany na kierowniczych stanowiskach, otaczający się ludźmi wybitnymi i przerastającymi ich w dziedzinach, którymi się zajmują.

Wiem, że perspektywa wykształcenia takiego pokolenia liderów jest realna. Jednak potrzeba nad tym popracować. Potrzeba dać młodym ludziom umiejętności i wzorce, które oderwą ich od arogancji, kłótliwości i nienawiści prezentowanych przez dzisiejszych mistrzów życia publicznego.
Dwadzieścia lat temu, po odzyskaniu przez Polskę wolności, słyszałem głosy, że normalizacja polskiego życia publicznego będzie wymagać kilku dekad, bo musi odejść pokolenie osób skażonych życiem w systemie komunistycznym. Czekaliśmy, aż magiczna różdżka czasu cudownie przemieni nasz kraj. Nie przemieniła. Starzy urzędnicy i politycy przyjmują pozę mistrzów i nauczają młode pokolenie. Gdy spotykam urzędników wrogich obywatelom, myślących kategoriami represjonowania obywatela przy pomocy aparatu administracyjnego to wiek gra tu niewielką rolę. Tak dwudziestoletni jak i pięćdziesięcioletni urzędnicy miewają przekonanie, że stoi przed nimi petent, który jest na łasce ich urzędniczej dobrej lub złej woli.
Doskonale - moim zdaniem - opisał to Mirosław Barszcz w Walec drogowy, czyli kto tu właściwie rządzi. Uważam, że ten absurd musimy przełamać niszcząc tą chorą sztafetę pokoleń.
Wykształćmy młodzież angażującą się w sprawy społeczne, szerzącą zaufanie i wzajemną pomoc.
Umiejętności społeczne są wyuczalne. Może w szkołach warto odpuścić sobie trochę bezmyślnego wkuwania haseł encyklopedycznych i wykorzystać zyskany czas na naukę pracy z innymi?
Oczywiście wpadamy na mieliznę tego, kto będzie prowadził takie zajęcia. Z niepreprezentatywnej próbki nauczycieli, których licznie spotykam przez ostanie dwa lata, wyłania się obraz masy upośledzonych społecznie transmiterów informacji podręcznikowych. Na szczęście raz na jakiś czas wpadam na pedagoga, w którego oku widzę iskrę pasji pracy z uczniami i wiarę w to, że praca nauczyciela dosłownie zmienia naszą przyszłość.

Na miarę swoich możliwości planuję mieszać w polskiej edukacji, wtrącać się w to co jest uczone i wnosić świeży powiew do szkół.
Moim celem jest pójście na wybory prezydenckie około roku 2030, dumne odczytanie listy kandydatów i uznanie, że każdy z nich jest dobrym kandydatem na to stanowisko.

Jakie masz pomysły na pozytywną zmianę w edukacji polskiej młodzieży? Co, na bazie swoich obserwacji i doświadczeń, proponujesz jako element wykształcenia lepszego pokolenia? Co sądzisz o perspektywie uspołecznionej Polski roku 2030?

Taka jest idea skutera.

Warszawa i okolice są pełne motorów. W pogodne dni, na drogach widzę też sporo skuterów. Łatwiej jeździć po mieście na dwóch kółkach. Parkowanie też jest proste. Dorośli kupują jednoślady, aby jeździć do pracy. Przy okazji sprawiają frajdę swoim nastoletnim dzieciom i po wydaniu niespełna dwóch tysięcy złotych dają swoim latoroślom zabawkę z silnikiem. Ileż potem mają radości widząc, jak dzieci organizują przejażdżki dla kolegów i koleżanek po okolicznych uliczkach. Uciechy jest co niemiara.


foto: www.yamaha-motor.ch

Ja też jeżdżę do pracy motorem. Codziennie  rano, przed wyjściem do pracy, wciągam na siebie solidne spodnie z ochnianiaczami na kolanach i udach. Na nogach mam wysokie buty wzmocnione w miejscach narażonych na kontuzję. Do tego kurtka z zabezpieczeniami, mocne rękawice i pełny kask, zakrywający także szczękę.

Gdy staję na skrzyżowaniach, czekając na zmianę świateł, spotykam motocyklistów w podobnych wdziankach. Bywa nam gorąco. Lecz w razie upadku, mamy odrobinę ochrony na grzbiecie. Ostatnio kolega zaliczył upadek na lokalnej drodze. Mówi, że jechał około 40 km/h, gdy z parkingu wprost na niego wyskoczył samochód. Na szczęście znajomy wyszedł z tego bez szwanku. Był uważny i dobrze ubrany.

Natomiast, gdy zobaczyłem zdjęcia córki, i jej koleżanek, uczących się jazdy na skuterze, to cieszyłem się, że żadna z nich nie znalazła się w sytuacji kolegi staranowanego przez auto. One też jeździły 40 km/h, one też były na lokalnej drodze. Od mojego pechowego kolegi odróżniała je masa fantazji, brak umiejętności i zwiewne letnie ubrania. Miały szczęście, że nikt w tym czasie nie wyskoczył z parkingu, bo w ich przypadku było by krwawo i tragicznie.

Ktoś w ich szkole wpadł na szatański pomysł zorganizowania egzaminu na kartę motorowerową. Egzamin był eksternistyczny. Nikt nie przekazał uczniom elementarnych zasad korzystania z jednośladu. Rodzice jednej z dziewczyn pojechali do supermarketu, kupili skuter i wręczyli czternastolatce kluczyki, aby uczyła się do egzaminu. Ojciec z rozrzewnieniem patrzył ile radości sprawia dzieciom pomykanie po okolicznych drogach gminnych. Zaś matka skwitowała moje protesty oznajmiając, że ma zaufanie do swojej córki, która jest bardzo ostrożna. Wycofałem się z sytuacji z etykietką niegroźnego wariata, który zabronił własnej córce wsiadania na jakikolwiek skuter.

Pewnego słonecznego dnia jechałem do pracy i przy zamkniętej rampie zatrzymał się obok mnie mężczyzna na pięknym, dużym skuterze. Po otwarciu przejazdu ostro ruszył i był daleko przede mną. Spotkałem go ponownie na następnych światłach. Pochwaliłem jego mocny skuter. Zapytałem też, czy nie boi się tak pędzić w krótkim rękawie i w krótkich spodenkach, bez żadnych ochraniaczy. Odparł, że przecież jak jeździ skuterem to nie będzie myślał o tym, iż może się przewrócić. Nim popędził na złamanie karku rzucił: taka jest idea skutera!

Spróbuję tutaj pogodzić “ideę skutera” z elementarnym bezpieczeństwem. Koleżanki i koledzy na skuterach, proponuję rozważyć przynajmniej minimalny zestaw ochronny: poza skuterowym kaskiem, także rękawice, buty powyżej kostki, kurtkę i spodnie z mocnego materiału.  Idealnie byłoby zastąpić otwarty kask takim, gdzie szczęka jest osłonięta; ponadto pod kurtkę i spodnie założyć ochraniacze lub kupić ubrania na motor.

Niech idea skutera będzie gotowa odpierać ataki asfaltu!

Patriotyzm, polskość i political correctness.

Drodzy Czytelnicy,
Zapraszam do lektury gościnnego postu nadesłanego przez Iwonę z Australii. Po przeczytaniu mojego wpisu, pt. “Kochane brzydactwo“, a wcześniej “Pytanie patrioty” z bloga Telemacha, Iwona przelała na wirtualny papier swoje obserwacje o Polakach i polskości z perspektywy australijskiej. Zachęcam do przemyśleń i komentarzy.

____________________________________________________________________________________

Właśnie przeczytałam Twój wpis – bardzo ciekawe. Ciekawe jest też to, jak ja bym się czuła, gdybym wróciła. Mój kontakt z krajem jest bardzo powierzchowny, i gdy odwiedzam rodzinę w W-wie, jestem tylko w kilku specyficznych miejscach, więc oglądanie brzydoty nie jest czymś z czym się normalnie spotykam. A mam też w tej sprawie wysokie wymagania, bo widzę w Sydney dużo miejsc, które wyglądają strasznie i wcale nie są zadbane. To głównie stare budynki przy głównych ulicach, które głownie wykorzystuje się na sklepy i biura, i gdzie właściciele są tylko zainteresowani czynszem, i ewentualnie wnętrzem, ale gdzie estetyka zewnętrzna nie jest dla nich ważna.

W Polsce mam garść starych serdecznych przyjaciół (jestem poza krajem 23 lata więc pozostali już teraz tylko Ci najwytrwalsi..:=)). Interesuje mnie życie Polakow i losy Polski, i zawsze mam dla niej duże nadzieje, ale myślę o niej nie jak o moim kraju (bo mój kraj to Australia), tylko czymś co jest częścią mojej przeszłości, historii i poprzedniego życia (rozrożniam ojczyznę od kraju – jedno to dla mnie skąd pochodzisz, a drugie czego jesteś teraz częścią).
Kilkoro moich najlepszych, tutejszych przyjaciół, to Polacy, i tak jak się z nimi rozumiem i przyjaźnię, byłoby trudno zrobić to z kimkolwiek innym. Z drugiej strony, są środowiska Polaków, których skrzętnie unikamy i się z nimi nie identyfikujemy, bo grupowo nabierają wielu z tych przywar, które przytaczałeś w swoim cytacie. Więc obcowanie z Polakami, bo to Polacy, nie jest częścią mojego postępowania, ale wyszukiwanie fajnych ludzi, których podziwiam i szanuję lub, z którymi czuję się dobrze i podzielam podobne poglądy, niezależnie od ich narodowości, to jest moja recepta na moje “zbalansowane” życie :=)

A jeżeli chodzi o to, czy Polacy są tak samo źli, czy dobrzy, czy potworni, jak inni, to nie jestem pewna. Myślę, że jednak są zasadnicze różnice w krajach. Na pewno w każdym z nas, w każdym człowieku, tkwią warstwy egoizmu, uporu, machinacji, pychy, pogardy, zawiści etc etc. Tak jesteśmy zbudowani (stworzeni..?) my, ale co robimy jak tworzymy różne kraje? Mam taką teorię, że różnica między krajami jest w tym, na ile te rzeczy są ogólnie tolerowane, i do jakiego stopnia. Można to nazwać, na przykład, political correctness. Myślę, że w naszych czasach, kiedy moralność nie jest koniecznie spuścizną rodzinną, albo nie jest uczona w religii itp., coś takiego jak political correctness jest bardzo przydatne, bo pokazuje ludziom wzory do naśladowania. Taką mamy wszyscy naturę,  że nie chcemy się wychylać, jak myślimy, że większość myśli w określony sposób. I myślę, że to się bardzo przydaje dla najprostszych ludzi (może nie najprostszych, ale tych którzy się boją wszystkich i wszystkiego co nie jest im znane, i którzy są konserwatywni i wsteczni).

I jeszcze jedno. Mieszkałam 4 lata w Anglii, mieszkam w Australii 18 lat. I myślę, że w tych krajach jest dużo, dużo mniej nacjonalizmu. Polacy nazywają to patriotyzmem, ale to on pozwala na rezygnację i godzenie się z wieloma zachowaniami i mówienie mimo wszystko, że się tak bardzo kocha ten kraj. Tu, jakby ktoś powiedział, że kocha Australię popatrzyliby na niego, jak na wariata. Ludzie mogą powiedzieć, że to jest ich kraj, że tu chcą żyć, że Australia może tyle ofiarować…. i w tym najczęściej myślą o lifestyle – o pogodzie, przyrodzie, plażach, bliskich kontaktach ludzkich. Ale też są dumni z tego, że Australijczycy są “easy going” – a w tym się ukrywa to, że nie są agresywni, nie są wścibscy, że tolerują ludzi i ich indywidualizm. Lubią więc, czy są dumni, z konkretnych cech narodowych, ale nie urzeczywistniają się z teoretycznym i nacjonalistycznym pojęciem o Australii. W każdym razie absolutna większość….:=)

Wiem, że piszę to wszystko z dystansu i z boku. Wiem, że jest inaczej jak jesteś częścią kraju i tam żyjesz. Mam nadzieję więc, że te wywody Cię zainteresują, jako obserwacje kogoś z zewnątrz. I że nie napisałam nic, czym bym Cię uraziła lub zraniła…
Moc pozdrowień,
Iwona

Praca (?) społeczna po polsku.

Kiedyś poświęciłem sporo czasu na opisanie polskojęzycznych stron dotyczących Szwajcarii. Każdą z nich zweryfikowałem i podsumowałem. Robiłem to jako redaktor pustawego działu Otwartego Katalogu ODP. Postanowiłem skatalogować strony opisujące Helwecję, aby ułatwić rodakom zbieranie informacji o tym kraju. Z zadowoleniem ukończyłem robotę, gdy wkrótce przeważająca większość opracowanych przez mnie linków trafiła do kosza. Jak się dowiedziałem, inny społeczny redaktor, nadzorujący moją pracę, uznał, że zaśmiecam katalog tak obszernym katalogowaniem Szwajcarii. Na szczęście miałem kopię tego co zgromadziłem. Usuniętą zwartość opublikowałem na swojej stronie, gdzie linki do dzisiaj służą internautom.
Wtedy dyskusja z wolontariuszem na kierowniczym stanowisku przypominała rozmowę przysłowiowego chłopa z obrazem. Więc wyciągnąłem nauczkę i zająłem się swoimi prywatnymi stronami, zostawiając polskojęzyczne ODP ludziom o grubszej skórze i mniejszym przywiązaniu do swoich wytworów.

Minęło kilka lat. Podkusiło mnie, aby ponownie wejść w wolontarystyczną współpracę w polskojęzycznym internecie. Podjąłem się bezpłatnego przygotowaniu polskich napisów do wykładu na temat rynku mediów. Spędziłem trochę weekendowych i wieczornych godzin na dopieszczanie tekstu półgodzinnego wystąpienia znamienitego biznesmena z Doliny Krzemowej. Po przekazaniu materiału wydawcy, przydzielono mi korektora. Podobnie jak ja, pracował on społecznie. Zgodnie z formalnymi zaleceniami właściciela materiału, wysłałem koledze swój numer telefonu, skype i e-mail, deklarując dyspozycyjność podczas modyfikacji tekstu. Amerykański właściciel witryny skrupulatnie wypisał zalecenia w sprawie korekty, apelując o daleko idącą wstrzemięźliwość przy ingerowaniu w pracę tłumacza i systematyczną współpracę z autorem tłumaczenia. Przez kilka tygodni korektor milczał, aż pewnego dnia wydawca powiadomił mnie, iż moje tłumaczenie jest w drodze do publikacji. “Moje tłumaczenie” było moim już tylko formalnie. Większość zdań została zmieniona. Najwyraźniej pierwotny styl nie pasował redaktorowi-wolontariuszowi. Szyk zdań i słownictwo zostały skutecznie ustawione na modłę korektora. Na moje pytanie o zaskakującą skalę zmian i brak komunikacji ze mną, odparł, że robił to w ostatniej chwili, ale ze wszystkiego może się wytłumaczyć. Styl jego tekstu uważam za porządny, lecz nie jest to mój styl. Chcę byśmy wybrnęli z tej sytuacji, więc przerwy na lunch spędzam analizując linijka po linijce zmiany w tekście.  Mimo wszystko cieszę się, że internauci będą mieć możliwość zobaczeniu polskiej wersji filmu. Szkoda, że dokonuje się to po partyzancku. Mimo, że mieliśmy narzucone formalne ramy współpracy, był regulamin, było dość czasu i była możliwość partnerskiej współpracy ze mną.

Moje doświadczenia są zbyt skromne, aby wnioskować o tym, ile racji jest w słowach osób, które pouczały mnie, że w Polsce szacunek dla pracy i wysiłku innej osoby jest dużo niższy niż na Zachodzie, zaś praca społeczna nie jest tu uznawana za pracę. Trudno też powiedzieć ile prawdy było w pouczeniach tych co twierdzą, że dopiero zabójcza cena sprawia, że rodacy spoglądają z uznaniem na Twój produkt. Od zawsze angażowałem się społecznie. Wierzę, że to jeden ze skutecznych sposobów zmieniania świata. Chcę by inni mogli korzystać z mojego dorobku niezależnie od swojej sytuacji materialnej. Dalej będę tak czynił. Trochę rzeczy robię anonimowo (np. ten blog), pod innymi się podpisuję. Lecz jak trafnie wybrać formę pracy wolontarystycznej? Jak zbadać grunt wolontarystyczny, by unikać rozczarowań?

Jakie są Twoje doświadczenia angażowania się w zorganizowaną, formalną pracę społeczną w Polsce? Jak to wygląda? Jak sprawdzasz czy Twoja praca i zaangażowanie zostaną wykorzystane zgodnie z Twoją intencją?

23h < 10h, czyli pies korporacyjny

Ponownie jestem na Puerto Rico. Chmura wulkaniczna opadła, huragany jeszcze nie nadeszły, więc po dwudziestotrzygodzinnej podróży przez Londyn i Nowy Jork dotarłem do apartamentu w malowniczej dzielnicy Isla Verde na przedmieściach San Juan.

Firma, która mnie tu wysłała ma wspaniałomyślną zasadę, że w przypadku podróży przekraczającej dziesięć godzin kupuje bilet w klasie biznesowej. Fajnie to wygląda na papierze. Lecz firma jest amerykańska, a sporo managerów włoskich, więc zasady są kreatywnie modyfikowane. Po pierwsze uznano, że w opisywanej zasadzie chodzi o pojedynczy odcinek podróży przekraczający dziesięć godzin. Czyli po rozbiciu lotu na dwie przesiadki można współczująco pokiwać głową i uznać, że to nie o taki bizens chodzi w klasie biznes. Na wypadek jakichkolwiej wątpliwości, jeden z dyrektorów przybił gwódź do trumny wysyłając email z zawiadomieniem, że w tak ciężkiej sytuacji gospodarczej zaleca się, aby wszystkie osoby związanie z portorykańskim projetem latały ekonomicznie. Empatycznie wyraził, w tym samym emailu, troskę o zmęczonych podróżą podwładnych pozwalając im stawić się w biurze cztery godziny później niż zwykle. Też myślę, że ważne, aby zaoszczędzić trochę kasy, bo w końcu firma zobowiązała się płacić prezesowi rocznie dwa miliony dolarów jako bonus, więc w trudnej sytucji gospodarczej mogłyby z tym być problemy, gdybyśmy lekkomyślnie rozciągali swoje gnaty w wygodnych, acz kosztownych fotelach lotniczych. Mój kwałek projektu, był opóźniony przez wulkan, więc zamiast brać pół dnia wolnego, przespałem się kilka godzin i z zapałem godnym lepszej sprawy byłem od rana w biurze.

W sumie kiedyś pracowałem w niewielkiej rodzinnej firmie włoskiego dusigrosza i wtedy było dla mnie oczywiste, że ceną za autonomię w zarządzaniu projektami jest lot do Australii z podkulonymi nogami. Potem zostaliśmy wchłonięci przez świat korporacyjny i jedną z niewielu pozytywnych zmian były wygodne podróże. Nadszedł czas, gdy udziałowcy pozamieniali się akcjami swoich spółek i jeden z nich, tuż przed kryzysem w USA, został stuprocentowym właścicielem firmy. W rezultacie mamy warunki socjalne coraz bliższe czasom włoskiego centusia, a obszar naszej samodzielności jest redukowany krok po kroku do poziomu przypominającego życie w koszarach. Widzę, że Ci zarządcy to mieszczuchy i nie widzieli co się dzieje z psem jak dostaje coraz mniej karmy, a łańcuch skraca mu się do uciążliwego minimum. Pies może odkryć w sobie determinację do zmiany, zerwać się z uwięzi i zapolować na kawałek mięsa w świecie oddalonym od takiej dziwnej zagrody.

Zamiast przeciągać sarkastyczne filozofowanie wracam cieszyć się portorykańską przygodą. Bowiem wciąż mam w kieszeni służbową kartę kredytową, na parkingu samochód z wypożyczalni, w lodówce piwo, a kilkanaście metrów od balkonu fale rozbijają się o piaszczystą plażę. Przypuszczam, że drakońskie zasady rozliczania podróży, których opis już dostałem, dosięgną mnie dopiero za parę miesięcy. Póki co cieszę się z pełnej miski i dość niekrępującego łańcuszka trzymającego mnie przy tej globalnej budzie.

Next Page »