Archiwa kategorii: Karmienie ducha

Wiosna!

Jest piękna wiosna.
Drzewa są coraz bardziej zielone.

Gdy rano wybiorę się do lasu to trudno mi wrócić do domu – ptaki wyczyniają taki radosny harmider, że mógłbym tego słuchać w nieskończoność. Przyroda jakby po bardzo mroźnej zimie odzyskała na nowo masę energii do życia.
Jak macie okazję to zachęcam, wyskoczcie na chwilę poza skupiska ludzi. Takie kipiące radosnym życiem miejsca są czasem zupełnie blisko.
Myślę, że warto chwilę pobyć w tym budzącym się do życia świecie.

Nieśmiertelna wiedza.

Z jednego z wyjazdów przywiozłem plakat, który wisi w moim pokoju. Jest tam kilkanaście inspirujących zdań, ponoć napisanych przez Dalajlamę.

Dzisiaj chcę podzielić się z Wami jedną z tych plakatowych myśli:

Share your knowledge. It’s a way to achieve immortality.
(Dziel się wiedzą. To sposób osiągnięcia nieśmiertelności.)

Pomyślałem, że jest to piękne w swojej prostocie. Czyż nie mamy w głowie twarzy ludzi, którzy uczyli nas prawideł życia? Mój dziadek od dawna nie żyje, a wciąż jest nieśmiertelny w wartościach i opowieściach, które wlewał w moje dziecięce serce. A nauczycielka z „zerówki”? A polonistka z liceum? One zapracowały na nieśmiertelność w tym jak dzieliły się swoją wiedzą.

Masz takich swoich nieśmiertelnych nauczycieli? Może sama dostajesz od życia zaproszenia do dzielenia się wiedzą, czyli zaproszenia do nieśmiertelności? Może chcesz o tym napisać?

Ludzie na Twojej drodze.

Czy ktoś nazwał Cię Aniołem?
Jeśli tak to pewno było to w sytuacji, gdy pomogłeś mu wyrwać się z tarapatów. Może znalazłeś się w odpowiednim czasie i w odpowiednim miejscu w sposób zaskakujący osobę, która potrzebowała pomocy.

Wczoraj znajoma opowiadała, jak utknęła w zaśnieżonym Amsterdamie. Z zadziwieniem skonstatowała, że stawali na jej drodze ludzie jakby przysłani, by jej pomóc. Najpierw była jakaś kobieta w kolejce, która pomogła szybciej załatwić hotel. Potem biznesmen, który asystował jej w bezpiecznym dotarciu do odległego hotelu.
To byli ludzie z krwi i kości, a jednak zrobili anielską robotę.
Miewam podobne doświadczania. Parę lat temu w Johannesburgu, wyrosła przede mną osoba, która wyrwała mnie z lotniska sparaliżowanego strajkiem. Zresztą to się zdarza także poza lotniskiem.
Może i Tobie raz na jakiś czas ktoś „spada Ci z nieba”?

Jeżeli zmienisz się sam – zmienisz świat.

Powyższe słowa napisał Michael Laitman na swoim blogu .

Zdanie dla mnie tak oczywiste, że zaskakuje.  Ileż dyskusji słyszę o tym czy mamy wpływ na wydarzenia wokół nas, na to jaka jest Polska i jak się zmienia.

Najlepsze co mogę zrobić, aby świat był taki o jakim marzę to być człowiekiem ze świata moich marzeń.
Widzę, że to działa.

Ostatnio wracałem z Warszawy pociągiem podmiejskim. Wagon był nabity do granic możliwości. Przynajmniej tak mi się wydawało. W ręce trzymałem plecak i przełożenie go do drugiej ręki było bez szans. Na jednym z przystanków, kobieta stojąca obok mnie zawołała, abyśmy się przesunęli w głąb wagonu to wejdzie jeszcze trochę osób. Faktycznie zrobiliśmy w ten sposób miejsce dla pół tuzina ludzi stojących na mrozie. Pochwaliłem kobietę za to, że dzięki niej kilka osób mogło wsiąść. Ona odparła, że jak kiedyś została na zimnie, bo pociąg był przepełniony to teraz stara się pomagać, aby inni mogli wejść. Czasem zmienić świat można jednym zdaniem. Czy tylko małe zmiany są możliwe w ten sposób?

Kura czy jajo?

Ostatnio wpadła w moje ręce książka Willigisa Jaegera „Fala jest morzem”. Znalazłem tam sporo inspiracji do przemyśleń.
Podzielę się z Wami krótkim fragmentem, gdzie autor dywaguje w okolicach nauk przyrodniczych.

Wcześniej byliśmy zdania, że ciało z biegiem czasu rozwinęło ducha. Inteligencja miała być funkcją mózgu i systemu nerwowego. Teraz wiemy, że rzecz ma się dokładnie odwrotnie. „Niematerialny duch porusza mózg” powiada John Eccles, badacz mózgu i noblista. Dowiódł on, że to nasze myśli i nasza wola uaktywniają neuroproteiny w mózgu. Że procesy duchowe obrazują się materialnie, a nie są funkcjami procesów biochemiczno-materialnych. Jeśli pojawia się myśl, uczucie lub życzenie, to ich energia przekształca się w naszym mózgu w molekułę. Innymi słowy, energia intelektualna i emocjonalna materializuje się w postaci neuroprotein. Są one niejako kluczami, które szukają swoich zamków. Jeśli znajdą w jakieś komórce pasującą dziurkę, to komórka ta przyjmuje wiadomość, którą przynoszą. Ten proces toczy się nie tylko w naszym mózgu, lecz przenika całe ciało. Każda komórka ciała komunikuje się z innymi komórkami. W każdej komórce manifestuje się myślący duch.

Zostawiam Was z tym tekstem i serdecznie pozdrawiam.

Słońce afryki.

Podczas realizacji południowoafrykańskiego projektu mieszkam w jednym z najspokojniejszych miejsc w Johannesburgu. Jednak poranny jogging przypomina bieg wzdłuż ściany zakładu karnego. Ulica po ulicy widzę wysokie mury, a nad nimi druty kolczaste i przewody pod prądem. Na płotach tabliczki z informacją, że ochronę zapewnia firma, która na problemy odpowiada ogniem.

Zresztą także z zaleceń jakie rządy krajów zachodnich publikują dla swoich obywateli wynika, że w RPA jest niebezpiecznie. Brutalne napady, włamania do domów, gwałty, porwania, niejednokrotnie kończą się śmiertelnie.

Oczywiście, jak wszędzie na świecie, większość przestępstw ma miejsce w osiedlach czy dzielnicach o złej sławie. W RPA są nimi dzielnice, a zasadzie całe miasteczka, na obrzeżach miast. Tam nie ma niemal niczego. W domkach wielkości jednego dużego pokoju żyją biedne murzyńskie rodziny. W takich osadach i ich sąsiedztwie bywa nieprzyjemnie.

Znajomy opowiadał, że jego krewni mieszkali na farmie w okolicach Johannesburga. Piękna okolica, dobrze im się żyło. Aż kilka lat temu kilometr od nich powstało osiedle takich jednoizbowych domków. Zaczęły się nagminne kradzieże. Z budynków gospodarczych rozkradano narzędzia. Mieli też włamania do domu. Odechciało im się mieszkania na wsi. Sprzedali dom. Nowy właściciel też długo tam nie pomieszkał. Podczas włamania został postrzelony przez złodziei. Przeżył, ale opuścił malowniczą farmę, która ponoć teraz stoi opustoszała.

Tutejsza rzeczywistość jest bez porównania groźniejsza niż w Polsce. Wzmożona ostrożność i ocieranie się o niebezpieczeństwo jest tu codziennością. Podczas dzisiejszego lunchu koleżanka odebrała telefon z domu z informacją, że przed chwilą w ich dzielnicy była strzelanina i zginęły trzy osoby. Inni zapytali jaka to okolica i przeszli nad tym do porządku dziennego. Taka wiadomość zabrzmiała dla nich powszednio.

foto: Clive Mason

Jednocześnie pouczające i budujące jest dla mnie to, że mieszkańcy miasta są dla siebie serdeczni. Ci których  tu spotykam uśmiechają się nieporównanie częściej niż w Polsce. Jazda samochodem jest w miarę spokojna, ludzie pomagają włączyć się do ruchu, zjeżdżają na boczny pas, aby ułatwić wyprzedzanie itp. W sklepach, restauracjach, na bazarze czy w kinie zagadywały do mnie obce osoby. Sprzedawcy zwykle zamieniali ze mną kilka zdań. To takie drobiazgi, które po zsumowaniu sprawiają, że tutejsze życie jest dość spokojne i harmonijne.

Myślę, że gdybyśmy w Polsce rozluźnili nasze spięte twarze, uśmiechali się do obcych, z którymi skrzyżowaliśmy wzrok i z życzliwością spoglądali na przygodnie napotkanych ludzi to sprawilibyśmy, że nasza codzienność byłaby dużo lżejsza i spokojniejsza.

Moim zdaniem dobre relacje międzyludzkie są możliwe wszędzie. Bez względu na poziom zagrożenia, trudności w zdobyciu środków do życia, czy różnice między klasami społecznymi.

Dobre życie zaczyna się od środka, od woli każdego z nas, aby sprawić, że codziennie zaświeci słońce, nawet w bardzo zachmurzony dzień.

W ciszy zen u Jezuity.

O szóstej rano w całym budynku słychać dźwięk dzwonków. Wstaję, żeby zdąrzyć się wykąpać i ogolić przed zaczynającą się za pół godziny „zazen”, czyli dwudziestopięciominutową medytacją. Po „zazen” jest kilkuminutowy spacer „kinhin” – miarowy, powolny marsz wokół sali medytacyjnej. Potem kolejne siedzenie „zazen”, znowu „kinhin”, następnie trzeci raz „zazen” i czas na śniadanie.

Tak wygląda początek każdego z czterech dni warsztatów Zen Sesshin prowadzonego przez Ama Samy w Fluëli-Ranft w szwajcarskich Alpach, w rodzinnej wiosce piętnastowiecznego pustelnika i patrona Helwetów nazywanego tu Bruder Klaus.

Grupa liczy prawie pięćdziesiąt osób. Z rejestracji samochodów domyślam się, że są to głównie Niemcy i Szwajcarzy. Przez całą dobę obowiązuje milczenie, więc szczegóły na temat współuczestników pozostają w sferze domysłów.

Zatem w milczeniu jemy, pijemy herbatę i pracujemy – tzn. po śniadaniu mamy trzy kwadranse „samu”, czyli pracy na rzecz domu, gdzie nocujemy.

Oczywiście głównym elementem każdego dnia są medytacje, jest ich w sumie trzynaście.

Jestem jednym z najmłodszych uczestników. Dominują pięćdziesięciolatkowie. Sporo też osób wyglądających na rówieśników naszego mistrza, który kilka lat temu skończył siedemdziesiąt lat.

foto: Meath Conlan of DiverseJourneys.com

Ojciec Ama Samy jest człowiekiem pełnym życia i serdeczności.

Miałem okazję przekonać się o tym, podczas krótkiej rozmowy, na jaką niechcący wybrałem się pierwszego dnia medytacji.

Otóż siedziałem podczas porannego „zazen”, gdy ktoś dotknął mojego ramienia. Obok stał jakiś doświadczony uczestnik w czarnym stroju do medytacji. Miał  śmiertelnie poważną minę.

Nigdy nie byłem na warsztatach „sesshin”, a rytuały zen były mi obce.

Nie miałem pojęcia o co chodzi. Z opresji wyrwał mnie inny uczestnik, który zabrał mnie na korytarz i wyjaśnił sytuację.

Otóż jest możliwość indywidualnej rozmowy z Mistrzem Samy. Każdy zainteresowany wysuwa spod swojej maty margines książeczki z tekstami i jest to znak dla organizujących spotkania.

Jak się domyślacie moja książeczka była wysunięta tylko dlatego, aby było mi po nią łatwo sięgać.

Dobrze się złożylo, bo dzięki temu znalazłem się w pokoiku mistrza. Przedstawiłem się i zgodnie z prawdą oznajmiłem, że wygooglałem te warsztaty. Zaś zaintrygowało i przyciągnęło mnie to, że Samy jest jezuitą uczącym zen. Podpytał mnie o medytację. Gdy powiedziałem o naszej podwarszawskiej grupie World Community of Christian Medytation WCCM to o. Samy z ożywieniem wspomniał Johna Maina (założyciela WCCM) i Laurenca Freemana (obecnego szefa WCCM).

Mistrz zasugerował, abym przeczytał jego książkę to zobaczę, co on tutaj wyrabia. Na tym zakończyła się ta nieplanowana audiencja.

Potem, podczas wieczornej konferencji „teisho”, Mistrz opowiadał o rozmaitych formach medytacji i kontemplacji podając m.in. przykład naszej grupy w Polsce.

Idąc za radą Mistrza, odnalazłem w czytelni jego książki.

Inny uczestnik, którego wyrwałem z obowiązującej ciszy, poradził starszą książkę Ama Samy, która była ponoć ciekawsza od najnowszej.

Wziąłem się za obydwie publikacje. Tzn. w poobiedniej przerwie zabrałem je do ręki i szedłem poczytać w swoim pokoju.

Na schodach złapała mnie organizatorka warsztatów i stanowczo oznajmiła, że starsza książka Mistrza jest jej własnością i nie chce jej stracić.

Starałem się Szwajcarkę udobruchać przyrzekając, że po przeczytaniu oddam. Jej sroga mina skłoniła mnie do zmiany planów. Zamiast w pokoju przekartkowałem książkę na fotelu w czytelni. Uznałem, że bezpieczniej dla mnie jak drogocenny wolumen będzie cały czas na widoku publicznym.

Po jakimś czasie, niedaleko mnie usiadł Mistrz i czytał jakieś czasopismo. Oznajmiłem radośnie, że zdobyłem jego książki i czytam jedną z nich. Samy uśmiechnął się, machną ręką i mruknął coś o tym, że to stara publikacja.

Mimo to dobrnąłem do końca, a potem z namaszczeniem odłożyłem ją na stolik z drukowanymi relikwiami.

Natomiast nowszą książkę mam na własność zapłaciwszy za nią sześć euro do czytelnianej puszki.

Publikacja jest zbiorem kilkunastu wykładów i artykułów z ostatniej dekady. Faktycznie wyjaśnia to co ojciec Ama Samy robi. Otóż każdego roku opuszcza Indie i prowadzoną tam szkołę Zen Bodhi Zendo, aby nauczać zen w Europie. Jego zdaniem Chrześcijanie mogą odkryć głębię swojego chrześcijaństwa, dzięki praktykom zen.

Wygląda to dla mnie na jeden ze sposobów na budowanie mostów między Wschodem i Zachodem. Temat to dla mnie intersujący i cieszę się, że mogłem połączyć kilka dni wyciszenia z poznaniem Ama Samy.

Ogólna teoria wszystkiego.

Mądrość idąca w parze z wiedzą, przyrządzone pięknym językiem. Taki jest, w moim odczuciu, blog Telemacha zatytułowany „Ogólna teoria wszystkiego. Pytania do znanych odpowiedzi…” (http://pytania.wordpress.com/ )

Telemach pisał od lipca 2008 do marca 2010. Może jeszcze kiedyś napisze. Być też może, że Telemach już nigdy nie napisze, a jego teksty znikną, wraz z czyszczeniem serwera WordPress.

Zachęcam Was do przeczytania „Ogólnej teorii wszystkiego.”

Jeśli, podobnie jak ja, wolicie teksty zebrane w jeden dokument, to przygotowałem dla Was zbiór wszystkich wpisów Telemacha. Książeczka ma ponad dwieście stron, jest w formacie PDF i nadaje się do czytania na ekranie komputera.

Oto adres, z którego możecie pobrać plik (rozmiar 1,1 MB): http://blog.swojak.info/Telemach_ebook.pdf

Łap chwilę, bo może być ostatnia.

Tytuł miał brzmieć dobitniej: „memento mori” („pamiętaj o śmierci”). Lecz ku ośmieleniu do czytelnictwa trochę złagodziłem nagłówek.

Temat jest odpryskiem naszych dyskusji w wątku o starości. Starość starością, a wyzwaniem, które utrudnia nam myślenie o jesieni życia jest punkt przeznaczenia.

Zacznijmy od autobiograficznej historyjki. Wracałem ze spaceru z psem. Była piękna słoneczna niedziela. Przed jednym z domów stał biały samochód osobowy. Jakiś zwykły, zupełnie niepozorny, trudno powiedzieć dlaczego zwróciłem na niego uwagę. Jak byłem bliżej to na drzwiach auta rzucił się w oczy spory napis „memento mori”. Chwilę się nad tym zastanowiłem. Taki piękny dzień, a ja dostaję wiadomość, że mam pamiętać o śmierci. To pewno tylko samochód pracownika zakładu pogrzebowego. Poszedłem dalej. Temat śmierci wrócił. Zmarł pan mieszkający w naszej wiosce, osierocił dzieci, które zna moja córka. Po dwóch dniach w drodze do pracy złapał mnie sms od drugiej córki z informacją, że jej szkolny kolega nie żyje. Kochani, sporo tych sygnałów w tak krótkim czasie. Usiadłem, aby odpowiedzieć co to dla mnie znaczy?

Dla mnie to jak zawołanie, aby brał się do roboty w tym co mam do zrealizowania. Abym nie marnował czasu, bo życie nie będzie wiecznie trwać. Czyli „rusz się i wykorzystaj każdy dzień na to co jest Twoim powołaniem”!
Choć, z drugiej strony, Michael Hyatt na swoim blogu przekonuje, że opuścimy Ziemię dopiero, gdy zrealizujemy to z czym nas tu wysłano.
Oto co Hyatt pisze (zaczerpnięte z książki The Noticer Andy Andrews’a):
1. God has a purpose for every single person. (Bóg ma przeznaczenie dla każdej osoby.)
2. You won’t die until that purpose is fulfilled. (Nie umrzesz dopóki nie wypełnisz tego przeznaczenia.)
3. If you are still alive, then you haven’t completed what you were put on earth to do. (Skoro wciąż żyjesz to znaczy, że nie wypełniłeś tego z czym wysłano Cię na Ziemię.)
4. If you haven’t completed what you were put on earth to do, then your very purpose hasn’t been fulfilled. (Skoro nie wypełniłeś tego z czym wysłano Cię na Ziemię, to Twoje przeznaczenie nie zostało zrealizowane.)
5. If your purpose hasn’t been fulfilled, then the most important part of your life is still ahead. (Skoro Twoje przeznaczenie nie zostało zrealizowane, to najważniejszy kawałek życia jest wciąż przed Tobą.)
6. You have yet to make your most important contribution. (Twój najważniejszy wkład jest wciąż do wniesienia.)

Spinając obydwa tory myślenia, powiem, że trzeba brać się do roboty bo coś tu jeszcze jest do zrobienia, a czas na to jest ograniczony.

Jakie jest Twoje znaczenie „memento mori”? Jak patrzysz na sprawę swojej śmiertelności?