Archiwa kategorii: Oni

Notatki z amerykańskiej delegacji.

Przeprowadziłem się do nowego pokoju w budynku Marriotta, tuż obok hotelu tej samej sieci, gdzie spałem przez poprzednie sześć nocy. Teraz mam sporą lodówkę, poręczną kuchnię i cieszę się z możliwości samodzielnego przygotowywania posiłków.
Wieczorem, jak zwykle podczas noclegów w podróży, wyłączyłem klimatyzację, otworzyłem okno i położyłem się spać. Zauważyłem, że dużo lepiej się wysypiam bez klimatyzacji. Tym razem było inaczej. W środku nocy obudziłem się w gorącym pokoju. Termometr pokazywał około trzydziestu stopni. Dałem za wygraną. W San Juan spałem bez klimatyzacji, w Kuala Lumpur też, ale na Florydzie gorąco było szczególne. Więc tutaj używam klimatyzacji.

Skoro mam możliwość pomieszkiwania w Stanach przez dwa tygodnie to korzystam z rozmaitych tutejszych wynalazków, o których piszę poniżej.

Przejechałem się po wielopasmowej autostradzie z włączonym tempomatem. Fajne doświadczenie. Przede mną stały dystans od innego auta i równa płynna jazda.Zjadłem solidnego hamburgera. Mimo, że mięso jadam tylko sporadycznie, to odszukałem lokal, gdzie zdaniem lokalnych kolegów serwują dobre burgery i zjadłem narodową potrawę Amerykanów. Za cenę kilka razy wyższą, niż w śmieciowych sieciach hamburgerowych, w kanapce znalazłem kawał dobrego mięsa. Podrasowało to moje wyobrażenie tego czym może być hamburger.

Poznałem zasady gier cornhole i holy board (rzuty do celu w ogrodzie). Było to z okazji weekendowej imprezy ogrodowo-basenowej organizowanej przez znajomych Amerykanów. Z siedzenia w basenie wprawdzie nie skorzystałem, ale impreza była sympatyczna. Gospodarze i ich przyjaciele to dość zamożni ludzie, więc opowiadali o swoich jachtach, połowach ryb i polowaniach. Potem dopytywali o samochody jakimi jeżdżą Europejczycy, pytali jak działa komunikacja miejska, upewniali się czy to prawda, że są kraje, gdzie sklepy są zamykane w niedzielę i ogólnie rzecz biorąc weryfikowali swoje wyobrażenia o Starym Kontynencie. Niespodziewaną atrakcją był wąż, który przyplątał się do na imprezę. Stworzenie było małe i wypłoszone zniknęło pod płotem.

Poszedłem na zakupy do Wal-Mart, czyli największej sieci supermarketów w USA. Jak przystało ma skalę kraju i sklepu, produkty spożywcze były w opakowaniach większych w innych zakątkach globu. Pamiętałem z Puerto Rico ubóstwo produktów do w miarę zdrowego zjedzenia, a jednocześnie byłem pomny ostrzeżeń znajomego Anglika o tym, że w Stanach znalezienie przyzwoitych produktów spożywczych jest wyzwaniem. Byłem mile zaskoczony. Soki pomarańczowe smakowały pomarańczami. Znalazłem też trochę dobrych sałatek ze świeżych owoców. W kilku miejscach sklepu trafiłem też na żywność z etykietką „USDA Organic”. Zresztą także w lotniskowych barach i w firmowej kantynie widziałem zaskakująco dużo lekkich, świeżych potraw.  Znajomi twierdzą, że Amerykanie coraz częściej zastanawiają się co jedzą. Kolega z Nowego Jorku, który szefuje projektowi, nad którym tu pracuję, opowiadał, że dzięki przyzwoitej pensji stać go na unikanie sieci handlowych i kupuje żywność w małych wypróbowanych sklepikach.

Na wycieczce u Wielkiego Brata.

Jestem w Stanach Zjednoczonych.
Byłem tu też w maju, gdy w Nowym Jorku przesiadałem się do San Juan.
Wtedy uderzyło mnie długie czekanie na odprawę paszportową. Kilkadziesiąt minut stania w kolejce, aby dostać pieczątkę było czymś wyjątkowym. Chiny, Rosja czy Indie dużo szybciej wpuszczały mnie na swoją dobrze chronioną ziemię.
Jednak odczekałem co miałem odczekać. Na uszach miałem słuchawki z audiobookiem, czy z muzyką i dzięki temu szybciej zleciała kolejka do urzędnika.
Teraz, po czterech miesiącach, było ostrzej. Jeszcze na pokładzie samolotu lądującego w Charlotte zapowiedziano, że w poczekalni paszportowej zabrania się korzystania z telefonów, czyli jak zrozumiałem chodziło o rozmowy przez komórkę. Dołączając do olbrzymiej kolejki, wyciszyłem komórkę i planowałem wysłać smsa, a potem sprawdzać emaile. Po chwili usłyszałem głos policjatki, która srogo ogłaszała, że telefony mają być wyłączone. Jeden ze współpasażerów miał przy uchu telefon i dość szybko dostał za to reprymendę. Po chwili policjatka, przechadzająca się wzdłuż kolejki, wyłowiła człowieka ze słuchawkami na uszach. Tym razem wykrzyknęła, że wszelkie urządzenia elektroniczne mają być wyłączone. Dałem spokój moim pomysłom pisania smsów. Wyłączyłem obydwie komórki, które miałem w kieszeniach.
Okropne powitanie w Stanach Zjednoczonych osłodził wesołkowaty celnik, który znał kilka zwrotów po polsku. W serdecznej atmosferze wprowadzlił do bazy danych wielkiego brata linie papilarne moich dziesięciu palców i cyfrową fotografię mojej twarzy.
Potem, gdy siedziałem w poczekalni lotniska przed kolejnym lotem, zauważyłem nową formułę komunikatów wzywających do obywatelskiej czujności. Antyterrorystyczna histeria już mnie przyzwyczaiła do lotniskowych komunikatów nawołujących do czujności względem wszelkiego bagażu. Teraz doszło jeszcze wezwanie do powiadomienia władz o wszelkim nietypowym zachowaniu innych obywateli.
Wygląda jakby Ameryka była w stanie wojny i stosowała wyjątkowe metody ochrony przed wrogiem. W sumie to nie wiem czy oni sami jeszcze kojarzą z kim walczą, albo kto nastaje na ich dobrobyt i demokrację. Lecz to już amerykańskie zmartwienie.
Na mój gust Amerykanie popadają w coraz większe poczucie zagrożenia. Jako, że strach ma wielkie oczy, to być może w końcu faktycznie zobaczą coś przerażającego i zareagują z siłą niewspółmierną do sytuacji.

Afrykańska kolebka.

Południwoafrykańscy naukowcy są przekonani, że ludzkość ma swoje początki w okolicach Johannesburga. Co do tych początków to zdania są podzielone, ale bez wątpienia cały współczesny świat jest w RPA.
Na niedzielnym pchlim targu, w johannesrburskiej dzielnicy Rosebank, jest jak na południowoafrykańskiej fladze, spotyka się barwny koloryt kultur i ras.

Jak przystało na miłośnika starych zegarków, znalazłem stragan z czasomierzami. Wypatrzyłem czterdziestoletnią, szwajcarską, pozłacaną Cymę. Właściciel kolekcji to Egipcjanin, który skupuje zegarki na kilogramy. Obok chińskich podróbek miał oryginalne stare zegarki. Właśnie skończył przykręcać dekiel Cymy po prezentacji mechanizmu, gdy przyszedł elegancki Żyd w jarmułce i serdecznie przywitał Araba. Zrobiło się z nas dość ciekawe konsylium znawców zegarków: Arab, Żyd i Polak. Pogadaliśmy o szwajcarskich zegarmistrzach, a potem starozakonny pochwalił się  japońskim Seiko 5, którego niegdyś kupił u naszego wspólnego znajomego z Egiptu.

Kilkanaście metrów od nas, rdzenni Afrykańczycy pomalowani i wymyślnie przebrani tańczyli swój taniec.

Po przeciwnej stronie placu sprzedawca zachwalał polskie kiełbasy, a kawałek dalej był spory stół z naszymi wypiekami, z makowcem na czele. Sprzedawała je melancholijna Bułgarka zatrudniona przez polską ciastkarkę.

Nieco dalej na kilku stołach, i w przenośnych biblioteczkach, spoczywały dziesiątki książek, głównie o samorozwoju, psychologii i duchowości.
Tydzień wcześniej kupiłem tu kilka pozycji. Sprzedawał je czarnoskóry intelektualista w gustownie skrojonym garniturze. Ucięliśmy sobie pogawędkę. Dopytał mnie o nazwę naszej podwarszawskiej wioski, potem wymieniliśmy opowieści o znaczeniu naszych imion.

Imiona chyba są ważnym tematem dla Afrykańczyków. Kilkakrotnie zdarzyło mi się odpowiadać na pytanie o znaczenie mojego imienia.

W niedzielny wieczór odwiedziłem znajomych Chorwatów, którzy z Belgradu uciekli do Johannesburga, gdy z dnia na dzień okazali się wrogami okolicznych Serbów.
Wkrótce na podwieczorku pojawili się ich przyjaciele. Także emigranci z Jugosławii. Myślałem, że to Chorwaci. Myliłem się, to byli Serbowie, jak niemal wszyscy znajomi gospodarzy.

Południowa Afryka połączyła Żydów z Arabami, Chorwatów z Serbami i odrobinę połączyła czarnych z białymi.
Lecz to ostatnia para ma dość luźne związki. W biurze słyszałem jak murzyńska koleżanka powiedziała białemu koledze, że on to ma szanse na stanowisko dyrektorskie, bo ma właściwy kolor skóry.
Zresztą, jak gorzko żartował dziennikarz opisujący mistrzostwa piłkarskie: patrząc na trybuny możnaby pomyśleć, że RPA to głównie biali i hindusi. W rzeczywistości wynikało to z faktu, że na bilety było stać tych, którzy mają pieniądze, a u czarnych z pieniędzmi krucho.
Aż dziwne, że miejsca nie były wypełnione Chińczykami. Kilka osób związanych z afrykańskimi kopalniami mówiło mi, że pieniądze azjatyckiego tygrysa coraz bardziej dominują wydobycie wszelkich minerałów na całym kontynencie.

Podczas pobytu w RPA zwiedzałem muzeum nazwane kolebką ludzkości. Były tam szczątki sprzed dwóch milionów lat, które być może należały do przodków człowieka.
Tutejsi naukowcy twierdzą, że praczłowiek przewędrował Afrykę i poszedł dalej docierając wszędzie, łącznie z Azją.
Jeśli to prawda to historia zatoczyła koło. Bo teraz Azjaci odbywają wędrówkę do Afryki coraz wyraźniej opanowując wiele tutejszych regionów mniej lub bardziej dyskretnym zdobywaniem wpływu na tutejsze firmy i rządy.

Autostopowicze.

Syna i psa odwiozłem do moich rodziców do Galicji, a po kolacji, wraz z córką, wracałem pod Warszawę.
Ujechałem kilka kilometrów, gdy zobaczyłem parę turystów z dużymi plecakami i kartką „Radom”.
Zatrzymałem się i skończyło się tym, że nikt z nas do Radomia tego dnia już nie dojechał.

Jak widzę autostopowiczów z bagażami to odruchowo staję i ich zabieram. Sam, w latach studenckich, przejechałem tysiące kilometrów, podwożony przez ludzi dobrej woli. Czasem były to wyprawy ekstremalne, jak tysiąckilometrowa podróż przez zimową Skandynawię w marcu 1992, aby dotrzeć na słynny studencki festiwal w norweskim Trondheim. Innym razem jechałem odwiedzić narzeczoną pracującą we Normandii, i przy okazji doświadczyłem spania pod gołym niebem, pod paryską wieżą Eiffla. Pamiętam też przemierzanie Niemiec, tuż po obaleniu Muru Berlińskiego, gdy zachodni Niemcy nie mieli pojęcia o Polsce. Wtedy jeden kierowca, gadając z moim młodszym bratem i ze mną myślał, że żartujemy mówiąc, iż pochodzimy z Polski. Uwierzył dopiero, gdy pokazaliśmy mu nasze paszporty. Jego zdaniem Polacy, ani tak nie wyglądają, ani tak się nie zachowują, ani nie znają angielskiego.

Teraz, gdy widzę niedomytych turystów z wyciągniętym kciukiem i kartonem z nazwą kierunku, to mam przed oczami te dziesiątki ludzi, którzy kilkanaście lat temu mnie podwozili, karmili, załatwiali noclegi, obdarowywali mapami i opowiadali swoje historie życia.

Wróćmy do rozpoczętej opowieści z dwójką podróżników jadących do Radomia. Gdy plecaki były już w bagażniku, a autostopowicze na tylnym siedzeniu, to ruszyliśmy w ich wymarzonym kierunku. Okazało się, że tego samego dnia wystartowali ze Słowacji, wcześniej byli w Czechach i Austrii. Chłopak był z Florydy, a dziewczyna ze Szwecji. Jadą do Finlandii, przez Litwę, Łotwę i Estonię.
Niezwykle ciekawi ludzie. On studiował socjologię, a ona pisarstwo. Jako, że ostatnio zainteresował mnie temat uczenia dzieci w domu, zamiast posyłania do szkoły, to mogłem posłuchać o doświadczeniach ze Stanów, gdzie sporo rodziców decyduje się naukę w domu. Zdaniem A., który znał kilka osób uczonych w domu, każda z nich miała wyraźne niższy poziom kompetencji społecznych, niż koledzy chodzący do szkoły. Z J. rozmawiałem o pisarstwie, bo zaintrygowała mnie informacja o studiowaniu pisarstwa. Jej studia odbywają się na uniwersytecie ludowym (Folkuniversitetet), który działa na zasadzie stowarzyszenia oferującego dorosłym rozmaite programy edukacyjne. Zajęcia prowadzą z nimi m.in. najznakomitsi szwedzcy literaci.

Podczas rozmowy okazało się, że podróżnicy jadą do Radomia, aby stamtąd dotrzeć do Lublina, i dalej na Litwę. Wybrali Radom, bo na ich bardzo ogólnej mapie nie było głównej drogi do Lublina. Rozwiązałem ich obydwa problemy. To znaczy podarowałem moją starą, ale dokładną mapę Polski, oraz zmieniłem moją marszrutę i pojechałem przez Lublin.

Wspólnie szukaliśmy pomysłu na nocleg. Chodziło o miejsce, gdzie autostopowicze mogliby na dziko rozbić swój namiot. Pomyślałem o siostrze zakonnej z Lublina, którą spotkałem przed rokiem na warsztatach medytacyjnych. Uleciało mi z głowy jej imię, ale wiedziałem, że pracuje w akademiku. Po wjeździe do miasta skręciłem pod akademik, wysiadłem z samochodu i… przed wejściem spotkałem moją znajomą siostrę. Właśnie wracała ze spaceru. Czytających te słowa statystyków proszę, aby powstrzymali się od obliczania prawdopodobieństwa takiego zdarzenia losowego. Ja jestem przekonany, że to była synchroniczność. Czyli spotkałem siostrę, bo po prostu miałem ją spotkać. Wszystko poszło bardzo dobrze. Zostawiłem A. i J. na pięknym, parkowym trawniku. Po rozbiciu namiotu mieli się stawić w akademiku, aby skorzystać z łazienki.

Po pożegnalnych uściskach ruszyłem w stronę Warszawy. Jechałem ciesząc się, że kilka godzin wcześniej A. i J. napisali na swoim kartoniku „Radom”, a nie „Lublin”. Gdyby napisali „Lublin” pewno bym się nie zatrzymał, bo jechałem do Radomia. Wtedy bym z nimi nie porozmawiał. Zaś przez ich „Radom” pojechałem do Lublina i miałem niezwykle ciekawą podróż do domu.

Niemcy i ich język.

Lubię spotykać Niemców. Czy to w samolocie, czy w hotelach cieszę się, gdy mogę trochę lepiej zrozumieć życie naszych zachodnich sąsiadów. Rozmawiamy po angielsku – dobrze się czuję na neutralnym gruncie językowym. Mój średniozaawansowany niemiecki w zasadzie wystarczyłby na takie pogawędki, ale trochę to uciążliwe, gdy niemal każde moje zdanie jest korygowane przez rozmówcę.

Czytaj dalej

Tour de Suisse

Po roku mieszkania w Polsce niemal zapomniałem, że Szwajcaria to malutki kraj, który w jeden wieczór można przemierzyć od końca do końca.

W piątek miałem spotkanie w Lugano (tj. niedaleko Włoch), potem wsiadłem do pociągu i po kilku godzinach byłem w Heerbrugg na drugim końcu kraju, przy granicy szwajcarsko-niemiecko-austriackiej. Odwiedziłem przyjaciół, którzy przed rokiem opuścili Warszawę i osiedli w okolicach Jeziora Bodeńskiego. Sobotę spędziliśmy spacerując wzdłuż brzegu jeziora. Okazało się, że w miasteczku Rorschach trwa właśnie międzynarodowa wystawa rzeźb w piasku. Byłem pełen podziwu dla artystów, którzy włożyli wiele pracy w dzieła, których trwałość jest ulotna jak piasek użyty do rzeźb. Czytaj dalej

Hangzhou.

Słyszeliśmy od kilku osób, że warto wyjechać poza Szanghaj, aby zobaczyć inne oblicze Chin.
Szanghaj jest podobno specyficzny i daleki od reprezentatywności całego państwa.
Pierwotnie myślałem o podzieleniu tygodnia na dwa miasta: trzy dni w Pekinie i trzy dni w Szanghaju. Jednak podróż do Pekinu to ok. dziesięciu godzin w jedną stronę. Porzuciłem tą opcję. Mój wybór potwierdził spotkany w hostelowej łazience Amerykanin, który wrócił z Pekinu. Bardzo chwalił Szanghaj z powodu względnej czystości powietrza i serdecznej atmosfery na ulicach. Jego zdaniem zwiedzenie stolicy to umiarkowanie przyjemny obowiązek.
Pojechaliśmy wobec tego do Hangzhou położonego dwie godziny na południe od Szanghaju.

Zdaniem autora przewodnika zakupionego w Empiku, Chińczycy są ze swej natury powściągliwi w kontaktach z obcymi. Trudno to powiedzieć o Szanghaju. Byliśmy otoczeni serdecznościami i uśmiechami. Może to jest ta nienormalność największego miasta.
W Hangzhou dotknęliśmy innej społeczności. Podobnie jak w Szanghaju byliśmy bacznie obserwowani. Lecz tym razem uśmiech skierowany do gapia zwykle trafiał w twarz bez wyrazu. Czułem, że jestem nie tylko inny, ale także obcy. Czytaj dalej

Chiński pociąg.

Przed wejściem do budynku sprawdzanie biletów, potem prześwietlanie bagażu i już napis na wyświetlaczu kieruje nas do poczekalni numer 2, skąd zostaniemy skierowani do pociągu. Kwadrans przed odjazdem następuje „boarding”, czyli wszyscy pasażerowie idą z poczekalni wprost do wagonów. Czyli z grubsza tak jak w samolocie.
Zresztą podobieństw jest więcej: bilety mamy w klasie ekonomicznej (drugiej), w odróżnieniu od droższej klasy biznes (czyli pierwszej).  Takimi rozwiązaniami, znanymi z lotnisk, rozpoczynamy podróż chińskim pociągiem D, czyli odpowiednikiem naszego Inter City.
Wagon jest czysty i przypomina szybką szwajcarską kolej Cisalpino łączącą Zurych z Mediolanem oraz niemieckie wagony ICE. Z tą różnicą, że w chińskiej wersji jest dużo więcej miejsca na nogi.  Informacje dla podróżnych są podawane na dwujęzycznym wyświetlaczu i powtarzane przez głośniki, podobnie jak w Niemczech, zamiast szwajcarskiego czterojęzycznego kierownika pociągu korzystającego tylko z głośników.
Podróżujemy stosunkowo wolno. W okolicy Szanghaju jedziemy sporo poniżej 100 km/h (pewno tory nie przeszły jeszcze odnowy technologicznej).  Potem rozpędzamy się do 170 km/h.
Polskich czytelników nie znających szwajcarskiej ani niemieckiej kolei proszę o wybaczenie, że brak tu odniesienia do polskiego Inter City. Takie porównanie jest ponad moje siły. Polska kolej przewyższa chińską chyba wyłącznie ceną.  Tutaj płacę ok. 14 groszy za przejazd jednego kilometra szybkim pociągiem (miejscówka w cenie), w Polsce, o ile dobrze pamiętam, jest chyba dwa razy drożej. Dla ścisłości powiem, że szwajcarska kolej jest kilkakrotnie droższa od polskiej (lecz bardzo powszechne są tam bilety o obniżonej cenie). Zatem zostawmy na boku sprawy cen.
Czytaj dalej

Spacerkiem po Szanghaju.

Prawie tydzień w Szanghaju dał nam próbkę tego co w Chinach ciekawe.
Było coś dla ciała, było trochę ciekawostek, zobaczyliśmy co nieco z życia duchowego oraz nawiązaliśmy odrobinę kontaktów społecznych.
Schodziliśmy Szanghaj we wszelkich kierunkach. Wielogodzinne spacery w ponad trzydziesto stopniowym upale były męczące. Lecz w ten sposób nasze stopy dotknęły przeróżnych zakątków miasta. Byliśmy zarówno w biednych, wąskich uliczkach pełnych mocno zapuszczonych knajpek i sklepów. Odwiedziliśmy też kilka domów towarowych i miejsc, gdzie ceny były skrojone na miarę bardzo bogatych klientów (co było też widać po rodzaju kupujących). Mimo przyjęcia do wiadomości przewodnikowych ostrzeżeń przed przestępcami, zauważyłem, iż Chińczycy pokojowo współegzystują. Obok bardzo ubogich domów widzieliśmy rezydencję z Porszem zaparkowanym przy krawężniku. Na drogach odnosi się wrażenie bałaganu, ale ludzie spokojnie reagują na otoczenie. Widziałem, jak hałaśliwe jednoślady lekko się uderzyły – przez nieuwagę lub ciasnotę na ulicy – obydwaj kierowcy ruszyli dalej bez cienia pretensji. Wszechobecne używanie klaksonu i ignorowanie pieszych na pasach robiło na mnie wrażenie zachowań agresywnych, ale w bezpośrednich kontaktach nie widziałem nerwowości. Nawet w zatłoczonym do granic mrowiska metrze ludzie byli spokojni. Wprawdzie zajęło mi parę dni zrozumienie tutejszego systemu wsiadania do wagonu, aby przestać mieszać na stacjach. Otóż – zgodnie z instrukcjami administracji metra – wysiadający wychodzą środkiem drzwi, a wsiadający wchodzą do wagonu z dwóch stron z brzegu drzwi. Działa to sprawnie, no może z wyjątkiem sytuacji, gdy niedoinformowani turyści – jak ja – zaburzają ten porządek. Czytaj dalej

Wycieczka dla dziecka.

Już prawie południe. Siedzę w ogródku schroniska młodzieżowego, popijam herbatę. Za moimi plecami co kilka minut słyszę huk przejeżdżającego metra, a z pobliskiego skrzyżowania dolatuje jazgot klaksonów. Trąbi chyba większość kierowców, głównie ci na jednośladach.
Tak brzmi Szanghaj w wakacyjną niedzielę. Ktoś mówił, że na chińskich ulicach hałasują masy rowerzystów. To raczej nie dotyczy Szanghaju. Tutaj wszędzie widać niezliczony ogrom skuterów. Jest faktycznie trochę rowerów, ale skutery niepodzielnie dominują na drogach. Pewno zapytacie co mnie skłoniło do oglądania szanghajskich ulic?
Przyjechałem tu na tygodniowy urlop ze starszą córką.
Od jakiegoś czasu dzieci domagały się wyjazdu na inny kontynent. Ja najchętniej spędzam wakacje, gdzieś na polskim odludziu, ale rozumiem, że moje latorośle potrzebują doświadczyć odmienności.
Czytaj dalej