Archiwa kategorii: Oni

Jan jedzie do Wanaki.

Na tylnym siedzeniu pożyczonej Toyoty Prius siedział niezadowolony autostopowicz. Było już późne popołudnie, gdy zabraliśmy go z drogi koło lodowca Fox. Przed nami były ze dwie godziny jazdy do Haast. Tam chcieliśmy przenocować.

Nazajutrz ruszaliśmy dalej. Wtedy naszą pierwszą miejscowością miała być Wanaka.

Nasz nieszczęsny autostopowicz uparcie powtarzał, że Haast jest bez sensu, że leży na pustkowiu, niczego tam nie ma i zostawanie tam na nocleg to kiepski pomysł. On postanowił dotrzeć do Wanaki. Wanaka to wspaniałe miejsce, wiele tam się dzieje, a co więcej, on chciał tam spotkać swojego znajomego.

Moje autostopowe doświadczenie podpowiadało, że są marne szanse dotarcia w sobotni wieczór do Wanaki, do której prowadziła kręta górska droga.

Na najbiższym postoju, gdzie oglądaliśmy malowniczą zatokę, amator Wanaki wybiegł na szosę i desperacko zatrzymał jedyny samochód, który wyprzedziliśmy po drodze. Oczywiśncie auto jechało tylko do Haast, a był to ten sam kombiak, z którego zrzędzący turysta wysiadł, by wsiąść do naszej Toyoty. Miał wtedy nadzieję, że my pojedziemy do Wanaki.

Potem, na kolejnym postoju, podobna historia. Tym razem to już sam zatrzymałem mijającego nas kampera. Ten też planował nocleg w Haast.

Tłumaczyłem upartemu autostopowiczowi, że dla mnie każde miejsce potrafi być atrakcyjne. Podawałem przykłady ze swoich podróży. Lecz jego zdaniem nic nie mogło zmienić faktu, że Haast jest bez sensu.

Wyobraźcie sobie, że facet miał rację! Jego Haast okazało się porażką. Po dotarciu do wioski, od razu wrócił na drogę czekając na okazję. Po jakimś czasie zrezygnował i jeszcze bardziej rozgoryczony zaszył się w schronisku. Minąłem go, gdy wlókł się na nocleg. Na pożegnanie pozrzędził na temat bezsensu sytuacji i nie miał głowy, aby zapytać o nasze plany na niedzielny poranek. Gdy nazajutrz rano, wyruszaliśmy w trasę, on najwyraźniej jeszcze spał w swoim pokoju. Tym sposobem stracił szansę dotarcia do Wanaki na śniadanie. Haast był dla niego, zgodnie z oczekiwaniami, absolutną porażką.

Przy okazji dodam, że wieźliśmy jeszcze jednego autostopowicza. Ten był zadowolony, że po długich godzinach czekania może przemierzyć kawał kraju. Na jednym z postojów spotkaliśmy też dwóch Irlandczyków, którzy przemierzali Nową Zelandię rozwalającym się kombiakiem. (To byli ci sami goście, którzy wcześniej podwozili naszego amatora Wanaki.) Wieźli  parę wędrowców. Wszyscy spotkaliśmy się potem w Haast. Całą siódemką poszliśmy na kolację do lokalnej knajpy. Żarcie było dobre i niedrogie. Potem wybraliśmy się na plażę wyposażeni w sporą ilość piwa. Irlandczycy postanowili tam nocować. Po rozpaleniu ogniska zrobiło się sympatycznie. Jak rozstawaliśmy się, ze radosną ekipą to oni wykrzykiwali, że to najlepszy nocleg jaki im się dotychczas przytrafił. Wróciliśmy do sympatycznego motelu. Nasze Haast było bardzo w porządku.

Na pokładzie A380.

Lufthansa kupiła osiem potężnych Airbusów zabierających 526 pasażerów. Dzisiaj leciałem jedną z tych maszyn.

Trudno mi pojąć jak 560 ton żelastwa, plastiku i paliwa może wzbić się w powietrze.

Nim wystartowaliśmy, już podpięcie A380 do terminala było ciekawostką. Wchodziliśmy do samolotu z dwóch poziomów frankfurckiego lotniska. Poczekalnia została specjalnie zaadoptowana do obsługi Airbusa. Rękawy dla pierwszej klasy i dla klasy biznes prowadziły na górne piętro maszyny, a ekonomiczne na dolny pokład.

Kabina, szeroka na ponad sześć i pół metra, zrobiła na mnie wrażenie przestronnej.

Słyszałem, że niektóre linie lotnicze wykorzystały okazję zakupu olbrzymiego samolotu do kreatywnego zaaranżowania jego wnętrza. Słyszałem o kontuarach barowych, placach zabaw itd. Lufthansa, z niemieckim pragmatyzmem, wykorzystała miejsce na umieszczenie jak największej liczby pasażerów. Warunki podróży są, moim zdaniem, bardzo podobne do innych dużych Airbusów i Boeingów, obsługiwanych przez tego przewoźnika.

Jedyną niespodzianką było gniazdo sieci komputerowej i port USB w podłokietniku fotela. Nie widziałem tego wcześniej. Po podłączeniu laptopa do sieci, komputer dostał swój adres IP, czyli został podpięty do pokładowej sieci. Był to tylko dostęp lokalny, bez internetu. Być może w przyszłości ma to być wykorzystane do surfowania podczas lotu. Natomiast przydatne okazało się gniazdo USB. Wpiąłem do niego komórkę i doładowałem baterię.

Skoro jesteśmy przy temacie gadżetów na pokładzie, to podzielę się z Wami ciekawostkami. Lufthansa robi w tym roku drugie podejście do internetu w lotach międzykontynentalnych. Na niektórych trasach transatlantyckich już są hot spoty w kabinie pasażerskiej. Następnym etapem będzie umożliwienie podróżnym korzystanie z telefonu komórkowego, ale tylko do wiadomości tekstowych.

Lufthansa zrobiła sondaż wśród pasażerów na temat korzystania z telefonów na pokładzie. Pod wpływem zebranych głosów postanowiono zablokować porty telefonii internetowej, oraz ograniczyć komórki do smsów i mmsów. Ludzie chyba nie chcą, żeby im współpasażerowie gadali nad uchem.

Napisałem, że jest to druga próba wdrożenia projektu internetowego w samolotach Lufthansy. Bowiem internet już był na ich pokładzie w ubiegłej dekadzie. Pamiętam lot z Azji, kiedy włączyłem na laptopie Skype’a i odbyłem kilka rozmów ze znajomymi i rodziną. Z tego co słyszałem ówczesne przedsięwzięcie upadło z powodów finansowych. Może było za wcześnie na taką usługę? Może było za drogo? Może formy płatności online potrzebowały więcej czasu na popularyzację?

Niemcy najwyraźniej wyciągnęli nauczkę z tamtej porażki. Teraz, działając z Deutsche Telekom, umożliwią płatność za internet tak samo jak za korzystanie z pakietów danych w roamingu. Będzie też możliwość płacenia kartami kredytowymi oraz milami z programu Miles&More.

Przypuszczam, że dopuszczenie komórek wymaga też innego zabezpieczenia urządzeń pokładowych, niż to było w przypadku wifi. Komórki potrafią ponoć narobić nieprzyjemnych psikusów czujnikom pożarowym oraz nawigacji. Więc projekt wygląda na ambitne przedsięwzięcie.

Podoba mi się ten pomysł Lufthansy, bo lubię widzieć jak ludzie szukają innowacyjnych rozwiązań. Pewno wielu pasażerów będzie zadowolonych z możliwości bycia online w trakcie lotu.

Dla mnie ma to małe znaczenie. Zawsze mam coś do roboty w ciągu długich lotów. Zwykle czytam książki.

Tym razem niewiele poczytałem, bo większość lotu przespałem. Teraz parę godzin na lotnisku w Singapurze i druga połowa drogi do Auckland.

Co ma zrobić I., aby podróżować służbowo?

Praca marzeń? Zwiedzać świat na koszt pracodawcy.

Jak do tego dojść? – zapytała mnie w e-mailu I. – koleżanka, która zaczyna swoją wędrówkę po rynku pracy.

Podczas weekendowej wycieczki, z niemieckim kolegą, uciąłem sobie pogawędkę na ten temat.

Obydwaj sporo latamy, dzieje się tak, pomimo światowego kryzysu i ustawicznego programu cięcia kosztów w firmie.

Przemierzając bajecznie zielony szlak, łączący plażę Carlos Rosario z plażą Flamenco na wyspie Culebra, rozprawialiśmy o tym co doprowadziło do naszych podróży.

Zastawialiśmy się co poradzić I. w realizacji jej marzenia. Nasze doświadczenia miały wiele podobieństw.

By pracować w różnych zakątkach globu trzeba być w firmie, która prowadzi międzynarodowy biznes. Czyli wydaje się, że podstawowym warunkiem jej znalezienie pracodawcy, który ma po co wysyłać swoich ludzi za granicę.

Do tego dochodzi niebanalny wymóg tego, by firma miała pieniądze na podróże. Wydaje się to coraz rzadsze wśród firm amerykańskich, a coraz powszechniejsze wśród chińskich. Pewno kolejny znak przesuwania się siły gospodarczej do Azji.

Są rozmaite oblicza podróży służbowych. Mój towarzysz debatowej wycieczki wspomniał o koledze, który zajmuje się obsługą kontenerowców zawijających do rozmaitych portów na świecie. Zjawia się w porcie przed przybyciem statku i koordynuje jego rozładunek. Mówił też o innym, który lata po świecie negocjując kontrakty. No i oczywiście nieśmiertelny przykład stewardessy zwiedzającej świat jako podniebna kelnerka.

Wróćmy do realizacji marzenia I. Gdy już moja dwudziestoparoletnia znajoma dostanie się do zamożnej międzynarodowej firmy, to pojawi się pewno pytanie dlaczego właśnie ją pracodawca miałby wysyłać w delegacje. Czyli co takiego wniesie do zespołu, aby ją wysłać w świat?

W naszych przypadkach podróże są skutkiem ubocznym. Nie byłym celem samym w sobie. Każdy z nas zagospodarował sobie jakiś odcinek roboty, a jego rozwój doprowadził do wyjazdów. Jedną z prozaicznych przyczyn wchodzenia w międzynarodowe projekty była znajomość języka. Podróżujemy na koszt amerykańskiej korporacji, więc w naszym przypadku ważny był język angielski. Obydwaj byliśmy nielicznymi pracownikami, którzy poza tym, że śmiało posługiwali się angielskim, to ponadto sami wchodzili w projekty wymagające współpracy z innymi krajami.

Czyli pewno ważne jest, by poza znajomością języka, mieć chęć i odwagę by robić z niego praktyczny użytek.

Lecz do roboty wnosimy coś innego, niż biegłość mówienia po angielsku. Każdy z nas ma jakiś talent, lub raczej konstelację talentów, które są przydatne dla globalnego przedsiębiorstwa. Mój niemiecki kolega łączy serdeczność i kulturę osobistą ze skrupulatnością, co pozwala skutecznie posuwać nerwowe projekty. Moim atutem jest łączenie zamiłowania do rozwiązań informatycznych z czerpaniem radości z pracy z ludźmi.

Każdy z nas, na którymś etapie, odkrył co jest jego unikalną siłą. Rozwinięcie tych sprawności pozwala nam wciąż być sobą i być coraz bardziej unikalnymi w tym co wnosimy do pracy.

Droga I, może takie postawienie sprawy utrudni Ci znalezienie szybkiej recepty na podróże służbowe. Myślę, że nie ma szybkiej recepty po odczytaniu, której każdy amator wyjazdów miałby załatwioną delegację w ciągu kilku tygodni. Jeśli chcesz zrealizować swoje marzenie zwiedzania świata na koszt pracodawcy, to radzę, znajdź się we właściwej firmie, we właściwym czasie, gdy potrzeba im Twoich niepowtarzalnych talentów.

Starszy pan na chodniku.

Wracając z biura spotkałem starszego pana, który golił się siedząc na chodniku. Miał schludne ubrania. Wyglądał na zadbanego. Innego dnia spotkałem go czytającego gazetę. Widziałem też, że spał okryty jakimiś ubraniami. Było to na zadaszonym łączniku ulic, który codziennie przemierzałem między hotelem, a biurem. Słabo znam Kuala Lumpur i jego obyczaje. Czuję, że bez względu na kraj, bezdomność jest zwykle wyborem ostatecznym.

W dniu mojego wyjazdu znowu tamtędy przechodziłem. Człowiek siedział na swoim legowisku, wyglądało, że niedawno rozpoczął dzień.

Zagadałem do niego. Odpowiedział ładną angielszczyzną, że jest z innej prowincji. Przyjechał szukać pracy. Na razie mieszka na ulicy. Jak zacznie pracować to za 200 ryngitów (czyli ok. 200 złotych) wynajmie sobie pokój. Życzyłem mu powodzenia i dałem jakieś pieniądze na jedzenie. Poszedłem do biura. Słyszałem za plecami jak wołał do mnie ciepłym głosem „God bless you!”.

Mam nadzieję, że znajdzie pracę.

Żarcie w Kuala Lumpur, czyli u Malaja od Chinki, w biurze Hindusa.

Jestem w Malezji. Chyba trzeci, a może czwarty raz. Wpadłem tu na tydzień, aby dokończyć szkolenie nowego człowieka w naszym zespole. Jego szefowa wylądowała na porodówce szybciej niż to było planowane, więc wpakowałem do walizy prezent dla nowonarodzonej Chinki i poleciałem zrobić szkolenie Malajowi. Wyzwaniem było znalezienie dogodnego terminu, bo facet jest w trakcie przygotowań do ślubu – a u tutejszych muzułmanów to zawiła i wielotygodniowa procedura. Po przylocie miła niespodzianka; okazało się, że mam do dyspozycji przestronne biuro tutejszego szefa, bo trwa hinduistyczne święto światła Diwali, więc on z tego powodu ma wolne.

Powyższy akapit dość wiernie oddaje koloryt religijny i etniczny Malezji. Liczebnie dominują Malajowie wierni islamowi. Natomiast w biznesie, szczególnie w sektorach zaawansowanych technologicznie jest sporo Chińczyków, którzy stanowią ponad jedną piątą populacji. Hindusi to około 7% mieszkańców Malezji. Swoje ślady zostawili też kolonizatorzy, więc tu i ówdzie są też chrześcijanie.

Lubię jeździć w delegacje do Kuala Lumpur. To jedno z moich ulubionych miast. Jak będziecie mieć szczęście tutaj dolecieć to pewno zdziwicie się, co ja takiego widzę w Malezji. Ani tu szczególnie ładnie, ani brzydko. Ceny w miarę przyzwoite, ale uderzająco tanio też nie jest. Można bezpiecznie mieszać się z tłumem, ale warto mieć się na baczności. Restauracje są prowadzone dość porządnie, ale jedzenie w przygodnych lokalach grozi problemami żołądkowymi. I tak dalej.

Chociaż może warto na chwilę zatrzymać się przy temacie posiłków. Tutejsze spektrum kulinarne jest odpowiednikiem tygla etnicznego Malezji. Mam przekrój wszystkich kuchni azjatyckich. Do tego zwykle są to kucharze z pierwszej ręki. Jako, że lubię próbować wszelakich potraw to lunche i kolacje są dla mnie najciekawszymi elementami dnia. Mój malezyjski podopieczny wymyśla miejsce posiłku, a ja zdaję się na jego sugestie przy wyborze menu. Próbuję wszystkiego. Zwykle zjadam do końca. Poddałem się tylko raz, przy deserze z cukrowych żelek polanych sokiem kokosowym i posypanych tłuczonym lodem z masą cukru. Mój lokalny kolega też ledwo co napoczął swoją porcję, więc czuję się rozgrzeszony.

Niedawno zastanawiałem się nad tym, co ciekawego jest wciąż – po odwiedzeniu kilkudziesięciu krajów – w moich podróżach służbowych. Wyszło na jedzenie. Po prostu chodzi o żarcie. Coraz to nowe, inne potrawy. Mieszanie smaków i składników, których wcześniej nie doświadczałem. To jest dla mnie główna frajda.

Kiedyś powiedziałbym, że atrakcją jest różnorodność spotykanych ludzi. Faktycznie moi współpracownicy reprezentują znakomitą paletę narodów, ras i religii. Po okryciu jak bardzo podobne mamy pragnienia i marzenia, bez względu na miejsce urodzenia, wolę pomruczeć przy herbacie z przyjaciółmi z mojej podwarszawskiej okolicy, zamiast lecieć w tym celu na koniec świata.

Kiedyś cieszyłem się na myśl, że w delegacji zobaczę inne, egzotyczne, nietypowe miejsca, budowle, rośliny i zwierzęta. Zobaczyłem ich sporo. Lecz oglądałem je przez szybę – dosłownie lub w przenośni. Uznałem, że poznawanie zakątków Ziemi jako turysta w autokarze, z aparatem i plikiem dolarów to strata mojego czasu. Mimo masy pieczątek w paszporcie, odbyłem tylko kilka podróży. Bowiem „podróż” to dla mnie zamieszkanie wśród lokalnej ludności, na warunkach zbliżonych do ich egzystencji. Taką podróż odbyłem kiedyś z mojego rodzinnego miasta do Lublina, potem była podróż do Warszawy, potem do podalpejskiej wioski w Szwajcarii. Być może jeszcze mogę powiedzieć, że mój kilkumiesięczny projekt w Sydney to też była podróż. Reszta to pusta turystyka. Zamiast własnych zdjęć i opowieści zawodowych przewodników, wolę raz na jakiś czas zobaczyć filmy Wojciecha Cejrowskiego. W jego podróżach widzę prawdę podróżnika. Niniejszym serdecznie kolegę Cejrowskiego pozdrawiam i przesyłam wyrazy uszanowania.

Czyli jak widzicie w mojej delegacji najważniejsze są diety. Absolutnie nic do tego nie mają diety rozumiane jako dostosowanie ilości i rodzaju pokarmu do potrzeb organizmu. Bowiem podczas moich wyjazdów żarcie przekracza tak potrzeby, jak i momentami możliwości przewodu pokarmowego. Zatem najważniejsze są diety, czyli to, że korporacja utrzymuje mnie w podróżach służbowych.

Piszę to po zjedzeniu ostatniej kolacji w Kuala Lumpur. W hotelowym pokoju bulgocze czajnik, za chwilę powtórnie zaleję zieloną herbatę i puszczę ten wpis w partycje amerykańskiego serwera goszczącego mojego bloga. Jutro pakuję bagaż i poprzez zalany Bangkok oraz bogaty Frankfurt lecę do domu.

A jak Wasza turystyka? A może podróżowanie? Napiszcie. Miło będzie się nawzajem ubogacić wymianą myśli.

Na promie pisane na kolanie.

Siedzę na promie z wyspy Waiheke na stały ląd. Dobry moment na zebranie weekendowych wrażeń.

Zgodnie z przewidywaniami, zobaczyłem piękne miejsca i bezproblemowo żyjących ludzi.
Może Nowa Zelandia nie jest rajem na Ziemi, ale wiele jej do tego nie brakuje.

Pewno gdyby na promie tak nami nie miotało, to bylibyśmy krok bliżej do raju. Siedzę na górnym poziomie, a fale i tak przelewają się przez osłony z tworzywa sztucznego. Póki daje się pisać, to wracam do podsumowania mojej turystyki.

Sobotni lunch i jego kontekst miło zapadły mi w pamięć. Około półtorej godziny jazdy na północ od Auckland jest winnica, którą poleciła mi koleżanka z pracy. Jak się domyślacie, winnic w tym kraju jest pod dostatkiem, więc to chodziło o coś innego niż wypicie lampki czerwonego wina. Szczególnie, że znajomy Nowozelandczyk stwierdził, że pije białe lokalne, a czerwone australijskie.

O kurcze, wciąż mocno buja promem. Chyba wiem dlaczego facet obok mnie pije piwo z dwóch butelek na raz. Jedna to pewno za małe znieczulenie.

Wracam do tematu. Otóż wspomniana winnica jest galerią sztuki na otwartym powietrzu. Sztuka tam jest współczesna i do tego nowozelandzka, więc uznałem, iż może do mnie coś trafi  z artystycznej kreatywności. Eksponatów było ze czterdzieści. Graffiti na drzwiach drewnianego wychodka oraz namiot z folii odblaskowej średnio do mnie przemówiły. Lecz już mosiężna tabliczka z napisem „‚to drzewo zastało powalone dla upamiętnienia porzuconej nadziei” wmurowana obok starego pnia, bardzo mi się spodobała. Znalazłem też inne tabliczki w podobnym stylu. Zachęcały do refleksji na zmarnowanymi intencjami, nierozwiązywalnymi różnicami i zniszczonymi marzeniami.
Dwukilometrowy szlak artystyczny prowadził przez leśne ścieżki, zahaczał o małe jeziora, wspinał się na szczyt okolicznego pagórka i oplatał winnicę, z której żyją właściciele tego domu kultury pod gołym niebem. Czyli trzy w jednym: posiłek, wycieczka po winnicy oraz wizyta w galerii.

Pozostałą część relacji piszę już z lądu. Czuję się dużo lepiej, gdy podłoga stoi w miejscu.

Po sobotniej włóczędze samochodem, w niedzielę wypuściłem się na wodę, czego ślady są powyższych kawałkach tekstu.
Płynąc promem kilkadziesiąt minut na wschód dotarłem do wyspy Waiheke. Piękna wyspa słynąca z winnic, plaż i celebrytów, którzy ukrywają się w zacisznych willach ukrytych wśród zarośli i pagórków.

Tak wyglądało moje spotkanie z północną wyspą Nowej Zelandii pośrodku tutejszej zimy. Mam tu wrócić na wiosnę, czyli… w listopadzie.

Dać na mszę za rodaka.

„Jako pracownik fizyczny w Anglii zarabiam lepiej, niż w Polsce manager.” Tak znajomej Brytyjce powiedział jej sąsiad.

Dzisiaj po południu, po biznesowej prezentacji, uciąłem sobie z K. dłuższą pogawędkę o Polsce. K. wie o naszym kraju bardzo mało. Trochę wyniosła z wystawy o Holocauście, którą widziała kilka miesięcy temu w Londynie, a trochę z zasłyszanych informacji związanych z Polakami na Wyspach.

Wyzwalaczem rozmowy był mój wyjazd ze Szwajcarii parę lat temu. Lubię takie pytania z boku, o to czemu jestem teraz w Polsce, bo prowokują mnie do zastanowienia.
Czy często rozmyślacie dlaczego mieszkacie w Polsce? O tym co takiego jest w kraju rodzinnym co mnie tu trzyma?
Moją głowę zwykle zaprzątają inne pytania. To w Szwajcarii częściej się zastanawiałem dlaczego tam mieszkałem, niż teraz w Polsce.

K. sama doszła do wniosku, że w Polsce musi być spora dysproporcja w dochodach między różnymi grupami. Skoro dla jej sąsiada przeprowadzka do Anglii była gwałtownym awansem materialnym, a dla mnie zarówno zamieszkanie w Szwajcarii, jak i wyjazd z niej tylko nieznacznie wpłynęły  na moje poczucie zamożności.

W Polsce znam ludzi zarabiających jedną dziesiątą tego co ja. Co więcej, było tak też przed moim wyjazdem do Szwajcarii. Zaś w Anglii, K. nie może sobie wyobrazić kogoś, kogo będzie dzieliła od niej taka przepaść dochodów.
Jesteśmy rówieśnikami i mamy podobny zakres doświadczenia. Nasza pozycja w biznesie jest porównywalna.  Pewno jej przeprowadzka do Polski, lub moja do Anglii, nie spowodowałaby przesunięć w naszej sytuacji materialnej.
Lecz podobny ruch sprzątaczek w naszych firmach byłby życiową rewolucją dla nich obydwu.

Myślę, że tu pogrzebany jest temat bycia w dwóch przeciwległych polskich rogach. Dla mnie Polska jest najlepszym miejscem do życia. Mogę robić to co lubię, czując, że jestem na swoim miejscu na Ziemi.
W tym samym czasie, w tym samym kraju, słyszę do głębi prawdziwie brzmiące głosy osób, które w Polsce trzyma tylko grawitacja. Osób, które uważają, że tylko emigracja będzie ich szansą na szczęśliwe życie.

Do myślenia dało mi też inne spotkanie. Ostatnio leciałem samolotem z Zurychu. Obok mnie siedziała aktorka, nieco starsza ode mnie. Z reakcji stewardessy domyślam się, że serial, w którym grała był popularny. (Po wylądowaniu usłyszałem od stewardessy, że powinienem dać na mszę, za szczęście siedzenia i rozmawiania z taką osobą) Zatem miałem do czynienia z osobą, która – jak wnoszę z kontekstu sytuacyjnego – odniosła sukces mediowy. Przypuszczam, że też jakoś wiąże koniec z końcem. Mieszkała i uczyła się aktorstwa w Stanach, zwiedziła kawał świata. Ogólnie osoba, z którą rozmowa sprawiała mi przyjemność.
Jej zdaniem Polska jest okropnym miejscem do mieszkania z racji tego jak ludzie się do siebie odnoszą, jak się traktują. W porównaniu z latami komunizmu jest ponoć dużo gorzej dlatego, że wtedy wszyscy byli podobnie ubodzy, a teraz na drodze do serdeczności stoją różnice materialne.

Czy faktycznie zgubiliśmy naszą polską solidarność? Czy stało się to przez pieniądze? Czy ograniczyliśmy swoją definicję „fajnych Polaków” do ludzi o naszym poziomie dochodów?

Może pieniądze były tylko żyznym nawozem i wyrosło co w nas i tak siedziało? Może i za komuny z lekceważeniem patrzyliśmy na ludzi o innym podejściu do życia niż nasze? Może i wtedy szacunek do osoby, z którą dyskutowaliśmy wynikał z jej ważności, a nie z samego faktu, że jest człowiekiem? Może Ci co mieli dużo więcej, lub dużo mniej, niż my byli wyszydzani? Może to wszystko tylko wyglądało na solidarną harmonię, bo wokół byli tylko ludzie, którzy znaczyli równie mało co my; mówili to co my; mieli takie wartości jak my; mieli takie marzenia jak my i mieli tyle samo pieniędzy co my?

Key West Story.

Tłum ludzi na Placu Mallory czekał na zachód słońca. Wśród gapiów występowali kuglarze i uliczni muzycy, ktoś stawiał tarota za pieniądze, a nad tłumem latał dwupłatowiec reklamujący atrakcje lotnicze. Tak wyglądał niedzielny wieczór w porcie Key West – najbardziej wysuniętym na południe skrawku Stanów Zjednoczonych. Ponoć taki festyn jest tam codziennie, i to już od wielu lat. Około dziewiętnastej przy akompaniamencie oklasków słońce zniknęło za horyzontem. Pospiesznie przemknąłem portowymi uliczkami i odpaliłem ogromny silnik w Mustangu. Czekało mnie co najmniej osiem godzin jazdy do hotelu oddalonego o ponad 440 mil, czyli 700 kilometrów.

To był koniec mojego weekendu na Florydzie. Było moim niewątpliwym wariactwem przemierzenie łącznie półtora tysiąca kilometrów, aby spędzić jeden dzień w Key West. Miasteczko ma w sobie tyle uroku, że jestem gotów uwierzyć w plotkę, iż zgodnie z indiańską klątwą każdy przybysz będzie czuł nieodpartą potrzebę, aby tu powrócić.
W moim przypadku za tym wyjazdem stały delfiny.
Chciałem zobaczyć te ssaki na wolności, w ich naturalnym środowisku. Na moje zapytania Google uporczywie wyrzucały linki związane z Florida Keys. Sprawdziłem na mapie i dopytałem lokalnych kolegów. Ktokolwiek w biurze słyszał, że myślę o Keys to gorąco wspierał mnie w pomyśle wyjazdu. Coś musiało być na rzeczy, gdy mój szaleńczy pomysł spędzenia za kółkiem kilkunastu weekendowych godzin spotykał się z tak pozytywnym przyjęciem.
Otrzymałem wszelkie możliwe rady poczynając od tego jakie przekroczenia prędkości pozwolą mi uniknąć mandatu, gdzie na drogę może mi wypaść pantera, a gdzie muszę być przygotowany na rozjeżdżanie węży.

Wyprawę rozpocząłem w sobotnie południe. Oczywiście mogłem pomyśleć o wyruszeniu wcześniej, na przykład o świcie, ale wtedy ominęłoby mnie nocne wyjście do parku rozrywki Busch Gardens przemalowanego w halloweenowe Howl-O-Scream. Zatem piątkowy wieczór spędziłem w wesołym miasteczku, potem to odespałem w moim hotelu koło Tampy, a przed wyruszeniem na południe wstąpiłem do supermarketu po wodę, t-shirty i krem przeciwsłoneczny.

Pomny pouczeń znajomych trzymałem się w granicach dziesięciu mil od dozwolonej prędkości. Spory kawałek autostrady zalecał 70 mil na godzinę, czyli 113 kilometrów na godzinę. Reszta drogi to głównie 55 mph czyli 88 kmh.
Pokusę zabawy trzystukonnym silnikiem Mustanga leczyłem tempomatem ustawionym na stałą prędkość.

Po mniej więcej sześciu godzinach opuściłem stały ląd i wjechałem na mosty łączące wyspy Keys. Słynny Seven Miles Bridge (Most Siedmiomilowy) przemierzałem już po ciemku. Na kolację dotarłem do Key West, gdzie ma swój koniec droga US-1 ciągnąca się od granicy z Kanadą.

Zostawiłem bagaże w hotelu i poszedłem na stare miasto, gdzie miały czekać na mnie liczne kluby. Centrum Key West tętniło życiem. W wielu miejscach można było posłuchać muzyki na żywo. Przysiadłem w knajpie, gdzie przypasowała mi muzyka. Dostałem pyszny kawałek ryby, a na deser zmrożony sok owocowy. Potem przez chwilę połaziłem po uliczkach zaglądając do kilku klubów i znużony długim dniem poszedłem spać.

Nazajutrz miałem umówione spotkanie z delfinami. Cieszyłem się, że je zobaczę. Zdaniem właścicielki galerii obrazów, którą odwiedziłem przed rejsem. delfiny też się miały cieszyć na spotkanie ze mną (tzn. Tippi, żona Zbyszka ze Zbyszek Gallery uznała, iż mam dobrą energię, a to sprawi radość delfinom).

Przed delfinami odwiedziłem jeszcze dom, gdzie w latach 30. mieszkał Hemingway. Potem powłóczyłem się po miasteczku zahaczając o wspomnianą galerię. No i już była prawie druga po południu, czyli czas na rejs.

Przy łodzi czekała Sheri, która prowadzi jednoosobową firmę pod nazwą „Wild about Dolphins” („Szalona na punkcie delfinów”). Była też trójka pozostałych uczestników wycieczki: szwajcarskie małżeństwo z dorastającą córką.
Delfiny nie kazały na siebie długo czekać. Kilkanaście minut po wyściu w morze, Sheri usłyszała przez radio, że jej kolega z innej firmy jest wśród delfinów. Jego zdaniem koło łodzi było ich ze dwadzieścia. Po chwili zobaczyliśmy zwierzęta kilkaset metrów od nas. Były coraz bliżej. Sheri włączyła walce Strausa, bo ponoć delfiny lubią słuchać muzyki i chętnie przypływają tam, gdzie grają ich ulubione kawałki. Pojawiły się delfinie rodziny, gdzie para rodziców asystowała swoim dzieciom. Rodziny trzymały się na dystans od łodzi. Lecz kilka dorosłych delfinów przepływało tuż obok nas. Były tak blisko, że gdyby nie wysokość burty to byłyby na wyciągnięcie ręki.
Miałem szczerą ochotę wskoczyć do wody. Zdaniem Sheri, w październiku lepiej tego nie robić, bo delfiny opiekują się młodymi i nie lubią by im przeszkadzać. Lecz w niektóre letnie dni można śmiało z nimi popływać, mimo, że to dzikie stworzenia.

Pożegnaliśmy delfiny i popłynęliśmy popluskać się na płyciźnie. Poleniuchowaliśmy zbierając muszelki, obserwując kitesurferów i jedząc lunch serwowany przez naszego kapitana. Ostatnim punktem programu było nurkowanie z maskami i rurkami przy rafie koralowej. Skończyło się tym, że sam zostałem w wodzie, po tym jak zobaczyłem ogon odpływającego rekina. Z mojego opisu Sheri uznała, że to Nurse Shark (rekin wąsaty), którym nie warto się przejmować. Szczególnie takim, co to się oddala. Ja jednak czułem się trochę niepewnie i nurkowałem tylko w pobliżu łodzi. Mój szwajcarski kompan niezwłocznie wyszedł z wody, i podobnie jak jego rodzina został w łodzi. Trochę pooglądałem kolorowe rybki i też wróciłem na pokład.

Po atrakcjach Key West czekała mnie długa nocna jazda do Tampy. Pocieszałem się faktem, że nawet gdybym na weekend nie ruszał się z miejsca, to miałbym przed sobą bezsenną noc. Bowiem z niedzieli na poniedziałek ruszał system produkcyjny w koordynowanym przeze mnie projekcie. Tej nocy koledzy w Nowym Jorku zamknęli stary system. Nasz człowiek w Warszawie ruszył z importem danych na serwer koło Tampy. Zaś ja systematycznie zbierałem informacje o sytuacji na froncie robót, dzwoniąc z komórki, gdy przemieszczałem się z południa Florydy.
Ku mojemu zaskoczeniu na drodze było trochę samochodów. Zaś pomysł pchnięcia Mustanga na wyższe obroty studził widok policyjnych patroli, których w nocy spotkałem więcej niż za dnia. Zatem zamiast w cylindry sportowego silnika, wrzuciłem energię w samochodowe głośniki słuchając płyt z komórki podpiętej do radia. Najlepiej mi wtedy brzmiał Marcin Styczeń ze swojego krążka „21 gramów”.

Kończąc słonecznie pozdrawiam Marcina Stycznia i swojakowych czytelników.

Anglia, Hindusi i szczur laboratoryjny.

Po kilku miesiącach ponownie zawitałem do angielskiego biura naszej globalnej firmy.

Pustawe biuro.
Gdy przekroczyłem próg sporego „open space” (czyli hali z biurkami upakowanymi w najtańszy z możliwych sposobów) to pomyślałem, że trwa jakieś wyjazdowe spotkanie. Większość krzeseł była pusta. Wątpliwości rozwiał kolega, z którym miałem pracować w tym tygodniu. „Their jobs were outsourced” – po naszemu oznaczało to, że pracę dostali ludzie w Indiach, a Anglicy poszli szukać szczęścia gdzieś, gdzie jeszcze zatrudniają Europejczyków.
Nasza historia dość niepozornie (bo firma to stosunkowo mała korporacja) wpisuje się w gazetowe przykłady spółek giełdowych, które zostały wykupione przez spekulantów szukających szybkiego zysku. Kilka lat temu to też była spółka giełdowa. Grupa firm spod znaku private equity wykupiła wszystkie udziały, zdjęła spółkę z giełdy i rozpoczęła radykalne porządki licząc na niezłe zyski, gdy sprzedadzą organizację po ostrej operacji.
Częścią programu był miliardowy kontrakt z hinduską firmą, która przejmuje obsługę niemal wszystkiego co ma związek z komputerami.

Hindusi na Wyspach.
Anglikom współpraca z kolegami z Azji przychodzi najwyraźniej dość łatwo. Ich dawna kolonia na dobre zasila tutejszy rynek specjalistami i pracownikami usług. W podlondyńskim biurze Hindusi pracowali na długo przed pojawieniem się konsultantów przejmujących miejsca pracy Brytyjczyków.
Rozmawiałem z D., Anglikiem pochodzenia hinduskiego, który od wielu lat zajmuje się administracją systemu komputerowego i niezmiennie siedzi przy tym samym biurku. Rozpoczynał, gdy była to brytyjska firma założona przez lokalnego przedsiębiorcę, który z czasem przekazał firmę w ręce dwóch synów. Potem D. został pracownikiem korporacji, gdy rodzina dogadała się z Amerykanami w sprawie przejęcia biznesu. Teraz D. jest konsultantem w hinduskiej firmie. Jego zdaniem przejście do nowego pracodawcy było bezproblemowe, bo zgodnie z brytyjskim prawem nowy pracodawca przejął wszelkie zobowiązanie poprzedniej firmy.
Mniej szczęścia mieli Ci, których biurka stoją teraz puste.

Całkiem niedawno temu w Ameryce.
Nieco inaczej sytuację rysowali koledzy ze Stanów, gdzie odbyło się podobne sprzątanie zasobów ludzkich. Tam prawo pracy daje dużo swobody przedsiębiorcom. Mówi się, że to czynnik siły amerykańskiej gospodarki potrafiącej szybko otrząsać się z kryzysów. Lecz drugą stroną medalu jest pozycja pracowników. Zwolnić ich łatwo, a jest to dość tani zabieg. Także w USA niektórzy ze zwalnianych dostawali propozycję przejścia pod skrzydła hinduskiego pracodawcy. Lecz tam ponoć nie było tak lukratywnych ofert jak pod Londynem.
Obecnie sprawa likwidowania miejsc amerykańskich miejsc pracy i przenoszenie roboty do Azji dostała wymiaru politycznego. Jeden z dyrektorów, przy szklance piwa, powtarzał słowa prezydenta Obamy ganiącego korporacje za takie praktyki. Dyrektor wyznał, że jest dla niego sporym moralnym problemem informowanie pracowników, że ich praca zostaje przeniesiona do Indii. Źle się czuje w tej sytuacji i wygląda na to, że przy nadarzającej się okazji przesiądzie się na pokład innej firmy.
Mam nadzieję, że przynajmniej dotrwa do końca wdrożenia projektu, który mam domknąć w Stanach w październiku.

Gry i roszady biurowe.
Póki co jestem w Anglii i siedzę przy biurku, gdzie są przyklejone jakieś notatki, trochę zawodowej literatury, a nawet stoją kubki do herbaty. Wygląda jakby właściciel tego dobytku na chwilę wyszedł z firmy. Dopytałem kolegów czy faktycznie mogę korzystać z tego biurka przez cały tydzień. Jeden z nich skiną głową dając do zrozumienia, że w tym miejscu już nikt nie pracuje. Z ciekawości wpisałem do korporacyjnej książki adresowej nazwisko z wyświetlacza telefonu, który należał do osoby, która użyczyła mi swojego krzesła. Faktycznie, tego nazwiska już nie ma na liście.
Angielskie biuro z osobistymi rzeczami w miejscu pracy jest przeżytkiem odchodzącym do lamusa. Pomysłem na przyszłość są „hot desks”. Jak mi wyjaśniono, pracownik będzie dokonywał rezerwacji swojego biurka codziennie przed przyjściem do biura. Na miejscu wyjmie z podręcznego magazynu swoje pudełko z tym co potrzebuje do pracy i pójdzie szukać kącika wskazanego przez system.

Podziemne miasteczko.
Taka wizja biura wydała mi się mało przyjemna. Lecz poczucie bycia w matriksie trwało także po po wyjściu z pracy. Miałem ochotę na spacer do hotelu. Wtedy poczułem, że odruch przemieszczania się na nogach jest przeżytkiem w tej industrialnej mieścinie. Zamiast chodników są tutaj podziemne przejścia pod ulicami. Do hotelu mam około kilometra. Większość tej trasy biegnie poniżej poziomu dróg. Czułem się jak szczur laboratoryjny szukający drogi w labiryncie. Dochodziłem do ślepego zaułka, wracałem do skrzyżowania kanałów, w miejscu, gdzie pomyliłem kierunek. Potem kawałek w dobrym kierunku, wyjście na powierzchnię, aby zobaczyć jakieś charakterystyczne budynki i spowrotem do kanałów. Pierwszego dnia było to frustrujące. Moja ogólnie dobra orientacja w przestrzeni została wystawiona na poważną próbę. Nazajutrz już było łatwiej.

W takim kontekście coraz bardziej podoba mi się moja brudna mazowiecka wioska, gdzie zamiast w tunelach mogę spacerować po lesie. Miło mi też na wspomnienie naszego warszawskiego biura, gdzie powracającym tematem jest pytanie, gdzie posadzimy nowych pracowników, bo systematycznie rozrasta się nasz zespół. To dobra odmiana w porównaniu z impresjami z angielskiej delegacji.

Wróciłem do Europy. Stany zostały na swoim miejscu.

Spisuję trochę wrażeń na gorąco, aby zapamiętać nim uciekną i rozmyją się w głowie.

Ludzie wokół mnie. W moim projekcie większość stanowili faceci z Nowego Jorku. Być może, to z jakiego byli miasta miało znaczenie. Być może ważne było, że wywodzili się z firmy o „kulturze startupowej”, gdzie z małego przedsięwzięcia urośli do poważnej firmy i zostali przejęci przez korporację, która także mnie zatrudnia.
Chodzi o to, że było w tym zespole coś specyficznego. Było coś co odróżniało ich od naszych korporacyjnych Amerykanów, z którymi wcześniej miałem do czynienia. Poprzednio pracowałem z typami pasującymi do stereotypowego wizerunku Amerykanów z dużych firm. Byli formalni, bacznie patrzący w firmowe tylne lusterko – tzn. uważni na to kto może im wsiąść na kark, a kto może ich wyprzedzić. W wolnym czasie gadali głównie o jakiś konsumpcyjnych banałach. Tym razem było inaczej. Pół tuzina moich nowych współpracowników było osłodą roboty. Byli koleżeńscy i bezpośredni; głównie wobec siebie, ale z czasem przeszło to na ich relacje ze mną.
Okazało się, że czytujemy podobne artykuły. Naszym wspólnym czasopismem jest „Wired”, które sporo pisze o społecznym wymiarze technologii. Potem dowiedziałem się, że książką, która wywarła duże znaczenie na jednym z kolegów to „Siedem nawyków skutecznego działania” Coveya. To pozycja, którą sam uważam za niezastąpiony zbiór prawideł zdrowego współdziałania z ludźmi. Zresztą dla rzeczonego kolegi, Covey miał na tyle spory wpływ, że na jego ślubie był czytany fragment „Siedmiu nawyków”. Korzystając z okazji przytoczę tutaj ten kawałek, bo pozwala spojrzeć na miłość w nieco odmiennej perspektywie.
„Love is a verb, it is an action. You must do things for her, listen to her, be there for her. It’s not about what happens in return but what you do to love her.” („Kochać to czasownik. Musisz coś dla niej robić, słuchać jej i być z nią. To nie chodzi o to dostajesz w zamian; rzecz w tym co robić, aby ją kochać.”)

Legalizm z ludzką twarzą. Innym ciekawym doświadczeniem byli dla mnie obcy Amerykanie spotykani, gdy korzystałem z rozmaitych usług. Prezentowali oni dość sympatyczne połączenie przestrzegania zasad i ludzkiego podejścia do sytuacji. Doświadczyłem kilku takich sytuacji. Zjawiłem się na lotnisku do odprawy z walizką ważącą 65 funtów (29,5 kg), gdy limit to 50 funtów (22,5 kg). Pracownica linii lotniczych oznajmiła, że zapłacę za nadbagaż. Jako, że bilet był sprzedany przez Swiss, to opłata miała być wg szwajcarskich taryf. Gdy zobaczyła w systemie kwotę, to z troską powiedziała, że to aż 150 dolarów. Na mój komentarz, iż to dużo pieniędzy, pokiwała głową i przystała na propozycję, abym odchudził bagaż i wrócił z walizką pięśdziesięciofuntową. Gdy wróciłem to walizka faktycznie ważyła tyle co trzeba, bo mój bagaż podręczny urósł do rozmiarów przekraczających wszelkie lotnicze normy. Monstrualnie wypchany plecak, ogromna reklamówka i torba na ramię pozostały dyskretnie niezauważone. Później już przy wejściu do strefy odlotów, zauważyła to pracownica sprawdzająca paszporty. Ze znaczącym uśmiechem zwróciła się do mnie po imieniu i poradziła, abym wszystko upchną w dwie sztuki, bo ona mnie nie przepuści z trzema. Tak też zrobiłem.
W innych sytuacjach też widziałem przestrzeganie tego co było nieprzekraczalną normą, a jednocześnie sugerowanie rozwiązania, które zaspokoi mojej potrzeby. Gdy chciałem wejść do portu, aby zobaczyć ogromny statek wycieczkowy to pilnujący wejścia policjant mnie powstrzymał. Jak go dopytałem o wyjście z tej sytuacji, to powiedział, po której stronie portu jest dobry widok na statek zza płotu.

Samochody dla ludzi. Kilka tygodni temu wypożyczyłem samochód w Warszawie. Przy zwrocie auta, pracownik znalazł zarysowanie przy tylnych drzwiach. Pewno pochodziło od siatki z zakupami lub buta dziecka. Zapłaciłem 120 złotych za polerowanie i usłyszałem, że mam szczęście, bo nie muszę płacić za lakierowanie całego elementu. Kiedy wypożyczałem samochody na Puerto Rico, to tam też odprawa była skrupulatna. Każda najmniejsza rysa na zderzaku była zaznaczona na schemacie, który dostałem wraz z kluczykami. Natomiast we florydzkiej Tampie dostałem auto ze sporym zarysowaniem w okolicy baku. Pracownica wypożyczalni powiedziała, że nie ma problemu, bo oni liberalnie traktują drobne zarysowania. Dla mojego spokoju dopisała na rachunku informację o rysie. Przy zdawaniu samochodu faktycznie procedura była bezproblemowa. Ograniczała się do szybkiego rzucenia okiem na samochód i sprawdzenia stanu baku. Czy tam ogólnie tak jest, czy to tylko w Avisie, z którego korzystałem? Nie wiem. Lecz odnotowałem to jako ciekawostkę.

Miałem dobry pobyt w USA. Ktoś mnie zapytał czy zmieniłem zdanie o Ameryce. Poznałem ją nieco lepiej. Była to fajna wycieczka u Wielkiego Brata.