Archiwa kategorii: Fajną rzecz zobaczyłem

Śmieci.

Czy opłaca się segregować, a potem przetwarzać śmieci?
Podobno tak i do tego całkiem nieźle.

Ostatnio rozmawiałem z Australijczykiem, który „pracuje w śmieciach”.
Buduje spore stacje przetwarzania odpadów, zarządza nimi, a zyskiem dzieli się z lokalnymi społecznościami, w których prowadzi interesy.
Jedna stacja obsługuje około miliona mieszkańców.
Jak usłyszał, że za wywóz śmieci płacę miesięcznie około stu złotych, to stwierdził, iż jego australijscy klienci mają taniej. Lecz jak mu wspomniałem, że za oddanie kilograma makulatury trzeba w Pruszkowie zapłacić pięćdziesiąt groszy, to sprawdzał, czy dobrze zrozumiał, że to ja płacę, a nie mnie płacą.

Tak niestety jest w naszej okolicy. Nieliczne kontenery na makulaturę mają malutkie otwory i większe kartony trudno tam wrzucić. Zaś zakład oczyszczania przyjmuje makulaturę odpłatnie.

Australijczyk pokiwał głową, jednocześnie coś w myślach przeliczał. Po czym oznajmił, że może zapłacić kilka dolarów od każdej tony przyjętych śmieci.

Kilka tygodni wcześniej widziałem się z człowiekiem, który miał do czynienia ze śmieciami w Polsce. Jego zdaniem to jest kosztowny biznes i udaje się tam, gdzie jest dotowany z publicznych pieniędzy.

Wobec tego skąd Australijczyk bierze zysk w biznesie, który ponoć musi być dotowany?
Przetworzone odpady sprzedaje pośrednikowi, który dalej je upłynnia. Ponoć głównie w Chinach.

Tym sposobem poszerzyłem swoje horyzonty śmieciowe. W Polsce do segregacji trzeba dopłacać, a w Australii można z tego żyć.

Na promie pisane na kolanie.

Siedzę na promie z wyspy Waiheke na stały ląd. Dobry moment na zebranie weekendowych wrażeń.

Zgodnie z przewidywaniami, zobaczyłem piękne miejsca i bezproblemowo żyjących ludzi.
Może Nowa Zelandia nie jest rajem na Ziemi, ale wiele jej do tego nie brakuje.

Pewno gdyby na promie tak nami nie miotało, to bylibyśmy krok bliżej do raju. Siedzę na górnym poziomie, a fale i tak przelewają się przez osłony z tworzywa sztucznego. Póki daje się pisać, to wracam do podsumowania mojej turystyki.

Sobotni lunch i jego kontekst miło zapadły mi w pamięć. Około półtorej godziny jazdy na północ od Auckland jest winnica, którą poleciła mi koleżanka z pracy. Jak się domyślacie, winnic w tym kraju jest pod dostatkiem, więc to chodziło o coś innego niż wypicie lampki czerwonego wina. Szczególnie, że znajomy Nowozelandczyk stwierdził, że pije białe lokalne, a czerwone australijskie.

O kurcze, wciąż mocno buja promem. Chyba wiem dlaczego facet obok mnie pije piwo z dwóch butelek na raz. Jedna to pewno za małe znieczulenie.

Wracam do tematu. Otóż wspomniana winnica jest galerią sztuki na otwartym powietrzu. Sztuka tam jest współczesna i do tego nowozelandzka, więc uznałem, iż może do mnie coś trafi  z artystycznej kreatywności. Eksponatów było ze czterdzieści. Graffiti na drzwiach drewnianego wychodka oraz namiot z folii odblaskowej średnio do mnie przemówiły. Lecz już mosiężna tabliczka z napisem „‚to drzewo zastało powalone dla upamiętnienia porzuconej nadziei” wmurowana obok starego pnia, bardzo mi się spodobała. Znalazłem też inne tabliczki w podobnym stylu. Zachęcały do refleksji na zmarnowanymi intencjami, nierozwiązywalnymi różnicami i zniszczonymi marzeniami.
Dwukilometrowy szlak artystyczny prowadził przez leśne ścieżki, zahaczał o małe jeziora, wspinał się na szczyt okolicznego pagórka i oplatał winnicę, z której żyją właściciele tego domu kultury pod gołym niebem. Czyli trzy w jednym: posiłek, wycieczka po winnicy oraz wizyta w galerii.

Pozostałą część relacji piszę już z lądu. Czuję się dużo lepiej, gdy podłoga stoi w miejscu.

Po sobotniej włóczędze samochodem, w niedzielę wypuściłem się na wodę, czego ślady są powyższych kawałkach tekstu.
Płynąc promem kilkadziesiąt minut na wschód dotarłem do wyspy Waiheke. Piękna wyspa słynąca z winnic, plaż i celebrytów, którzy ukrywają się w zacisznych willach ukrytych wśród zarośli i pagórków.

Tak wyglądało moje spotkanie z północną wyspą Nowej Zelandii pośrodku tutejszej zimy. Mam tu wrócić na wiosnę, czyli… w listopadzie.

W delegacji na antypodach.

Jestem w podróży. Najdłuższy lot w moim życiu. Wyjechałem z domu w niedzielę o piątej po południu, a do celu dotarłem we wtorek rano. Czyli jestem w Auckland, głównym mieście Nowej Zelandii.

Powiem przewrotnie, że wszystko jedno czy to Auckland, czy Londyn, czy Lublana, bo podróż służbowa różni się głównie czasem podróży. Reszta jest podobna. Taksówka, hotel, biuro, posiłki, hotel, biuro itd.

Rozumiem, że takie stwierdzenie może rozsierdzić osobę, która marzy o dalekich podróżach, która wiele by dała, by zrealizować marzenia o wyjeździe na antypody.

Jasne, że będąc na miejscu staram się skorzystać z okazji zobaczenia okolicy. Jednak zgodnie z prawdą Wam powiem, że wyjeżdżać z domu w ogóle mi się nie chciało.

Moje pierwsze wrażenia z Nowej Zelandii to jej niezwykła wielonarodowość. W firmowej kuchni spotkałem Rumunkę z obsługi klientów; w restauracji wino do kolacji dobierał mi Węgier; szefem zespołu, z którym tu pracuję jest południowy Afrykańczyk; jego podwładny jest z Danii; z lotniska wiózł mnie Rosjanin, a w posprzątanym hotelowym pokoju znalazłem karteczkę po polsku: „pozdrowienia od polskiego personelu zatrudnionego w hotelu Spencer :)”.

Czteromilionowa, malownicza Nowa Zelandia przyciąga ludzi z całego świata. Zresztą podczas rozmowy z urzędniczką na lotnisku zauważyłem, że ta popularność jest dla tubylców wyzwaniem imigracyjnym. Wymęczony po dwudziestu ośmiu godzinach podróży, z dopiero co zatrzymanym krwotokiem z nosa i pobolewającą głową, wyczekiwałem chwili, gdy naleję wody do hotelowej wanny i odsapnę przed pójściem do biura. Myślami byłem już w wannie, gdy przyszła moja kolej podejścia do kontroli paszportowej. Na pytanie czym się zajmuję, wyrecytowałem standardowe zdanie o badaniu oglądalności telewizji, które powtarzam na lotniskach od Szanghaju po Miami. A tu ściana pytań co konkretnie będę robił w projekcie w Auckland, jak się nazywają moi współpracownicy, pod jakim adresem jest biuro i hotel. Zgodnie z prawdą powiedziałem, że nie mam pojęcia o adresach, bo z lotniska ma mnie odebrać taksówka, a nazwiska mojego lokalnego kontaktu nie pamiętam, bo jest zawiłe, w każdym bądź razie ma na imię Rolf. Urzędniczka uniosła brew i dopytała czy mam ze sobą swoją wizytówkę. Wizytówkę miałem i zaoferowałem, że mogę wyszukać w e-mailach dane o firmie i osobach. Poszło i mogłem odebrać bagaż. Potem jeszcze rozmowa z wesołkowatym urzędnikiem sanitarnym, który zagadał do mnie po imieniu. Jego zadaniem było sprawdzić, czy nie mam ze sobą niczego co by zagrażało tutejszej przyrodzie. Potem prześwietlenie bagażu przez celników i wkroczyłem do Nowej Zelandii.

O sztuce rozniecania ognia.

Dwa lata temu pisałem tu o ogniu http://blog.swojak.info/?p=64

Niedawno wpadł mi w ręce tekst, który jest, według mnie, pięknym uzupełnieniem moich refleksji zrodzonych z siedzenia przy kominku.
Posłuchajcie:

„Po wielu latach pracy, pewien wynalazca odkrył sztukę rozpalania ognia. Wziął swoje narzędzia do pokrytych śniegiem północnych regionów i nauczył tej sztuki jeden z tamtejszych szczepów, a także pokazał im zalety tego wynalazku. Ludzi tak bardzo pochłonęła ta nowość, że nie podziękowali wynalazcy, który pewnego dnia cichutko wymknął się z wioski. Ponieważ był on jednym z tak rzadkich stworzeń ludzkich obdarzonych darem wielkości, nie pragnął, aby go pamiętano, czy uwielbiano. Szukał tylko zadowolenia z tego, że ktoś skorzystał z dobrodziejstwa jego odkrycia.

Następny szczep do którego się udał, również bardzo pragnął nauczyć się sztuki rozpalania ognia. Ale miejscowi kapłani, zazdrośni o wpływ wynalazcy na ludność, kazali go zamordować. Aby rozproszyć jakiekolwiek podejrzenia o zbrodnię, ustawiono portret Wielkiego Wynalazcy na głównym ołtarzu świątyni, ułożono również liturgię, tak aby imię jego było czczone, a pamięć o nim nigdy nie wygasła. Zadbano z wielką pieczołowitością, aby ani jedna rubryka liturgii nie została zmieniona czy też pominięta. Narzędzia do rozniecania ognia zostały umieszczone na relikwiarzu i mówiono, że mają moc uzdrowienia każdego, kto z wiarą położy na nich swoje ręce.

Najwyższy Kapłan sam podjął się opisać żywot Wynalazcy. Stał się on Świętą Księgą, w której jego pełna miłości dobroć była stawiana wszystkim za przykład, jego chwalebne czyny były wysławiane, a nadludzka natura stała się przedmiotem wiary.

Kapłani pilnowali, by Księga była przekazywana przyszłym pokoleniom, podczas gdy oni samorzutnie interpretowali znaczenie słów wynalazcy i wagę jego świętego życia i śmierci. Równocześnie bezwzględnie karali śmiercią lub klątwą każdego, kto nie zgadzał się z ich poglądami. Byli tak zajęci obowiązkami religijnymi, że ludzie zupełnie zapomnieli sztuki rozniecania ognia.”

Opowieść pochodzi w wydanego przez Jezuitów w 1992, zbioru opowiadań medytacyjnych zebranych przez Anthony de Mello. Oryginał poszedł do druku w 1987 roku, kilka miesięcy przed śmiertelnym atakiem serca, który powalił de Mello w Nowym Jorku. Tomik zatytułowany „Modlitwa żaby” był popularny w latach 90. Widziałem jego niebieską okładkę wśród publikacji religijnych w przyparafialnych księgarenkach.

Ci z Was, którzy czytają Swojaka od jakiegoś czasu, domyślają się, że to jak de Mello patrzył na świat jest mi bliskie. Na nieszczęście kościelnych księgarzy, inaczej sprawy widział niemiecki kapłan w randze kardynała Józef Ratzinger, stojący na czele Kongregacji Nauki Wiary. W 1998 Ratzinger skierował publikacje de Mello na przemiał. Pomosty, jakie hinduski jezuita przerzucał między duchowością Wschodu i Zachodu, były najwyraźniej zbyt odległe od kompasu wewnętrznego jego cztery lata starszego kolegi z Bawarii.  Józef przeżył Antoniego i teraz jako Benedykt XVI ma szansę dać światu nowy pomysł na rozniecanie ognia. Co ja piszę?! Ognia? Ależ ogień jest niebezpieczny, a nierozważnie podkładany może strawić zasuszone konstrukcje duchowe! No właśnie, ten de Mello z tym swoim ogniem jakoś nie pasuje do watykańskiej układanki…

Ona miała taki miły głos i nawet rozumiała mój silny polski akcent…

Telefoniczna konsultantka firmy Microsoft zapytała, czy siedzę przed komputerem i widzę na ekranie kod produktu. Gdy odparłem twierdząco, poprosiła, abym podyktował jej ten numer. Potem podała mi wygenerewane przez jej system cyfry i litery, które miałem wpisać w puste pola na ekranie mojego Windows XP. Na koniec poprosiła o potwierdzenie, czy Windows jest już aktywny i podziękowała za rozmowę.

Rozmawiałem z androidem. Czyli moją sprawę załatwił system komputerowy wykonujący pracę konsultanów. Kolejna bariera w zastąpieniu ludzi maszynami została skutecznie pokonana.
W pierwszej chwili byłem podekscytowany myślą, że systemy rozpoznawania głosu potrafią tak dobrze radzić sobie z automatyczną obsługą klienta. Szybko jednak przyszły mi na myśl słowa, jakie usłyszałem od Amerykanina, który tęsknił za dawnymi czasami, gdy w sektorze usług wszelkie sprawy załatwiał człowiek. Brakuje mu tego pierwiastka człowieczeństwa w automatycznych systemach, które panoszą się usługach. Rynek goni za obniżką kosztów. Amerykańskie centra obsługi klienta zostały, parę lat temu, przeniesione do tanich Indii. Niektórzy klienci narzekali na ten ruch, więc część kontaktów z klientami, Hindusi zlecili swoim amerykańskim pracownikom. Teraz kolejny krok. Hinduski konsultant zostaje zastąpiony automatem.

Dodam, że opisaną we wstępie rozmowę odbyłem z amerykańskim oddziałem firmy Microsoft. Przypuszczam, że w Polsce wciąż miałbym szansę porozmawiać z Ewą, Jackiem lub Beatą, którzy odebraliby mój telefon. Jednak 3 maja mieli oni, podobie jak ja, wolne. Do USA zadzwoniłem po nieudanej próbie aktywacji systemu przez Internet. Na ekranie dostałem polecenie wykonania telefonu pod polski numer. Skoro tam było nieczynne, to zadzwoniłem pod numer w Szwajcarii (licencję na system kupiłem w Helwecji). Jednak Szwajcarzy już wyłączyli linię, której używali do aktywacji Windows XP – pewno tam takie starocie mało kto instaluje. Pomyślałem, że w Stanach jest duży rynek, więc zapaleńców mojego pokroju trochę się zbierze i będzie tam dla nich konsultant. Intuicja dobrze mi podpowiedziała. No i dostałem to czego potrzebowałem, a mój stary komputer znów jest na chodzie.

Historia ma jeszcze jedno dno. Przyznam, że problem rozpoczął się kilkanaście miesięcy temu z powodu mojej niefrasobliwości. Podczas oglądania filmu o Gandhim przeszkadzał mi hałas komputerowych wiatraczków. Niewiele myśląc, wyłączyłem chłodzenie. Zostawiałem tylko słabiutkie wietrzenie procesora. W połowie filmu komputer był tak gorący, że się przepalił. Dość szybko i tanio znalazłem na Allegro podobną płytę główną z procesorem. Rupieć stał w kącie jak wyrzut sumienia, aż do wczorajszego, śnieżnego święta. Wtedy przywróciłem go do życia, przy pomocy androida, aktywującego Windows XP, gdzieś z za Oceanu, a może gdzieś z Indii, czy nawet z Europy? W końcu komputer mówiący z amerykańskim akcentem może stać w dowolnym ekonomicznie sensownym zakątku świata, wybranym przez Microsoft.

Czy zmierzamy do czasów, gdy tylko najznakomitsi, wybrani klienci, będą obsługiwani przez człowieka, a wszyscy pozostali będą rozmawiać z maszynami? Czy maszyny nabiorą takiej ogłady, że tylko najwprawniejsi rozmówcy zorientują się, że gadają z automatem? Jaki aspekt rozmowy z żywym konsultantem nigdy nie zostanie skutecznie zastąpiony przez komputer? Jakie są Wasze refleksje? Zapraszam do dyskusji.

Wiosna!

Jest piękna wiosna.
Drzewa są coraz bardziej zielone.

Gdy rano wybiorę się do lasu to trudno mi wrócić do domu – ptaki wyczyniają taki radosny harmider, że mógłbym tego słuchać w nieskończoność. Przyroda jakby po bardzo mroźnej zimie odzyskała na nowo masę energii do życia.
Jak macie okazję to zachęcam, wyskoczcie na chwilę poza skupiska ludzi. Takie kipiące radosnym życiem miejsca są czasem zupełnie blisko.
Myślę, że warto chwilę pobyć w tym budzącym się do życia świecie.

Kraków dla leniwych.

Kraków jest niezmiennie moją pierwszą propozycją, gdy znajomy z zagranicy pyta, co zwiedzić w Polsce.
W weekend doświadczyłem miasta, do którego wysyłam gości.

Poniżej kilka przystanków, które polecam jak będziecie pod Wawelem.

Jazz Club u Muniaka. ul. Florianska 3.
Sobotni wieczór spędziliśmy w klubie jazzowym Janusza Muniaka. Ten krzepki siedemdziesięciolatek z saksofonem, zapewnił nam przednią rozrywkę. Małżonka skonstatowała, że byliśmy tam najprawdopobniej  jedynymi Polakami…

Cheder Cafe, ul. Józefa 36.
Na Kazimierzu wypiliśmy poobiednią kawę. Weszliśmy na chybił trafił do lokalu. Podczas zamawiania zaintrygowała mnie informacja w menu, o kawie po izraelsku, parzonej w dzbanku z przyprawami. Więc żona zamówiła tradycyjną kawę, a ja dałem się skusić na ten wynalazek. Dopiłem tylko połowę, bo resztę oddałem mojej połowicy, widząc jak jej posmakował napitek pachnący cynamonem, kardamonem i Bóg wie jakimi jeszcze orientalnymi przyprawami. Zaś ta przypadkowa kawiarnia okazała się zupełnie nietuzinkowym miejscem. Ponoć jedynym, gdzie podają tak sympatyczną kawę.

Gruzińskie Chaczapuri, ul. Grodzka 3.
Tradycyjnie, co pobyt w Krakowie, jemy gruziński obiad. Gruzja jest w Polsce coraz popularniejsza, widać to też na przykładzie nowych lokali Chaczapuri otwieranych w Krakowie. Jest ich już cztery. Jadłem tam raczej z sentymentu, niż z powodu cudów kulinarnych. Pewno przy kolejnym wypadzie do Krakowa też tam zjem i wypiję lampkę gruzińskiego wina.

Na knajpy wydaliśmy sporo więcej niż na nocleg. Gustuję w hostelach, których tam sporo. Za stówkę z okładem mieliśmy dwuosobowy pokój ze śniadaniem (z którego zrezygnowaliśmy na rzecz posiłku w Cafe Camelot, ul. Św. Tomasza 17).

Jak szukacie pomysłu na weekend we dwoje, a kilkaset złotych uprasza się by je wydać, to Kraków wydaje się zachęcającym pomysłem. Może by tak znowu tam pojechać…

Subiektywny rozkład jazdy TEDxWarsaw

Uczestniczyłem w TEDxWarsaw, czyli w konferencji, dla tych co mają pomysł i chcą go ogłosić w ciągu 18 minut. Dobrą wiadomością dla każdego z czytających te słowa jest możliwość zobaczenia prezentacji online.

Wszystkie wykłady będą lada dzień dostępne w sieci (szczegóły na stronie TEDxWarsaw.com).

No dobra, rozumiem, że poświęcenie prawie sześciu godzin na gapienie się w ekran komputera z gadającymi głowami to spore wyzwanie. Dlatego przygotowałem mój stronniczy wybór najciekawszych prezentacji.

Jest tu zarówno to co wywołało moje gorące oklaski*** (jest ich 7, czyli potrzebujecie dwie godziny z górką, aby to zobaczyć), są prezentacje, które uważam za godne uwagi** (5 prezentacji: około półtorej godziny), oraz takie, o których pewno dość szybko zapomnę* (jest ich 7 – zabierają dwie godziny).

(Uwaga: tam, gdzie tytuł jest po angielsku, tam też referat był w tym języku – pewno za kilkanaście tygodni będą w sieci wersje z polskimi napisami – tak było przed rokiem po TEDxWarsaw)

Nakamura & Wojkowska*** „an online marketplace for the developing world” – warto, moim zdaniem nawet bardzo warto posłuchać jak oni rozwiązują problem biedy na świecie: konkretnie, lokalnie i na temat.

Martin Varsavsky* „fostering Europe’s start-up ecosystem” – miły przedsiębiorca o wielkich osiągnięciach, ale czy warto go posłuchać? ja bym odpuścił.

Krzysztof Rybiński** „Poland next year – the most innovative country” – jadę kolejką podmiejską, a facet koło mnie czyta wywiad z Rybińskim; potem sąsiad uczestniczy w debacie ekonomicznej, a obok niego… Rybiński; przychodzę na TEDxWarsaw, znikam w łazience, aby zrzucić zbroję motocyklisty, a tam… Krzysztof Rybiński; ten gość wie jak być widocznym, co więcej on wie jak mówić; polecam, bardzo ładna prezentacja.

Mark Krawczyński** „architecture and national identity” – budowniczy opery w Sydney opowiada historię z morałem; a morał taki, że nawet jak budżet jest przekroczony o rząd wielkości, nawet jak koszmarnie droga sala koncertowa ma kiepską akustykę, to nawet wtedy Australijczycy potrafią okrzyknąć przedsięwzięcie wielkim sukcesem i zrobić z budynku narodowy symbol.

Kushtrim Xhakli * „the road to a national educational system” – Kushtrim to krater dobrej energii; spędziłem z nim kilkanaście minut, gdy opowiadał mi szczegóły swojego projektu, pokazywał prototypy na ekranie laptopa i dzielił się doświadczeniami z Kosowa; jestem zdeklarowanym sympatykiem Kushtrima, ale… jego prezentację radzę opuścić, mnie dała tyle, że wiedziałem, iż chcę tego gościa spotkać na osobności, ale co Wy z niej wyniesiecie?

Oskar Korkman** „insights of people’s everydays lives” – jak lubicie media społecznościowe i nowe technologie to prezentacja Oskara z Nokii będzie dla Was niezłym kęsem informacyjnym.

Tomek Sikora* „the Homeless Gallery” – w tle prezentacji były zdjęcia, bardzo mi się podobały; lecz sama prezentacja tak sobie przypadła mi do gustu.

Karol Okrasa*** „staropolskie smaki odkrywane na nowo” – krajobrazy polskich lokalnych smaków opowiadane z pasją i porywająco, dla mnie rewelacja.

Grzegorz Piątek* „góry dla Warszawy” – podobała mi się ta solidnie przygotowania i barwnie wygłoszona prezentacja; a pomysł, jak to pomysł gór wokół miasta, ma pewno swoich zwolenników i przeciwników; do mnie w ogóle nie trafił.

Marcin Kobylecki* „uruchom wyobraźnię designem” – było o tym jak promować Polskę dla młodych Niemców; jestem pewien, że nie jestem Niemcem, młody już chyba też nie jestem, bo dla mnie to było okropne.

Tomek Grzywaczewski*** „śladami uciekinierów z rosyjskich gułagów” – tą prezentację zobaczę jeszcze raz jak tylko będzie dostępna online; trzech facetów przedzierających się z Rosji do Indii; dla mnie bomba!

Paweł Golik* „emerging views on genetics” – okej, genetyka ma wiele wspólnego z matematyką, lecz czy potrzebuję 18 minut, aby o tym usłyszeć?

Marcin Jamkowski** „ghosts from the abyss of the Baltic Sea” –  historia przy której Titanic to drobiazg.

Wojciech Eichelberger* „ways of living in modern times” – to raczej nie była prezentacja; może to był występ? może zaproszenie do medytacji? może improwizacja? mnie się nie podobało.

Wojtek Sówka*** „performance – the biggest drums ever” – brawo, wielkie brawa! dzieci ulicy i blacha; chcę to zobaczyć i usłyszeć jeszcze raz!

Grzegorz Niedźwiedzki*** „powstanie dinozaurów – zapis z Polski” – ten facet nie dość, że wie co mówi, to do tego wie jak porwać za sobą publiczność; polecam.

Stanisław Karpiński*** „sekretne życie roślin” – to też zobaczcie, moim zdaniem warto – rośliny lepiej kombinują niż się niejednemu zdawało.

Grzegorz Piechota*** „historia narodzin mojego syna” – myślę, że to jedna z najlepszych prezentacji tego dnia; facet, który mówi o akcji „rodzić po ludzku” w taki sposób, że złapał mnie za serce.

Marianna Bednarska** „występ – niesamowite dźwięki marimby” – tego powinni zabronić! piękna dziewczyna z gracją wybijała dźwięki na marimbie; próbowałem zebrać myśli, żeby za chwilę pogadać z Grzegorzem Piechotą, ale zostałem pokonany, moja lewa półkula mózgu została zamordowana przez prawą!

Chiński Nowy Rok.

Wszystkiego dobrego w roku królika!
Kultura chińska staje się nam coraz bliższa.
Rośnie znaczenie Chin. Jednocześnie Chińczycy zaczynają być ludźmi z sąsiedztwa (w przenośni i dosłownie). W mojej podwarszawskiej okolicy mieszka sporo osób z Państwa Środka. Zaś w międzynarodowym biznesie widzę ich na wszelkich szczeblach. Z jednej strony od kilku lat kieruję pracą chińskiej koleżanki mieszkającej w Malezji, a z drugiej, wśród udziałowców międzynarodowej firmy, która mi płaci, chińscy inwestorzy są coraz bardziej widoczni.
Jeżdżąc po świecie, wpadam do chińskich restauracji. Są one naturalnym elementem krajobrazu od Europy, poprzez Afrykę, aż do Ameryki. Zaś Chińska medycyna, oparta o zasadę utrzymania organizmu w stanie zdrowej równowagi, jest bliska podejściu do zdrowia jakie panuje w mojej rodzinie. Zatem z przyjemnością poświęcam dzisiejszy wpis jednemu elementowi chińskiej kultury. Będzie o chińskim horoskopie.

3. lutego Chińczycy zaczynają nowy rok, rok metalowego królika.
Potrwa on do 22 stycznia 2012.

Królik przykicał – jak głosi legenda – przed oblicze Buddy jako czwarte zwierzę, tuż za szczurem, wołem i tygrysem. Za królikiem przybył jeszcze smok, wąż, koń, kozioł, małpa, kogut, pies, a jako ostatnia dołączyła świnia. Z wdzięczności za odzew na jego zaproszenie, Budda nazwał imionami przybyłych gości następujące po sobie dwanaście lat. Co więcej, sprawił, że ludzie, którzy przyjdą na świat w danym roku, przejmą trochę cech patronującego mu zwierzęcia. Tym sposobem, urodzeni w roku psa będą wierni i oddani, jak pies, zaś ci z roku woła, będą pracowici, zdecydowani i uparci.
Ponadto lata mają przypisane żywioły, które wzmacniają lub osłabiają cechy danego zwierzęcia. Zatem pies z roku 1922 był wodny, z 1934 drewniany, z 1946 ognisty, z 1958 ziemski, a z 1970 metalowy.

Sprawdziłem czegóż Chińczycy oczekują w roku królika? Królik to istota, która z zadowoleniem w spokoju i pokojowo idzie przez życie. Nawet w obliczu rozmaitych, dynamicznych wydarzeń, podchodzi do nich w pozytywny i inspirujący sposób. Ponoć w swoim roku królik sprzyja życiu rodzinnemu, rozwojowi osobistemu i celebrowaniu ważnych okazji.

Jak napisał Neil Somerville, który pasjonuje się chińskim horoskopem:
„To rok dyskusji, dyplomacji oraz, co ważne, osobistego wzrostu. (…)  Korzyści z roku królika wyniosą ci, którzy zrobią dobry użytek z nadarzających się okazji, szczególnie okazji do rozwinięcia siebie i swoich mocnych stron.”

Jako, że każda okazja jest warta tego, aby bardziej zadbać o rodzinę i solidniej zabrać się za rozwijanie swoich talentów, to potraktujmy początek roku królika jako pretekst, aby zrobić coś dobrego dla najbliższych oraz zadbać o własną edukację.

Trzy tysiące książek w kieszeni dżinsów?

Trzymam w ręce ekran rozmiaru małej książki, urządzenie jest cieńsze od telefonu komórkowego i podobnie lekkie. Czyli właśnie dotarł do mnie czytnik książek Kindle. W czwartek nadany w USA, we wtorek już był u mnie.

Żona, pracuje z dyslektykami. Spojrzała na gadżet pod kątem pedagogicznym. Skoro Kindle potrafi też czytać książki na głos, to rozwiązałby wiele problemów dyslektyków. Bowiem uczniowie, którzy mają wrodzone trudności w czytaniu toczą ciężkie życie w szkole rządzonej przeładowanym spisem lektur.

W tej chwili elektroniczny lektor Kindle czyta tylko po angielsku, więc jego kariera w polskiej szkole jest odległa (przynajmniej do czasu ukazania się polskojęzycznego oprogramowania). Co jednak nie przeszkadza w korzystaniu przez nauczycieli lub rodziców z elektronicznych bibliotek. Jest już kilka miejsc w sieci, gdzie można dostać polską klasykę w wersji elektronicznej. Potem można skorzystać z jakiegoś polskiego programu text-to-speech (tj. czytającego na głos) zainstalowanego zwykłym pececie i już dyslektyk może posłuchać lektur. Myślę, że zainteresowani mogą zasięgnąć języka w stowarzyszeniach i forach osób niewidomych – tamci korzystają z takich rozwiązań od jakiegoś czasu.

Dla mnie funkcja lektora w Kindle jest dobrym dodatkiem. Prawdę mówiąc, przykładałem do tego małe znaczenie, gdy decydowałem się na zakup.

Głównie chodziło mi o poręczność w czytaniu. Jednego wieczora czytałem książkę na ekranie laptopa. Obróciłem ekran, by bardziej przypominał książkę. Jednak było to dalekie od wygodnej lektury. Co z tym zrobić? iPad czy innej maści tablety to moim zdaniem za drogie zabawki. Ostatecznie dałem się zainspirować pozytywnym tekstom znajomych blogerów, którzy korzystają z czytnika Kindle, i złożyłem zamówienia za niespełna pięćset złotych w Amazonie.

Po pierwszym dniu mam bardzo dobre wrażenia. Zaskoczyła mnie czytelność ekranu. Odczucie czytania jest dużo bliższe zwykłemu papierowi niż przypuszczałem.
Jestem też pod wrażeniem sprawnego konwertowania plików do standardu urządzenia. Wczoraj wysłałem z peceta na swoje konto w Kindle biblię po polsku w formacie RTF (jako załączniki do e-maili). Po kilku minutach cały tekst był już na czytniku Kindle w odpowiednim formacie.
Dzisiaj podobnie zrobiłem z PDFem e-booka blogowego. Po siedmiu minutach był na Kindlu.
Pierwsze wrażenia wskazują na niemal idealne urządzenie. Jego doskonałość nieco blaknie, gdy oddalamy się od języka angielskiego.

Cień rzuca brak wyszukiwarki polskich tekstów. Ściśle mówiąc w Kindle 3 nie ma opcji wprowadzania polskich znaków. Zatem polski tekst zostaje zindeksowany, lecz nie sposób go przeszukać. Pewno warto pomonitować Amazona, to może przy kolejnej modyfikacji oprogramowania załapiemy się na polskie znaki.

Myślę, że Amazon wysoko postawił poprzeczkę innym graczom na rynku czytników. Pułap cenowy 460 złotych wliczając w to koszty dostawy może być twardym orzechem do zgryzienia z punktu widzenia biznes planów na dość płytki polski rynek gadżetów e-bookowych.

Przed dwoma laty Amazon zaczynał od kilkakrotnie wyższej ceny i dzięki masowej (przez duże „M”) sprzedaży zszedł do obecnego poziomu.

Niech Amazon zalewa nas Kindlami, a ja liczę na rodzimą inicjatywę w dostarczaniu elektronicznych książek. Biblioteki? Wydawcy? Księgarnie? Autorzy? Chyba na tych ostatnich będę głównie liczył. Bo publikacja elektroniczna jest dzisiaj na wciągnięcie ręki każdego kto marzy o wydaniu książki.