Archive for the 'Fajną rzecz zobaczyłem' Category

Na wycieczce u Wielkiego Brata.

Jestem w Stanach Zjednoczonych.
Byłem tu też w maju, gdy w Nowym Jorku przesiadałem się do San Juan.
Wtedy uderzyło mnie długie czekanie na odprawę paszportową. Kilkadziesiąt minut stania w kolejce, aby dostać pieczątkę było czymś wyjątkowym. Chiny, Rosja czy Indie dużo szybciej wpuszczały mnie na swoją dobrze chronioną ziemię.
Jednak odczekałem co miałem odczekać. Na uszach miałem słuchawki z audiobookiem, czy z muzyką i dzięki temu szybciej zleciała kolejka do urzędnika.
Teraz, po czterech miesiącach, było ostrzej. Jeszcze na pokładzie samolotu lądującego w Charlotte zapowiedziano, że w poczekalni paszportowej zabrania się korzystania z telefonów, czyli jak zrozumiałem chodziło o rozmowy przez komórkę. Dołączając do olbrzymiej kolejki, wyciszyłem komórkę i planowałem wysłać smsa, a potem sprawdzać emaile. Po chwili usłyszałem głos policjatki, która srogo ogłaszała, że telefony mają być wyłączone. Jeden ze współpasażerów miał przy uchu telefon i dość szybko dostał za to reprymendę. Po chwili policjatka, przechadzająca się wzdłuż kolejki, wyłowiła człowieka ze słuchawkami na uszach. Tym razem wykrzyknęła, że wszelkie urządzenia elektroniczne mają być wyłączone. Dałem spokój moim pomysłom pisania smsów. Wyłączyłem obydwie komórki, które miałem w kieszeniach.
Okropne powitanie w Stanach Zjednoczonych osłodził wesołkowaty celnik, który znał kilka zwrotów po polsku. W serdecznej atmosferze wprowadzlił do bazy danych wielkiego brata linie papilarne moich dziesięciu palców i cyfrową fotografię mojej twarzy.
Potem, gdy siedziałem w poczekalni lotniska przed kolejnym lotem, zauważyłem nową formułę komunikatów wzywających do obywatelskiej czujności. Antyterrorystyczna histeria już mnie przyzwyczaiła do lotniskowych komunikatów nawołujących do czujności względem wszelkiego bagażu. Teraz doszło jeszcze wezwanie do powiadomienia władz o wszelkim nietypowym zachowaniu innych obywateli.
Wygląda jakby Ameryka była w stanie wojny i stosowała wyjątkowe metody ochrony przed wrogiem. W sumie to nie wiem czy oni sami jeszcze kojarzą z kim walczą, albo kto nastaje na ich dobrobyt i demokrację. Lecz to już amerykańskie zmartwienie.
Na mój gust Amerykanie popadają w coraz większe poczucie zagrożenia. Jako, że strach ma wielkie oczy, to być może w końcu faktycznie zobaczą coś przerażającego i zareagują z siłą niewspółmierną do sytuacji.

Kura czy jajo?

Ostatnio wpadła w moje ręce książka Willigisa Jaegera “Fala jest morzem”. Znalazłem tam sporo inspiracji do przemyśleń.
Podzielę się z Wami krótkim fragmentem, gdzie autor dywaguje w okolicach nauk przyrodniczych.

Wcześniej byliśmy zdania, że ciało z biegiem czasu rozwinęło ducha. Inteligencja miała być funkcją mózgu i systemu nerwowego. Teraz wiemy, że rzecz ma się dokładnie odwrotnie. „Niematerialny duch porusza mózg” powiada John Eccles, badacz mózgu i noblista. Dowiódł on, że to nasze myśli i nasza wola uaktywniają neuroproteiny w mózgu. Że procesy duchowe obrazują się materialnie, a nie są funkcjami procesów biochemiczno-materialnych. Jeśli pojawia się myśl, uczucie lub życzenie, to ich energia przekształca się w naszym mózgu w molekułę. Innymi słowy, energia intelektualna i emocjonalna materializuje się w postaci neuroprotein. Są one niejako kluczami, które szukają swoich zamków. Jeśli znajdą w jakieś komórce pasującą dziurkę, to komórka ta przyjmuje wiadomość, którą przynoszą. Ten proces toczy się nie tylko w naszym mózgu, lecz przenika całe ciało. Każda komórka ciała komunikuje się z innymi komórkami. W każdej komórce manifestuje się myślący duch.

Zostawiam Was z tym tekstem i serdecznie pozdrawiam.

W ciszy zen u Jezuity.

O szóstej rano w całym budynku słychać dźwięk dzwonków. Wstaję, żeby zdąrzyć się wykąpać i ogolić przed zaczynającą się za pół godziny “zazen”, czyli dwudziestopięciominutową medytacją. Po “zazen” jest kilkuminutowy spacer “kinhin” - miarowy, powolny marsz wokół sali medytacyjnej. Potem kolejne siedzenie “zazen”, znowu “kinhin”, następnie trzeci raz “zazen” i czas na śniadanie.

Tak wygląda początek każdego z czterech dni warsztatów Zen Sesshin prowadzonego przez Ama Samy w Fluëli-Ranft w szwajcarskich Alpach, w rodzinnej wiosce piętnastowiecznego pustelnika i patrona Helwetów nazywanego tu Bruder Klaus.

Grupa liczy prawie pięćdziesiąt osób. Z rejestracji samochodów domyślam się, że są to głównie Niemcy i Szwajcarzy. Przez całą dobę obowiązuje milczenie, więc szczegóły na temat współuczestników pozostają w sferze domysłów.

Zatem w milczeniu jemy, pijemy herbatę i pracujemy - tzn. po śniadaniu mamy trzy kwadranse “samu”, czyli pracy na rzecz domu, gdzie nocujemy.

Oczywiście głównym elementem każdego dnia są medytacje, jest ich w sumie trzynaście.

Jestem jednym z najmłodszych uczestników. Dominują pięćdziesięciolatkowie. Sporo też osób wyglądających na rówieśników naszego mistrza, który kilka lat temu skończył siedemdziesiąt lat.

foto: Meath Conlan of DiverseJourneys.com

Ojciec Ama Samy jest człowiekiem pełnym życia i serdeczności.

Miałem okazję przekonać się o tym, podczas krótkiej rozmowy, na jaką niechcący wybrałem się pierwszego dnia medytacji.

Otóż siedziałem podczas porannego “zazen”, gdy ktoś dotknął mojego ramienia. Obok stał jakiś doświadczony uczestnik w czarnym stroju do medytacji. Miał  śmiertelnie poważną minę.

Nigdy nie byłem na warsztatach “sesshin”, a rytuały zen były mi obce.

Nie miałem pojęcia o co chodzi. Z opresji wyrwał mnie inny uczestnik, który zabrał mnie na korytarz i wyjaśnił sytuację.

Otóż jest możliwość indywidualnej rozmowy z Mistrzem Samy. Każdy zainteresowany wysuwa spod swojej maty margines książeczki z tekstami i jest to znak dla organizujących spotkania.

Jak się domyślacie moja książeczka była wysunięta tylko dlatego, aby było mi po nią łatwo sięgać.

Dobrze się złożylo, bo dzięki temu znalazłem się w pokoiku mistrza. Przedstawiłem się i zgodnie z prawdą oznajmiłem, że wygooglałem te warsztaty. Zaś zaintrygowało i przyciągnęło mnie to, że Samy jest jezuitą uczącym zen. Podpytał mnie o medytację. Gdy powiedziałem o naszej podwarszawskiej grupie World Community of Christian Medytation WCCM to o. Samy z ożywieniem wspomniał Johna Maina (założyciela WCCM) i Laurenca Freemana (obecnego szefa WCCM).

Mistrz zasugerował, abym przeczytał jego książkę to zobaczę, co on tutaj wyrabia. Na tym zakończyła się ta nieplanowana audiencja.

Potem, podczas wieczornej konferencji “teisho”, Mistrz opowiadał o rozmaitych formach medytacji i kontemplacji podając m.in. przykład naszej grupy w Polsce.

Idąc za radą Mistrza, odnalazłem w czytelni jego książki.

Inny uczestnik, którego wyrwałem z obowiązującej ciszy, poradził starszą książkę Ama Samy, która była ponoć ciekawsza od najnowszej.

Wziąłem się za obydwie publikacje. Tzn. w poobiedniej przerwie zabrałem je do ręki i szedłem poczytać w swoim pokoju.

Na schodach złapała mnie organizatorka warsztatów i stanowczo oznajmiła, że starsza książka Mistrza jest jej własnością i nie chce jej stracić.

Starałem się Szwajcarkę udobruchać przyrzekając, że po przeczytaniu oddam. Jej sroga mina skłoniła mnie do zmiany planów. Zamiast w pokoju przekartkowałem książkę na fotelu w czytelni. Uznałem, że bezpieczniej dla mnie jak drogocenny wolumen będzie cały czas na widoku publicznym.

Po jakimś czasie, niedaleko mnie usiadł Mistrz i czytał jakieś czasopismo. Oznajmiłem radośnie, że zdobyłem jego książki i czytam jedną z nich. Samy uśmiechnął się, machną ręką i mruknął coś o tym, że to stara publikacja.

Mimo to dobrnąłem do końca, a potem z namaszczeniem odłożyłem ją na stolik z drukowanymi relikwiami.

Natomiast nowszą książkę mam na własność zapłaciwszy za nią sześć euro do czytelnianej puszki.

Publikacja jest zbiorem kilkunastu wykładów i artykułów z ostatniej dekady. Faktycznie wyjaśnia to co ojciec Ama Samy robi. Otóż każdego roku opuszcza Indie i prowadzoną tam szkołę Zen Bodhi Zendo, aby nauczać zen w Europie. Jego zdaniem Chrześcijanie mogą odkryć głębię swojego chrześcijaństwa, dzięki praktykom zen.

Wygląda to dla mnie na jeden ze sposobów na budowanie mostów między Wschodem i Zachodem. Temat to dla mnie intersujący i cieszę się, że mogłem połączyć kilka dni wyciszenia z poznaniem Ama Samy.

Zdalny Swojak.

Jak co środę publikuję kilka zdań o tym co dla mnie ważne w tym tygodniu.
Tym razem jest to nietypowy wpis, bo w momencie ukazania się tekstu w sieci, jestem daleko od komputerów i daleko od internetu. Niniejsze słowa przygotowałem kilka dni temu, jeszcze przed wyjazdem z domu.

Jeśli to co zaplanowane na bieżący tydzień poszło zgodnie z programem, to jestem teraz w szwajcarskiej wiosce Flüeli-Ranft i medytuję pod okiem Ama Samy.
Miejsce i osoba wydawały mi się szczególne, więc zdecydowałem się pojechać na kilkudniowe warsztaty.
Wioska jest związana z patronem Szwajcarii, piętnastowiecznym pustelnikiem i mistykiem Mikołajem z Flüe, nazywanym tutaj Bruder Klaus. Natomiast Ama Samy zaintrygował mnie jako żywe połączenie tradycji duchowości Wschodu (zen) i Zachodu (jezuita).


foto: www.taize.fr
Nazajutrz, gdy warsztaty medytacyjne dobiegną końca, wybieram się do odległego o kilkaset kilometrów francuskiego Taizé. Tam ten tydzień spędza moja córka i jej przyjaciółki. O wspólnocie z Taizé wspomniałem kilka miesięcy temu.
Każdego tygodnia tamtejsi zakonnicy goszczą kilka tysięcy młodych ludzi, którzy poprzez rozmowy, pracę i wspólny śpiew dokładają swoje cegiełki do budowania zaufania na świecie.

Pewno więcej napiszę o tych geograficznych i duchowych wędrówkach w przyszłym tygodniu, już po powrocie do domu.

Skoczny koncert.

W sobotę wieczorem byłem na koncercie.

Przy akompaniamencie trzech gitar, tyluż klawiszowców i perkusji wystąpiła setka chórzystów.

Występ przygotowano z dbałością o niemal każdy szczegół. Poza dobrym nagłośnieniem zadbano też o wrażenia wzrokowe, były  reflektory, tancerze i kolorowe flagi.

Wiedziałem, że występowali uczestnicy warsztatów gospel, którzy spędzili tydzień na przygotowaniach do tego wieczoru. Momentami odnosiłem wrażenie, że mam przed sobą ludzi wspólnie śpiewających dużo, dużo dłużej.


foto: P. Skonieczny (Picasa Public Album)
Grupę prowadził Brian, który jakiś czas temu zamienił Stany Zjednoczone na Polskę.

Sądzę, że jego entuzjazm rozpalał serca i gardła uczestników.

Kiedyś byłem na koncercie szwajcarskiego chóru gospel.

Tam dyrygentem był melancholijny muzyk z Ukrainy.

Wydaje się, że wykonanie gospel w obydwu wydaniach było tak różne jak korzenie lidera. Tu mamy murzyńską tradycję wielbienia Boga, a tam była spuścizna wschodnioeuropejskiej powściągliwości w okazywaniu radości.

Koncert był też dla mnie przygodą turystyczną, bo impreza odbywała się w wielkopolskich Skokach. Nim tam dotarłem miałem do przejechania grubo ponad trzysta kilometrów.

Powód wyprawy był ważki, bo w warsztatach uczestniczyła moja żona z córkami. Chciałem zobaczyć wynik ich wokalnej pracy.

Zatem do motoru dopiąłem sakwy i torby podróżne. W ten sposób przekształciłem go z pojazdu dowożącego mnie do pracy w motocykl turystyczny. Towarzyszyła mi piękna pogoda, więc wyjazd był przyjemnością.

Ogólna teoria wszystkiego.

Mądrość idąca w parze z wiedzą, przyrządzone pięknym językiem. Taki jest, w moim odczuciu, blog Telemacha zatytułowany “Ogólna teoria wszystkiego. Pytania do znanych odpowiedzi…” (http://pytania.wordpress.com/ )

Telemach pisał od lipca 2008 do marca 2010. Może jeszcze kiedyś napisze. Być też może, że Telemach już nigdy nie napisze, a jego teksty znikną, wraz z czyszczeniem serwera Wordpress.

Zachęcam Was do przeczytania “Ogólnej teorii wszystkiego.”

Jeśli, podobnie jak ja, wolicie teksty zebrane w jeden dokument, to przygotowałem dla Was zbiór wszystkich wpisów Telemacha. Książeczka ma ponad dwieście stron, jest w formacie PDF i nadaje się do czytania na ekranie komputera.

Oto adres, z którego możecie pobrać plik (rozmiar 1,1 MB): http://blog.swojak.info/Telemach_ebook.pdf

Szkoda, że nie ma kraju, gdzie Anglicy mogą pojechać dorobić…

Spędzam parę dni w Anglii. Czyli jestem w kraju, gdzie setki tysięcy Polaków znalazły pracę. W drodze z lotniska zapytałem kierowcę czy to prawda, iż w Londynie już nie trzeba znać angielskiego, bo język polski w zupełności wystarcza. Ze śmiechem odparł, że podobno tak jest. Lecz w jego podlondyńskim Bracknell  język polski jeszcze nie dominuje.

Po chwili zastanowienia, Anglik powiedział “Szkoda, że nie ma kraju, gdzie my moglibyśmy pojechać zarobić.” Przy tutejszym standardzie życia i poziomie cen to blado widzę miejsce, gdzie wyspiarze mogliby mieć swoje saksy.

Co o tym myślisz? Czy jest kraj gdzie Anglik może zarobić i wrócić do domu z masą kasy?

Mokro-suche podróżowanie po Puerto Rico.

W sobotnie popołudnie siedziałem pod wodospadem zażywając kilkunastominutowego masażu wodnego. To był doskonały relaks, przed czekającą mnie nazajutrz wędrówką pod palącym słońcem. Bowiem po sobotniej wyprawie do wilgotnego lasu równikowego El Yunque, niedzielę miałem spędzić w suchym lesie rezerwatu Guánica na przeciwległym krańcu wyspy. Porto Rico jest małe, niespełna dwieście kilometrów dzieli wilgotny las w północo-wschodniej części, od suchego lasu na południowo-zachodnim brzegu.

Jedną z radości dwutygodniowej delegacji jest weekend wypadający pośrodku roboty. Wykorzystałem go do granic wytrzymałości. W piątkowy wieczór i sobotni poranek myszkowałem po sklepach idąc za sugestią znajomego Hiszpana, że na terytorium USA ceny amerykańskich ubrań bywają bardzo atrakcyjne. Faktycznie, z radością uzupełniłem braki w swojej szafie pamiętającej szwajcarskie przeceny sprzed dwóch lat. Potem, z bagażnikiem pełnym fantastycznych nabytków, pojechałem do lasu: wziąłem plecak z napojami, sandałami oraz ręcznikiem i ruszyłem na wycieczkę przez Vereda La Mina czyli po szlaku La Mina. Wokół gęsta, intensywnie zielona roślinność; obok szlaku potok przepływający przez kamieniste koryto rzeczne. Miły spacer został uwieńczony - wspomnianym we wstępie - widokiem ślicznego wodospadu. Pośpiesznie zruciłem z siebie wszystko z wyjątkiem kąpielówek, na stopy włożyłem sandały i po chwili na plecach czułem miły chłód wody spadającej z kilkunastu metrów. Wdrapałem się na skałę, znalazłem dość wygodne siedzenie i pozwoliłem wodospadowi na długi masaż. Wyszedłem spod strumienia odprężony i zadowolony z odkrycia tego cudownego miejsca.

Nazajutrz wstałem wcześnie rano, aby dojechać do Tibes koło Ponce, na południowym wybrzeżu. Byłem na miejscu tuż po otwarciu muzeum spotkań, ceremonii i rozrywki Indian. Jest to fascynujące miejsce odkryte trzy dekady temu. W Tibes Indianie odprawiali pogrzeby, spotykali się, aby pograć w piłkę lub odbyć debaty. Najstarsze ślady wskazują na pierwszy wiek naszej ery.

Z Tibes ruszyłem na zachód w poszukiwaniu suchego lasu Guánica. Byłem już bardzo blisko, gdy wjechałem w ślepą drogę. Czekała mnie jazda powrotna do północnego wjazdu do parku. Lecz minęło południe, a na mojej drodze pojawił się porządny hotel Copamarina Guánica położony między plażą, a rezerwatem. Wymarzona okazja na lunch. Zjadłem tam wyśmienicie. Rozpocząłem od sałatki, potem dostałem rybę (chyba graniec) z lokalnym specjałem “mofongo” (mofongo to mieszanina plantanów czyli bananów do gotowania, skrawków skóry wieprzowej i czosnku). Bardzo smaczne i syte. Na koniec stanął przede mną duży talerz z sałatką owocową. Hotel wyglądał na dość drogi, więc posiłek obciążył kartę kredytową na pięćdziesiąt dolarów. Co odpowiadało cenie posiłku w przyzwoitej portorykańskiej restauracji. (Dla porównania: za lunch w wegetariańskim barze koło biura płacę jedną trzecią tej ceny.)

Syty i uśmiechnięty objechałem las, a po niespełna pół godzinie byłem na parkingu pośrodku rezerwatu. Tutaj rozpoczął się trudny kawałek dnia. W upale przebrnąłem przez szlak. Na zakończenie wyprawy podjechałem na plażę i rzuciłem się w przyjemne fale.

Wieczorem w powolnym weekendowym ruchu toczyłem się po autostradzie do swojego apartamentu koło San Juan.

Gdzie Ci wspaniali mężczyźni?

Chłopcy tracą motywację do jakichkolwiek osiągnięć, a jako mężczyźni dryfują bez celu. Jedna trzecia młodych mężczyzn, mimo upływu lat od zakończenia nauki, wciąż mieszka z rodzicami. Ostatnie kilka dekad to niesamowita zmiana w tym jacy mężczyźni chodzą po Ziemi. Na pocieszenie powiem, że mowa tu o ziemi amerykańskiej, być może w Polsce jest nieco lepiej. Nasze zacofanie cywilizacyjne może dać nam chwilową przewagę.

Te informacje pochodzą z książki pt. Boys Adrift (Dryfujący chłopcy), którą napisał lekarz rodzinny i psycholog Leonard Sax. Statystyki, wyniki badań i przykłady pochodzą zza Oceanu, lecz obserwacje wydały mi się mocno intrygujące. Jestem przekonany, że wiele konstatacji Sax’a trochę mówi także o polskich chłopcach i facetach.

Blogowe dwieście słów tylko muśnie dwieście stron książki. Jeśli temat Was zainteresuje to kupcie Boys Adrift i przeczytajcie (po angielsku, bo nie ma polskiej wersji). Polecam!

Zamykając temat w kilku zdaniach, mamy pięć elementów krzyżujących życie facetom:
- gry wideo sprawiają, że zmagania z realnymi wyzwaniami codzienności są dla chłopaków nieatrakcyjne;
- zmiana metod nauczania, odchodzenie od praktycznego doświadczania świata na rzecz bardziej abstraktycjnej wiedzy zniechęciły wielu chłopców do szkoły;
- powszechne stosowanie leków na ADHD miewa nieodwracalny wpływ na ośrodki mózgowe odpowiedzialne za motywację;
- estrogeny środowiskowe z plastikowych butelek PET przenikając do organizmu chłopców mogą obniżać poziom testosteronu, czynić kości bardziej łamliwymi i rozwalać układ hormonalny;
- nastąpiła dewaluacja męskości i  radykalnie zmienił się wzorzec męskości.

Słońce, słońce, woda całkiem szmaragdowa, muszla biała całkiem nowa…

Założyłem maskę z rurką oraz płetwy i opłynąłem rafę koralową. Od strony oceanu były większe ryby. Na wyspie Culebra byłem kilka godzin i niemal cały ten czas wisiałem pod powierzchnią wody, koło rafy, gapiąc się na ryby. Jak żartował mój angielski towarzysz, ocean jest największym akwarium świata. D. wiedział co mówi. Sam większość urlopów spędza nurkując. Niedzielne pływanie z rurką robiło na nim dużo mniejsze wrażenie, niż na mnie. Ja byłem oczarowany pięknymi kolorami ryb. Widziałem je na wolności po raz pierwszy; wcześniej tylko w akwariach. Teraz wypatrywałem coraz to innych odmian. Jak sobie upatrzyłem rybę to chwilę za nią płynąłem, a za moment inna zwracała moją uwagę. Ryby były spokojne i lekceważyły moją obecność.

D., który ratował system komputerowy ubiegłej nocy, drzemał teraz na piasku po nieprzespanej nocy - uznał, że rafa jest w kiepskim stanie, ryb niewiele, a chmury zasłoniły słońce. Gdy promienie przebiły się nad rafę, to D. ją opłynął, a po powrocie był już ożywiony i uśmiechnięty. Na głębszej wodzie wypatrzył półtorametrowego rekina - a dla niego główną frajdą nurkowania jest oglądanie rekinów. Podobno przeważająca większość rekinów jest bezpieczna i nie stanowi zagrożenia dla nurkującego człowieka. Zresztą w takim miejscu jak ta plaża człowiek nie jest postrzegany, ani jako napastnik, ani jako potencjalny pokarm dla ryb.

Ludzi tu mało, bo Plaża Carlos Rosario jest odcięta od ludzkich osad pagórkami i idzie się do niej długie minuty wąską ścieżką wśród zarośli. Jest tu spokojnie, luźno i zacisznie. Wyjątkiem jest czas, gdy koło rafy kotwiczą jachty, a ich niecierpliwi pasażerowie zabijają denerwującą ciszę głośną muzyką z pokładowego stereo. Dudniąca rozrywka bardziej rozpraszała mnie niż ryby, które wydawały się nic sobie nie robić z hałasu.

Taki łomot to pewno drobiazg w porównaniu z ćwiczeniami amerykańskich żołnierzy, którzy wykorzystywali plażę jako poligon. Na wszelki wypadek, na brzegu powieszono tablicę ostrzegającą, żeby w wodzie niczego nie dotykać, bo mogą tam być pozostałości po obrońcach pokoju. D. był niepocieszony, że taka rafa powstająca przez tysiące lat może być bezmyślnie i błyskawicznie niszczona przez mundurowych. Lecz nawet jeśli to co widziałem było tylko namiastką pięknej rafy, to i tak byłem zauroczony. Żal mi było wychodzić z wody i wracać na prom.

Czekała mnie barwna droga powrotna. Po dojściu do parkingu, przy popularnej plaży Flamenco, wpakowaliśmy się do jednego z rozklekotanych busików wożących turystów do przystani. Wewnątrz była już wesoła grupa portorykańczyków z elektryczną tubą i czarnoskórym animatorem. Wycieczkowicze ze szczekaczki puszczali muzykę, do której śpiewali i wymachiwali rękami. W połowie drogi kaowiec zapytał po angielsku, czy ktoś nie rozumie jego języka. Wraz z D. machnęliśmy mu rękami, a ten z radością powitał mnie na pokładzie wykrzykując, że w tyle pojazdu jedzie Bill Gates. D. spojrzał na mnie, i ze swoją angielską flegmą stwierdził, że faktycznie przypominam Gates’a.

Wesoła jazda po culabryjskich dziurach szybko się skończyła i przez kolejne półtorej godziny siedzieliśmy na promie do Fajardo. Tutaj ekspresywność portorykańczyków wydała mi się dziwna. Grupa rozweselonych facetów bawiła się w liczenie czasu potrzebnego pasażerom na… skorzystanie z toalety. Kibelek był z przodu kabiny, więc przypadła mu rola obiektu rozrywki. Wchodził tam turysta, a ekipa wrzeszczała: uno, dos, tres, cuatro, cinco, seis… Gdy delikwent wychodził, to z gardeł wylatywał w powietrze koszmarny ryk i śmiech. Zatkałem uszy słuchawkami i do końca podróży słuchałem audiobook’a.

Potem wsiadłem do wypożyczonego Suzuki SX4, spojrzałem na znajomą kontrolkę ostrzegającą o niskim ciśnieniu w oponie, i w leniwym weekendowym ruchu jechałem do San Juan. W tylnym kole faktycznie mam mniej powietrza niż w pozostałych, ale konsekwentnie to lekceważę. Pierwszego dnia, po otrzymaniu auta, wróciłem do wypożyczalni z informacją o problemie. Beztroski portorykańczyk wytłumaczył mi, że ten czujnik jest niemożliwe wrażliwy, dopompował powietrze i radził bym w przyszłości lekceważył żółtą lampkę. Tak też czynię. Nim ruszę sprawdzam tylko czy opona ma jeszcze kilka centymetrów między felgą, a asfaltem. Powietrze schodzi systematycznie, ale powoli. Do zwrotu auta w środę powinno wystarczyć.

Suzuki przydawało się przez cały weekend. W sobotni wieczór pojechałem oglądać fosforyzujący plankton na Laguna Grande. To znaczy pojechałem na parking, a dalej już płynąłem kajakiem, w ciemnościach, aż do laguny.  Atrakcją wyprawy było to, że po zamieszaniu ręką lub wiosłem, w wodzie widać smugę światła. Nocne kajakowanie bardzo mi się podobało. Płynęliśmy w zorganizowanej grupie z dwoma przewodnikami. Większość dwugodzinnego wiosłowania przeprawialiśmy się przez kanał łączący lagunę z oceanem. Uczestnicy to głównie weseli i rozgadani Amerykanie.

Z moich obserwacji, Puerto Rico wygląda na turystyczną kolonię USA. Jest tu dolar, a głową państwa jest Obama. Portorykańczycy nie mają praw wyborczych przy głosowaniu na amerykańskiego prezydenta, ale mają zaszczyt oddania życia za amerykańskie interesy w Iraku, w szeregach armii USA.

Postrzegam Puerto Rico jak hybrydę między tym co zostało po Hiszpanach, a tym czym nafaszerowali tubylców Amerykanie (także dosłownie w formie okropnego amerykańskiego jedzenia). Dobrym symbolem tej krzyżówki jest ruch drogowy. Odległości są opisywane w kilometrach, a ograniczenia prędkość w milach na godzinę.

Mimo sporej odległości, Puerto Rico przypomina mi Filipiny. Widzę tu podobny amerykański konsumpcjonizm zaszczepiony w biednym społeczeństwie, wyeksploatowanym przez twardorękich Hiszpanów. O ile w Tajlandii i Malezji widziałem jak niezależnie od dochodów ludzie żyją we względnej harmonii, o tyle na Filipinach i na Puerto Rico czułem napięcie między tymi co mają mało, a tymi co żyją dostatnio. Uważam, że amerykański sen o dużej kasie, przy lekkim życiu, jest nierealny, ale portorykańczycy wydają się bardziej wierzyć agencjom reklamowym niż zdrowemu rozsądkowi.

Od początku tej wyprawy pobrzmiewa mi w uszach piosenka Maanamu “Puerto Rico” przysłana tuż przed wyjazdem przez kolegę z biura. Z niej też pochodzi tytuł tego wpisu, a poniżej wklejam link do teledysku. Polecam posłuchać jak Kora widzi wyspę, bo faktycznie “w Puerto Rico rum Bacardi, Espaniole, i cygara, błyszczy złoto, brylantyna, diabła w oczach, ma dziewczyna”.

http://www.youtube.com/watch?v=_W74gRStwhg

Next Page »