Archiwa kategorii: Fajną rzecz zobaczyłem

Śnieżny raj.

Nareszcie tej zimy zobaczyłem korony drzew pięknie pokryte grubą warstwą śniegu, a dachy domów i ich otoczenie lśniące czystą bielą. To wszystko z wysokości sześciu tysięcy metrów, przed okno samolotu wiozącego mnie z Zurychu do Lugano.

Miałem ogromne szczęście, że mój lot wypadł w idealnie słoneczny dzień. Niewielki, turbośmigłowy Saab 2000 przemykał tuż nad szczytami Alp.

Rocznie odbywam kilkadziesiąt rozmaitych podróży, ale ten półgodzinny przelot nad Alpami jest nieodmiennie na szczycie listy najładniejszych tras.

Chwilę po starcie z Zurychu, za oknami pojawiają się pagórki w okolicach Lucerny, a potem już wysokie, ostre, kilkutysięczne szczyty. Z lewej i z pawiej strony samolotu widać białe góry ciągnące się po horyzont.

Pięćdziesięcioosobowa maszyna leci dość nisko, wydaje się, że jest zaledwie kilkaset metrów nad ziemią. Śnieżny raj jest na wyciągnięcie ręki. Widać drogi prowadzące do góralskich chat, a nawet ślady na śniegu rozjeżdżonym przez narciarza lub snowboardzistę „sunącego na dziko” poza szlakami.

Po chwili biel zostaje w tyle, krajobraz ma coraz sięcej brązów i trochę zieleni.

Po południowej stronie Alp zniżamy się do Lugano. Przelatujemy nad płytą lotniska, która pozostaje w tyle. Lecimy dalej pomiędzy szczytami gór, a pod nami jest malownicze jezioro i domy przyklejone do zbocza stromo schodzącego do tafli wody.

Stok górski po naszej lewej stronie jest coraz niższy. Po chwili odsłania się dolina. Pilot wykorzystuje ją do zrobienia zwrotu o 180 stopni i teraz lecimy na północ. Lotnisko jest znowu przed nami. Jesteśmy coraz niżej. Za oknem autostrada prowadząca z Bazylei do Mediolanu. Wyraźnie widać samochody i ich pasażerów. I w tym momencie koła samolotu dosięgają betonowego pasa startowego. Koniec bajkowej podróży.

Na lotnisku czeka na mnie kierowca. Po dziesięciu minutach jestem już w biurze. Duszne pomieszczenie, sztuczne światło i wymyślanie biznesowych planów na najbliższy rok. Organizm protestuje. Dzień kończę z uciążliwym bólem głowy.

Doktor Google.

Usiadłem za kierownicą mojej Astry, wcisnąłem do samego końca pedał gazu wraz z hamulcem. Następnie przekręciłem kluczyk w stacyjne, ale tylko do pozycji gotowości, bo moim celem nie było odpalenie silnika.
Zrobiłem tą sztuczkę by zobaczyć szybkie miganie kontrolki serwisowej na desce rozdzielczej. Dziesięć szybkich błysków, czyli cyfra 0, potem sześć błysków czyli 6, a dalej 0 i 7. Kod błędu pokładowego komputera 0607.

Potem sesja z doktorem Google i już wiem, że z powodu niskiego poziomu oleju komputer dał się zmylić stukom silnika i wziął je za błąd jednego z czujników.
Sprawdziłem poziom oleju. Faktycznie, był poniżej minimum. Dolałem i tym sposobem naprawiłem auto.

Po raz kolejny zadziwiła mnie skarbnica zbiorowej wiedzy rozsiana w internecie.

Jan jedzie do Wanaki.

Na tylnym siedzeniu pożyczonej Toyoty Prius siedział niezadowolony autostopowicz. Było już późne popołudnie, gdy zabraliśmy go z drogi koło lodowca Fox. Przed nami były ze dwie godziny jazdy do Haast. Tam chcieliśmy przenocować.

Nazajutrz ruszaliśmy dalej. Wtedy naszą pierwszą miejscowością miała być Wanaka.

Nasz nieszczęsny autostopowicz uparcie powtarzał, że Haast jest bez sensu, że leży na pustkowiu, niczego tam nie ma i zostawanie tam na nocleg to kiepski pomysł. On postanowił dotrzeć do Wanaki. Wanaka to wspaniałe miejsce, wiele tam się dzieje, a co więcej, on chciał tam spotkać swojego znajomego.

Moje autostopowe doświadczenie podpowiadało, że są marne szanse dotarcia w sobotni wieczór do Wanaki, do której prowadziła kręta górska droga.

Na najbiższym postoju, gdzie oglądaliśmy malowniczą zatokę, amator Wanaki wybiegł na szosę i desperacko zatrzymał jedyny samochód, który wyprzedziliśmy po drodze. Oczywiśncie auto jechało tylko do Haast, a był to ten sam kombiak, z którego zrzędzący turysta wysiadł, by wsiąść do naszej Toyoty. Miał wtedy nadzieję, że my pojedziemy do Wanaki.

Potem, na kolejnym postoju, podobna historia. Tym razem to już sam zatrzymałem mijającego nas kampera. Ten też planował nocleg w Haast.

Tłumaczyłem upartemu autostopowiczowi, że dla mnie każde miejsce potrafi być atrakcyjne. Podawałem przykłady ze swoich podróży. Lecz jego zdaniem nic nie mogło zmienić faktu, że Haast jest bez sensu.

Wyobraźcie sobie, że facet miał rację! Jego Haast okazało się porażką. Po dotarciu do wioski, od razu wrócił na drogę czekając na okazję. Po jakimś czasie zrezygnował i jeszcze bardziej rozgoryczony zaszył się w schronisku. Minąłem go, gdy wlókł się na nocleg. Na pożegnanie pozrzędził na temat bezsensu sytuacji i nie miał głowy, aby zapytać o nasze plany na niedzielny poranek. Gdy nazajutrz rano, wyruszaliśmy w trasę, on najwyraźniej jeszcze spał w swoim pokoju. Tym sposobem stracił szansę dotarcia do Wanaki na śniadanie. Haast był dla niego, zgodnie z oczekiwaniami, absolutną porażką.

Przy okazji dodam, że wieźliśmy jeszcze jednego autostopowicza. Ten był zadowolony, że po długich godzinach czekania może przemierzyć kawał kraju. Na jednym z postojów spotkaliśmy też dwóch Irlandczyków, którzy przemierzali Nową Zelandię rozwalającym się kombiakiem. (To byli ci sami goście, którzy wcześniej podwozili naszego amatora Wanaki.) Wieźli  parę wędrowców. Wszyscy spotkaliśmy się potem w Haast. Całą siódemką poszliśmy na kolację do lokalnej knajpy. Żarcie było dobre i niedrogie. Potem wybraliśmy się na plażę wyposażeni w sporą ilość piwa. Irlandczycy postanowili tam nocować. Po rozpaleniu ogniska zrobiło się sympatycznie. Jak rozstawaliśmy się, ze radosną ekipą to oni wykrzykiwali, że to najlepszy nocleg jaki im się dotychczas przytrafił. Wróciliśmy do sympatycznego motelu. Nasze Haast było bardzo w porządku.

Christchurch.

Idąc na plac katedralny przemierzałem ulice, gdzie po jednej stronie był nieczynny sklep spożywczy ogłaszający, że jest otwarty 24 godziny na dobę, a po drugiej restauracje, gdzie od miesięcy nikt nie ustawił sprzętów jakie przewrócono, gdy goście wybiegali na ulicę w chwili ewakuacji. Drzwi budynków były oklejone zarządzeniami bezwzglęnie zabraniającymi wchodzenia.

Na płocie powieszono zafoliowane zdjęcia okolicznych budynków, z informacją, które zostaną wyburzone, a które będą dopuszczone do użytku. Prace trwają i na dzień dzisiejszy część z budowli już była usunięta.

Dotarłem do tego miejsca, po przekroczeniu „checkpointu”, gdzie przyjąłem do wiadomości, że wchodzę na własne ryzyko, że mam w kieszeni dokument ze zdjęciem oraz, że po usłyszeniu syren natychmiast wybiegnę, ze zwiedzanego obszaru.

Tak wyglądało centrum nowozelandzkiego miasta Christchurch w niedzielny wieczór, parę miesięcy po trzęsieniu ziemi.

Powiem Wam, że jak na lotnisku wsiadałem do autobusu miejskiego wiozącego mnie do centrum, to nie wiedziałem o skali zniszczeń. Koledzy w biurze wspominali mi, że w Chrischurch cały czas trzęsie się ziemia. Ale myślałem, że to nie ma wpływu na życie miasta.  Zamierzałem połazić po centrum. Przed wycieczką spojrzałem na mapę i jak znalazłem na niej Cathedral Square to pomyślałem, że zwiedzę katedrę.

Faktycznie dotarłem przed katedrę, bo szlak prowadzący przez nadburzone centrum kończył się kilkadziesiąt metrów przed zburzonym frontonem kościoła.

Przejmujący symbol. Miasto, którego nazwę można przetłumaczyć jako Kościół Chrystusa, zostało trafione w swoje serce, czyli w katedrę Christ Church.

Piha i Karekare.

Z mapy wynika, że dwadzieścia pięć kilometrów na zachód od Auckland jest las deszczowy i malownicze plaże.

Pojechałem tam w sobotę. To co w linii prostej było bliskie, zajęło godzinę jazdy samochodem. Droga była mocno kręta i tylko kątem oka widziałem piękną zieleń lasu. Uwagę skupiałem na prowadzeniu samochodu. Ruch lewostronny wciąż jest dla mnie wyzwaniem. Szczególnie włączenie się do ruchu na pustej drodze wymaga ode mnie chwili zastanowienia, po której stronie mam się ustawić.

Dzień był słoneczny. Zachęcony widokiem ratowników pilnujących plaży, wskoczyłem do Morza Tasmana. Poczułem, że woda jest lodowata. Lecz jak tylko się zanurzyłem, było już ciepło i przyjemnie. Dziwne są te paradoksy temperatury.

Morze uderzało w brzeg dość sporymi falami. Zamiast pływać, rzucałem się na fale, które niosły mnie w stronę brzegu.

Na drugi dzień odbierałem z lotniska kolegę, więc pomyślałem, że możemy wrócić na plażę Piha. Szczególnie, że wokół jest kilka malowniczych szlaków wycieczkowych.

Jednak do Pihy już nie wróciłem, bo pogoda się radykalnie zmieniła. Niedziela była bardzo deszczowa. Jeszcze rano na lotnisku w Auckland wyglądało, że to drobne opady.

Lecz jak wjechaliśmy do lasu deszczowego to lało bardzo intensywnie. Opcja plaży straciła rację bytu. Wstąpiliśmy do punku informacyjnego prowadzonego przez rangersów, by zapytać, gdzie w taką pogodę można wejść na szlak. Dostaliśmy mapę i radę, które ścieżki wokół wioski Karekare są bezpieczne podczas deszczu.

Pojechaliśmy do Karekare, zostawiliśmy auto na parkingu przed szlakiem i ruszyliśmy w dwugodzinną wędrówkę. Już w pierwszej godzinie, moja dotychczas niezawodna kurtka przeciwdeszczowa była kompletnie przemoczona. Szlak prowadził pagórkami nad stromym brzegiem. Szliśmy przez intensywnie zielony las deszczowy. Co jakiś czas docieraliśmy do punktów widokowych w panoramą morza i urwistych skał.

Pod koniec wędrówki dotarliśmy do wodospadów. Skoro i tak byłem przemoczony to wskoczyłem do wody i cieszyłem się górskim prysznicem masującym mi plecy.

Na kolejny weekend wybieramy się na południową wyspę, gdzie ponoć czekają na nas piękne okolice nowozelandzkich alp.

Na pokładzie A380.

Lufthansa kupiła osiem potężnych Airbusów zabierających 526 pasażerów. Dzisiaj leciałem jedną z tych maszyn.

Trudno mi pojąć jak 560 ton żelastwa, plastiku i paliwa może wzbić się w powietrze.

Nim wystartowaliśmy, już podpięcie A380 do terminala było ciekawostką. Wchodziliśmy do samolotu z dwóch poziomów frankfurckiego lotniska. Poczekalnia została specjalnie zaadoptowana do obsługi Airbusa. Rękawy dla pierwszej klasy i dla klasy biznes prowadziły na górne piętro maszyny, a ekonomiczne na dolny pokład.

Kabina, szeroka na ponad sześć i pół metra, zrobiła na mnie wrażenie przestronnej.

Słyszałem, że niektóre linie lotnicze wykorzystały okazję zakupu olbrzymiego samolotu do kreatywnego zaaranżowania jego wnętrza. Słyszałem o kontuarach barowych, placach zabaw itd. Lufthansa, z niemieckim pragmatyzmem, wykorzystała miejsce na umieszczenie jak największej liczby pasażerów. Warunki podróży są, moim zdaniem, bardzo podobne do innych dużych Airbusów i Boeingów, obsługiwanych przez tego przewoźnika.

Jedyną niespodzianką było gniazdo sieci komputerowej i port USB w podłokietniku fotela. Nie widziałem tego wcześniej. Po podłączeniu laptopa do sieci, komputer dostał swój adres IP, czyli został podpięty do pokładowej sieci. Był to tylko dostęp lokalny, bez internetu. Być może w przyszłości ma to być wykorzystane do surfowania podczas lotu. Natomiast przydatne okazało się gniazdo USB. Wpiąłem do niego komórkę i doładowałem baterię.

Skoro jesteśmy przy temacie gadżetów na pokładzie, to podzielę się z Wami ciekawostkami. Lufthansa robi w tym roku drugie podejście do internetu w lotach międzykontynentalnych. Na niektórych trasach transatlantyckich już są hot spoty w kabinie pasażerskiej. Następnym etapem będzie umożliwienie podróżnym korzystanie z telefonu komórkowego, ale tylko do wiadomości tekstowych.

Lufthansa zrobiła sondaż wśród pasażerów na temat korzystania z telefonów na pokładzie. Pod wpływem zebranych głosów postanowiono zablokować porty telefonii internetowej, oraz ograniczyć komórki do smsów i mmsów. Ludzie chyba nie chcą, żeby im współpasażerowie gadali nad uchem.

Napisałem, że jest to druga próba wdrożenia projektu internetowego w samolotach Lufthansy. Bowiem internet już był na ich pokładzie w ubiegłej dekadzie. Pamiętam lot z Azji, kiedy włączyłem na laptopie Skype’a i odbyłem kilka rozmów ze znajomymi i rodziną. Z tego co słyszałem ówczesne przedsięwzięcie upadło z powodów finansowych. Może było za wcześnie na taką usługę? Może było za drogo? Może formy płatności online potrzebowały więcej czasu na popularyzację?

Niemcy najwyraźniej wyciągnęli nauczkę z tamtej porażki. Teraz, działając z Deutsche Telekom, umożliwią płatność za internet tak samo jak za korzystanie z pakietów danych w roamingu. Będzie też możliwość płacenia kartami kredytowymi oraz milami z programu Miles&More.

Przypuszczam, że dopuszczenie komórek wymaga też innego zabezpieczenia urządzeń pokładowych, niż to było w przypadku wifi. Komórki potrafią ponoć narobić nieprzyjemnych psikusów czujnikom pożarowym oraz nawigacji. Więc projekt wygląda na ambitne przedsięwzięcie.

Podoba mi się ten pomysł Lufthansy, bo lubię widzieć jak ludzie szukają innowacyjnych rozwiązań. Pewno wielu pasażerów będzie zadowolonych z możliwości bycia online w trakcie lotu.

Dla mnie ma to małe znaczenie. Zawsze mam coś do roboty w ciągu długich lotów. Zwykle czytam książki.

Tym razem niewiele poczytałem, bo większość lotu przespałem. Teraz parę godzin na lotnisku w Singapurze i druga połowa drogi do Auckland.

Żarcie w Kuala Lumpur, czyli u Malaja od Chinki, w biurze Hindusa.

Jestem w Malezji. Chyba trzeci, a może czwarty raz. Wpadłem tu na tydzień, aby dokończyć szkolenie nowego człowieka w naszym zespole. Jego szefowa wylądowała na porodówce szybciej niż to było planowane, więc wpakowałem do walizy prezent dla nowonarodzonej Chinki i poleciałem zrobić szkolenie Malajowi. Wyzwaniem było znalezienie dogodnego terminu, bo facet jest w trakcie przygotowań do ślubu – a u tutejszych muzułmanów to zawiła i wielotygodniowa procedura. Po przylocie miła niespodzianka; okazało się, że mam do dyspozycji przestronne biuro tutejszego szefa, bo trwa hinduistyczne święto światła Diwali, więc on z tego powodu ma wolne.

Powyższy akapit dość wiernie oddaje koloryt religijny i etniczny Malezji. Liczebnie dominują Malajowie wierni islamowi. Natomiast w biznesie, szczególnie w sektorach zaawansowanych technologicznie jest sporo Chińczyków, którzy stanowią ponad jedną piątą populacji. Hindusi to około 7% mieszkańców Malezji. Swoje ślady zostawili też kolonizatorzy, więc tu i ówdzie są też chrześcijanie.

Lubię jeździć w delegacje do Kuala Lumpur. To jedno z moich ulubionych miast. Jak będziecie mieć szczęście tutaj dolecieć to pewno zdziwicie się, co ja takiego widzę w Malezji. Ani tu szczególnie ładnie, ani brzydko. Ceny w miarę przyzwoite, ale uderzająco tanio też nie jest. Można bezpiecznie mieszać się z tłumem, ale warto mieć się na baczności. Restauracje są prowadzone dość porządnie, ale jedzenie w przygodnych lokalach grozi problemami żołądkowymi. I tak dalej.

Chociaż może warto na chwilę zatrzymać się przy temacie posiłków. Tutejsze spektrum kulinarne jest odpowiednikiem tygla etnicznego Malezji. Mam przekrój wszystkich kuchni azjatyckich. Do tego zwykle są to kucharze z pierwszej ręki. Jako, że lubię próbować wszelakich potraw to lunche i kolacje są dla mnie najciekawszymi elementami dnia. Mój malezyjski podopieczny wymyśla miejsce posiłku, a ja zdaję się na jego sugestie przy wyborze menu. Próbuję wszystkiego. Zwykle zjadam do końca. Poddałem się tylko raz, przy deserze z cukrowych żelek polanych sokiem kokosowym i posypanych tłuczonym lodem z masą cukru. Mój lokalny kolega też ledwo co napoczął swoją porcję, więc czuję się rozgrzeszony.

Niedawno zastanawiałem się nad tym, co ciekawego jest wciąż – po odwiedzeniu kilkudziesięciu krajów – w moich podróżach służbowych. Wyszło na jedzenie. Po prostu chodzi o żarcie. Coraz to nowe, inne potrawy. Mieszanie smaków i składników, których wcześniej nie doświadczałem. To jest dla mnie główna frajda.

Kiedyś powiedziałbym, że atrakcją jest różnorodność spotykanych ludzi. Faktycznie moi współpracownicy reprezentują znakomitą paletę narodów, ras i religii. Po okryciu jak bardzo podobne mamy pragnienia i marzenia, bez względu na miejsce urodzenia, wolę pomruczeć przy herbacie z przyjaciółmi z mojej podwarszawskiej okolicy, zamiast lecieć w tym celu na koniec świata.

Kiedyś cieszyłem się na myśl, że w delegacji zobaczę inne, egzotyczne, nietypowe miejsca, budowle, rośliny i zwierzęta. Zobaczyłem ich sporo. Lecz oglądałem je przez szybę – dosłownie lub w przenośni. Uznałem, że poznawanie zakątków Ziemi jako turysta w autokarze, z aparatem i plikiem dolarów to strata mojego czasu. Mimo masy pieczątek w paszporcie, odbyłem tylko kilka podróży. Bowiem „podróż” to dla mnie zamieszkanie wśród lokalnej ludności, na warunkach zbliżonych do ich egzystencji. Taką podróż odbyłem kiedyś z mojego rodzinnego miasta do Lublina, potem była podróż do Warszawy, potem do podalpejskiej wioski w Szwajcarii. Być może jeszcze mogę powiedzieć, że mój kilkumiesięczny projekt w Sydney to też była podróż. Reszta to pusta turystyka. Zamiast własnych zdjęć i opowieści zawodowych przewodników, wolę raz na jakiś czas zobaczyć filmy Wojciecha Cejrowskiego. W jego podróżach widzę prawdę podróżnika. Niniejszym serdecznie kolegę Cejrowskiego pozdrawiam i przesyłam wyrazy uszanowania.

Czyli jak widzicie w mojej delegacji najważniejsze są diety. Absolutnie nic do tego nie mają diety rozumiane jako dostosowanie ilości i rodzaju pokarmu do potrzeb organizmu. Bowiem podczas moich wyjazdów żarcie przekracza tak potrzeby, jak i momentami możliwości przewodu pokarmowego. Zatem najważniejsze są diety, czyli to, że korporacja utrzymuje mnie w podróżach służbowych.

Piszę to po zjedzeniu ostatniej kolacji w Kuala Lumpur. W hotelowym pokoju bulgocze czajnik, za chwilę powtórnie zaleję zieloną herbatę i puszczę ten wpis w partycje amerykańskiego serwera goszczącego mojego bloga. Jutro pakuję bagaż i poprzez zalany Bangkok oraz bogaty Frankfurt lecę do domu.

A jak Wasza turystyka? A może podróżowanie? Napiszcie. Miło będzie się nawzajem ubogacić wymianą myśli.

50 milionów.

Wczoraj Polacy byli zjednoczeni wokół marzenia o wygraniu 50 milionów w kumulacji Lotto.

Fajny klimat. Kolejka ludzi czekających przed ladą kolektury Lotto. Święto nadziei na uśmiech losu. Jakiś starszy pan dopytywał mnie jak wypełnić kupon, bo od lat nie grał. Pracownica punktu Lotto zaangażowała mnie do naprawy drukarki. Urządzenie zacięło się ku wielkiej frustracji gromadzącej „podatek od marzeń” pracownicy i  rozmarzonych kolejkowiczów. Przy pomocy nożyczek usunąłem papier blokujący sprzęt.

Puściłem swój los, wróciłem do biura i już wkrótce zadzwoniła do mnie administratorka budynku, że pani z Lotto gorączkowo mnie szuka, bo maszyna znowu padła…

Herezje.

Po wakacyjnym tygodniu spędzonym w rozmodlonym Taizé trzymają się mnie tematy duchowe.
Po raz kolejny tam pojechałem, by zanurzyć się w ekumenicznej atmosferze stworzonej przed laty przez brata Roger.

Patrząc na zjednoczenie chrześcijan wysunąłem wnioski mocno heretyckie. Ekumenizm był, na mój gust, potrzebnym przełomem w dwudziestym wieku. Lecz dzisiaj orędownikom ekumenizmu stawiam wyzwania wykraczające poza wspólnotę uczniów Jezusa z Nazaretu.

Pozwólcie, że zacznę moją notatkę od innego końca.

Świat jest mały. W samolocie czy na youtubie skaczemy między kulturami i kontynentami. Odwiedzenie najbardziej wymyślnego zakątka planety jest na wyciągnięcie ręki wielu moich znajomych. Podróż poślubna do Nowej Zelandii? Od pomysłu do realizacji upłynęło kilka miesięcy i E. z T. byli na drugim końcu świata. Praktyki studenckie w Wenezueli? Córka kuzyna właśnie z nich wróciła. Wyjazd szkolny do Turcji i mieszkanie u rodzin? Moja córka miała to przed wakacjami.
Jeszcze łatwiej przemieszczać się przed ekranem komputera. Inspirujące filmy, czy animacje oglądane ostatnio na youtube to twory Japończyków, Nigeryjczyków, Amerykanów, Rosjan czy Hindusów. Na Facebooku mam wśród znajomych muzułmanów, buddystów, mormonów, katolików. Zresztą nawet nie wiemy jak i w co wierzą dziesiątki naszych globalnych znajomych.
Zburzyliśmy bariery. Naszą kulturą jest kultura całego świata. Wnosimy w nią to co wykuły pokolenia w naszej tradycji. Czerpiemy z tego co wnoszą inni.
Fascynujące i obiecujące doświadczenie.

Poznając ludzi z innych kultur widzimy jakimi ścieżkami szedł rozwój cywilizacji, a w tym rozwój ludzkiego ducha i poczucia sensu życia.
Myślę, że dzięki temu jedną z najciekawszych zmian jakie następują przed naszymi oczami, jest zmiana w obszarze duchowości – czyli w rozwijaniu świata wartości i sensu życia.

Im bliżej pracujemy, żyjemy i przyjaźnimy się z ludźmi innych tradycji, tym naturalniejsze jest widzenie podobieństw w tym co dla każdego z nas jest w życiu ważne.
Dla mnie intrygującym wymiarem jest spotkanie Wschodu z Zachodem. Obydwie cywilizacje odkrywają zaskakujące podobieństwo w potrzebach i pragnieniach ludzi z tymi na drugiej półkuli. Jesteśmy do siebie tak bardzo podobni. Spotkanie Wschodu z Zachodem wydaje się otwierać ciekawe horyzonty.

To chyba spore wyzwanie, głownie w naszym kręgu. Bowiem skoro dopiero w ubiegłych dekadach chrześcijanie rozmaitych kościołów zaczęli się spotykać, wspólnie modlić i wspierać w rozwoju duchowym, to jak im powiedzieć, że jogin czy buddysta to człowiek, z którym możemy wspólnie pojechać na rekolekcje.

Ekumenizm też pierwotnie uznawano za dziwaczne, czy nawet niebezpieczne działanie. Dialog chrześcijan jeszcze nie okrzepł, a ja widzę, że już wchodzimy w czas, gdy podobna bliskość będzie wzrastać między ludźmi rozmaitych tradycji duchowych. Pewno w naszym regionie będzie to tym powszechniejsze, im bardziej rozwiązania rozwoju duchowego proponowane przez Kościół Katolicki będą odstawać od potrzeb i wartości ludzi dbających o swój rozwój duchowy.

Myślę, że praktyki rozwoju duchowego łączą wszystkich ludzi. Jak świat długi i szeroki popularność zdobywają praktyki uważności (mindfulness). Jedni odwołują się przy tym do korzeni chrześcijańskich (do ojców pustyni), inni do buddyzmu lub jogi, ktoś czerpie z sufizmu. Wszyscy razem czuwamy w milczeniu i jesteśmy obecni. To się dzieje. To rośnie.

Dzieje się to na miarę naszych czasów, czyli nie poprzez synody i sobory, ale… przez iPhony, Androidy i nieformalne grupy.
Coraz mocniej czuję, że w ciekawych czasach przyszło nam żyć.

Czy macie ochotę podzielić się swoimi refleksjami?  Jak duży jest związek formalnych organizacji religijnych z rozwojem duchowym człowieka w 21. wieku? Co Waszym zdaniem przetrwa z europejskiej tradycji chrześcijańskiej? Jakie pierwiastki chrześcijaństwo wnosi i nadal będzie wnosić w duchowy rozwój człowieka?

Czy oni tam na Wschodzie wierzą w Boga?

Potoczne i powszechne patrzenie na duchowość zawiera się w pytaniu: „czy oni tam wierzą w Boga?”. Ostatnio wpadło mi w ręce podsumowanie podejścia do Boga ludzi Zachodu i Wschodu zebrane przez Marvina Levina. Poniżej dzielę się, bo temat uważam, za interesujący.

„Na Zachodzie mamy tendencję do myślenia o Bogu jako istocie zarówno wszechmocnej jak i kochającej. Wobec tego w niespokojnych czasach modlimy się do Boga o ulżenie naszej niedoli lub o zmianę otaczającego świata, tak by zniknęły trudności. Zatem modlimy się o zdrowie naszych bliskich albo o wyeliminowanie jakiegoś zagrożenia. W tych modlitwach zwykle odnosimy się do Boga, tak jak dziecko odnosi się do ojca. Faktycznie, naszym najpopularniejszym określeniem jest Bóg ojciec.

Zaś Iśwara [Najwyższy Bóg w hinduizmie – przyp. Swojak] jest raczej charakteryzowany jako Bóg guru. Iśwara powstał jako istota doskonale oświecona. Konceptualnie Iśwara jest esencją mądrej, przemienionej, jednostki o czystym spojrzeniu. Zatem jogin ma inne od zachodniego podejście do Boga. Jednoczy się z Iśwarą, aby wzmocnić podążanie swoją drogą. Gdy pojawiają się wątpliwości, zniechęcenie, czy jakiekolwiek psychologiczne przeciwności w podążaniu drogą, wtedy zwraca się do Iśwary. Jak doskonała istota ma pokonać te przeciwności? Gdy szukasz wsparcia w stawianiu czoła trudnym lub strasznym sytuacjom to zjednocz się z Iśwarą. Reasumując, nie modlisz się do Iśwary na zachodni sposób, bo Iśwara nie zmienia świata zewnętrznego, ani nie przysparza dóbr. Jednoczysz się z Iśwarą raczej dla wewnętrznej przemiany; po mądrość i po siłę. Iśwara jest wzorem, z którego czerpiemy inspirację.

W buddyzmie taki Bóg nie występuje. Choć Budda pełni dla buddystów rolę, jaką Iśwara pełni dla joginów. Słyszałem, jak zachodni przywódcy religijni, znający jedynie najbardziej powierzchowne aspekty buddyzmu, lekceważąco odnosili się do buddystów, uznając ich za ludzi modlących się do bożków. To oczywiste nieporozumienie. Liczne i popularne na Wschodzie posągi buddy, są reprezentacją doskonałego nauczyciela będącego wzorem idealnego postępowania. Posąg jest bodźcem do zjednoczenia z tą w pełni oświeconą istotą. Posąg sam w sobie nie jest konieczny. Za to jasne wspomnienie i medytacja obrazu Buddy są pomocą w podążaniu drogą, w taki sposób jak jest przywoływanie Iśwary poprzez jego wyraziste obrazy.”