Archive for the 'Polska' Category

Autostopowicze.

Syna i psa odwiozłem do moich rodziców do Galicji, a po kolacji, wraz z córką, wracałem pod Warszawę.
Ujechałem kilka kilometrów, gdy zobaczyłem parę turystów z dużymi plecakami i kartką “Radom”.
Zatrzymałem się i skończyło się tym, że nikt z nas do Radomia tego dnia już nie dojechał.

Jak widzę autostopowiczów z bagażami to odruchowo staję i ich zabieram. Sam, w latach studenckich, przejechałem tysiące kilometrów, podwożony przez ludzi dobrej woli. Czasem były to wyprawy ekstremalne, jak tysiąckilometrowa podróż przez zimową Skandynawię w marcu 1992, aby dotrzeć na słynny studencki festiwal w norweskim Trondheim. Innym razem jechałem odwiedzić narzeczoną pracującą we Normandii, i przy okazji doświadczyłem spania pod gołym niebem, pod paryską wieżą Eiffla. Pamiętam też przemierzanie Niemiec, tuż po obaleniu Muru Berlińskiego, gdy zachodni Niemcy nie mieli pojęcia o Polsce. Wtedy jeden kierowca, gadając z moim młodszym bratem i ze mną myślał, że żartujemy mówiąc, iż pochodzimy z Polski. Uwierzył dopiero, gdy pokazaliśmy mu nasze paszporty. Jego zdaniem Polacy, ani tak nie wyglądają, ani tak się nie zachowują, ani nie znają angielskiego.

Teraz, gdy widzę niedomytych turystów z wyciągniętym kciukiem i kartonem z nazwą kierunku, to mam przed oczami te dziesiątki ludzi, którzy kilkanaście lat temu mnie podwozili, karmili, załatwiali noclegi, obdarowywali mapami i opowiadali swoje historie życia.

Wróćmy do rozpoczętej opowieści z dwójką podróżników jadących do Radomia. Gdy plecaki były już w bagażniku, a autostopowicze na tylnym siedzeniu, to ruszyliśmy w ich wymarzonym kierunku. Okazało się, że tego samego dnia wystartowali ze Słowacji, wcześniej byli w Czechach i Austrii. Chłopak był z Florydy, a dziewczyna ze Szwecji. Jadą do Finlandii, przez Litwę, Łotwę i Estonię.
Niezwykle ciekawi ludzie. On studiował socjologię, a ona pisarstwo. Jako, że ostatnio zainteresował mnie temat uczenia dzieci w domu, zamiast posyłania do szkoły, to mogłem posłuchać o doświadczeniach ze Stanów, gdzie sporo rodziców decyduje się naukę w domu. Zdaniem A., który znał kilka osób uczonych w domu, każda z nich miała wyraźne niższy poziom kompetencji społecznych, niż koledzy chodzący do szkoły. Z J. rozmawiałem o pisarstwie, bo zaintrygowała mnie informacja o studiowaniu pisarstwa. Jej studia odbywają się na uniwersytecie ludowym (Folkuniversitetet), który działa na zasadzie stowarzyszenia oferującego dorosłym rozmaite programy edukacyjne. Zajęcia prowadzą z nimi m.in. najznakomitsi szwedzcy literaci.

Podczas rozmowy okazało się, że podróżnicy jadą do Radomia, aby stamtąd dotrzeć do Lublina, i dalej na Litwę. Wybrali Radom, bo na ich bardzo ogólnej mapie nie było głównej drogi do Lublina. Rozwiązałem ich obydwa problemy. To znaczy podarowałem moją starą, ale dokładną mapę Polski, oraz zmieniłem moją marszrutę i pojechałem przez Lublin.

Wspólnie szukaliśmy pomysłu na nocleg. Chodziło o miejsce, gdzie autostopowicze mogliby na dziko rozbić swój namiot. Pomyślałem o siostrze zakonnej z Lublina, którą spotkałem przed rokiem na warsztatach medytacyjnych. Uleciało mi z głowy jej imię, ale wiedziałem, że pracuje w akademiku. Po wjeździe do miasta skręciłem pod akademik, wysiadłem z samochodu i… przed wejściem spotkałem moją znajomą siostrę. Właśnie wracała ze spaceru. Czytających te słowa statystyków proszę, aby powstrzymali się od obliczania prawdopodobieństwa takiego zdarzenia losowego. Ja jestem przekonany, że to była synchroniczność. Czyli spotkałem siostrę, bo po prostu miałem ją spotkać. Wszystko poszło bardzo dobrze. Zostawiłem A. i J. na pięknym, parkowym trawniku. Po rozbiciu namiotu mieli się stawić w akademiku, aby skorzystać z łazienki.

Po pożegnalnych uściskach ruszyłem w stronę Warszawy. Jechałem ciesząc się, że kilka godzin wcześniej A. i J. napisali na swoim kartoniku “Radom”, a nie “Lublin”. Gdyby napisali “Lublin” pewno bym się nie zatrzymał, bo jechałem do Radomia. Wtedy bym z nimi nie porozmawiał. Zaś przez ich “Radom” pojechałem do Lublina i miałem niezwykle ciekawą podróż do domu.

Wracaj, tam właśnie wracaj.

Po przeczytaniu komentarza Sylwi biorę się za moje rocznice emigracyjne.
Prawie dziesięć lat temu pakowaliśmy nasz dobytek, w malutkim mieszkaniu na warszawskich Bielanach, aby zamieszkać w Alpach. Jak to powiedział jeden z komentatorów mojego bloga, wyjeżdżałem wtedy w podróż służbową do Szwajcarii.
Pamięć zatarła ostrość tamtych wspomnień. Wiem, że przeprowadzka była wielką i dość przyjemną przygodą. Wynajęliśmy piękne mieszkanie z widokiem na góry, zakupiliśmy sporo sprzętów, łącznie z dużym rodzinnym autem, i rozpoczęliśmy oswajanie Helwecji.

Gdy opadło zawirowanie przeprowadzkowe, podobnie jak wspomniana we wstępie Sylwia, poczułem ciężar oddalenia od Polski. Wpadłem w sytuację lodowato-wybuchową. Zimni, jak okoliczne skały, sąsiedzi utrudniali nam nawiązanie więzi z lokalną społecznością, a w pracy u krewkiego Włocha rozstrajały mnie jego histeryczne krzyki.
Nasza pierwsza wizyta w Polsce miał miejsce w Boże Narodzenie. Jechaliśmy z doświadczeniem kilkumiesięcznego, trudnego mieszkania wśród Szwajcarów. Podróż powrotna po Nowym Roku była smutna i łzawa. Miałem wtedy ochotę zamknąć ten emigracyjny rozdział i wrócić do Polski. Postanowiliśmy zostać jeszcze jakiś czas, żeby spłacić pożyczkę na zagospodarowanie, bo z polskiej pensji spłata byłaby trudniejsza.
Dobrnęliśmy do pierwszej rocznicy pomieszkiwania w Alpach. Wtedy nastąpił cud. Sąsiedzi ogłosili, że pozytywnie przeszliśmy okres kwarantanny, gdy byliśmy obserwowani i sprawdzani. Kolejne siedem lat było usłanych serdecznościami, wzajemną pomocą, sympatią i przyjaźniami. Nasz wyjazd ze Szwajcarii w 2008 był trudnym momentem. Zostawialiśmy na miejscu sporo bliskich nam osób.
Teraz, po dwóch latach, widzę jak nasza rodzina ponownie wrosła w polskie życie. Każdy z nas na swój unikalny sposób. Żona odnalazła swe zawodowe powołanie i robi masę dobrej roboty jako pedagog szkolny. Wygląda na to, że w Polsce zdecydowanie potrzeba zatrudniać w szkołach dodatkowych pedagogów, bo większość personelu szkolnego to nauczyciele przedmiotowi bez solidnego przygotowania do pracy z uczniami. To przeciwieństwo Szwajcarii, gdzie nauczyciele mieli głównie umiejętności pedagogiczne, a ich erudycja była drugoplanowa.
Starsza córka zbliża się do końca gimnazjum. Doskonale radzi sobie w szkole. Wygląda na to, że coraz bardziej docenia uroki polskiego życia. Młodsza córka, ze swoim otwarciem na innych, chyba bardziej pasuje do polskiego otoczenia, gdyż szwajcarska konwencjonalność mogłaby by być dla niej trudna. Zaś syn, po wakacjach rozpoczyna naukę w podstawówce. Paradoksalnie, to on najczęściej wspomina, że Szwajcaria to nasz kraj, w którym chciałby zamieszkać.
Ja dostałem od swojego szwajcarskiego pracodawcy możliwość “miękkiego lądowania” w Polsce. Jako konsultant pracuję przy jego międzynarodowych projektach. Daje mi to stabilność finansową. Mogę wykorzystać czas na odnalezienie w polskiej rzeczywistości miejsc, gdzie moje specyficzne umiejętności będą szczególnie przydatne. Od miesięcy, misternie buduję plan, którego realizacja może wypełnić przyszłe lata lub dekady. Jestem podbudowany tym jak ciekawie kraj zmienił się pod moją nieobecność. “Apetyt rośnie w miarę jedzenia”, więc chcę dalszego rozwoju i budowania tutaj takiego społeczeństwa, które zasłynie z międzyludzkiej solidarności i wzajemnego wspierania się w pomysłach gospodarczych, politycznych i społecznych. W tym kierunku idzie moje myślenie o tym co mam tutaj do zrobienia.
Tym co mieszkają na obczyźnie dedykuję kawałek tekstu Ewy Bem:
“Wracaj, złe drogi skracaj,
Wracaj, gdzie byś nie był Rzym czy Krym
Wracaj, wracaj tam gdzie się na ogół ma gigant kaca
Lecz przynajmniej jest się napić z kim
Wracaj, tam właśnie wracaj
Gdzie się całkiem nie opłaca żyć
Stary, stary pomyśl, że ojczyzna to kumpli paru
Z nimi znów szczęśliwy,
Z nimi znów szczęśliwy spróbuj być”

Wybory 2030.

Marzę o tym, by za dwadzieścia lat iść na wybory prezydenckie i mieć straszne wątpliwości na kogo oddać głos, bo każdy z kandydatów będzie, w moim odczuciu, doskonale nadawał się do pełnienia funkcji głowy państwa.

Uważam, że w tym roku mieliśmy tylko kiepskich kandydatów. Co z kolei, jest dla mnie logiczną konsekwecją tego, iż życie publiczne i dbanie o dobro wspólne jest konkurencją, gdzie mamy sporo do zrobienia.
Swoją diagnozę sytuacji dobitnie wygłosiłem po smoleńskim wypadku (http://blog.swojak.info/?p=112). Dzisiaj skupiam się na tym co zrobić, aby sprawy miały się coraz lepiej. Uważam, że kluczem do zmiany są dzieci i młodzież. Z nich może wyrosnąć nowe pokolenie osób szukających porozumienia z innymi, zjednujących sobie współpracowników, ceniącymi różnorodność opinii, kontunująch mądre działania bez względu na zmiany na kierowniczych stanowiskach, otaczający się ludźmi wybitnymi i przerastającymi ich w dziedzinach, którymi się zajmują.

Wiem, że perspektywa wykształcenia takiego pokolenia liderów jest realna. Jednak potrzeba nad tym popracować. Potrzeba dać młodym ludziom umiejętności i wzorce, które oderwą ich od arogancji, kłótliwości i nienawiści prezentowanych przez dzisiejszych mistrzów życia publicznego.
Dwadzieścia lat temu, po odzyskaniu przez Polskę wolności, słyszałem głosy, że normalizacja polskiego życia publicznego będzie wymagać kilku dekad, bo musi odejść pokolenie osób skażonych życiem w systemie komunistycznym. Czekaliśmy, aż magiczna różdżka czasu cudownie przemieni nasz kraj. Nie przemieniła. Starzy urzędnicy i politycy przyjmują pozę mistrzów i nauczają młode pokolenie. Gdy spotykam urzędników wrogich obywatelom, myślących kategoriami represjonowania obywatela przy pomocy aparatu administracyjnego to wiek gra tu niewielką rolę. Tak dwudziestoletni jak i pięćdziesięcioletni urzędnicy miewają przekonanie, że stoi przed nimi petent, który jest na łasce ich urzędniczej dobrej lub złej woli.
Doskonale - moim zdaniem - opisał to Mirosław Barszcz w Walec drogowy, czyli kto tu właściwie rządzi. Uważam, że ten absurd musimy przełamać niszcząc tą chorą sztafetę pokoleń.
Wykształćmy młodzież angażującą się w sprawy społeczne, szerzącą zaufanie i wzajemną pomoc.
Umiejętności społeczne są wyuczalne. Może w szkołach warto odpuścić sobie trochę bezmyślnego wkuwania haseł encyklopedycznych i wykorzystać zyskany czas na naukę pracy z innymi?
Oczywiście wpadamy na mieliznę tego, kto będzie prowadził takie zajęcia. Z niepreprezentatywnej próbki nauczycieli, których licznie spotykam przez ostanie dwa lata, wyłania się obraz masy upośledzonych społecznie transmiterów informacji podręcznikowych. Na szczęście raz na jakiś czas wpadam na pedagoga, w którego oku widzę iskrę pasji pracy z uczniami i wiarę w to, że praca nauczyciela dosłownie zmienia naszą przyszłość.

Na miarę swoich możliwości planuję mieszać w polskiej edukacji, wtrącać się w to co jest uczone i wnosić świeży powiew do szkół.
Moim celem jest pójście na wybory prezydenckie około roku 2030, dumne odczytanie listy kandydatów i uznanie, że każdy z nich jest dobrym kandydatem na to stanowisko.

Jakie masz pomysły na pozytywną zmianę w edukacji polskiej młodzieży? Co, na bazie swoich obserwacji i doświadczeń, proponujesz jako element wykształcenia lepszego pokolenia? Co sądzisz o perspektywie uspołecznionej Polski roku 2030?

Taka jest idea skutera.

Warszawa i okolice są pełne motorów. W pogodne dni, na drogach widzę też sporo skuterów. Łatwiej jeździć po mieście na dwóch kółkach. Parkowanie też jest proste. Dorośli kupują jednoślady, aby jeździć do pracy. Przy okazji sprawiają frajdę swoim nastoletnim dzieciom i po wydaniu niespełna dwóch tysięcy złotych dają swoim latoroślom zabawkę z silnikiem. Ileż potem mają radości widząc, jak dzieci organizują przejażdżki dla kolegów i koleżanek po okolicznych uliczkach. Uciechy jest co niemiara.


foto: www.yamaha-motor.ch

Ja też jeżdżę do pracy motorem. Codziennie  rano, przed wyjściem do pracy, wciągam na siebie solidne spodnie z ochnianiaczami na kolanach i udach. Na nogach mam wysokie buty wzmocnione w miejscach narażonych na kontuzję. Do tego kurtka z zabezpieczeniami, mocne rękawice i pełny kask, zakrywający także szczękę.

Gdy staję na skrzyżowaniach, czekając na zmianę świateł, spotykam motocyklistów w podobnych wdziankach. Bywa nam gorąco. Lecz w razie upadku, mamy odrobinę ochrony na grzbiecie. Ostatnio kolega zaliczył upadek na lokalnej drodze. Mówi, że jechał około 40 km/h, gdy z parkingu wprost na niego wyskoczył samochód. Na szczęście znajomy wyszedł z tego bez szwanku. Był uważny i dobrze ubrany.

Natomiast, gdy zobaczyłem zdjęcia córki, i jej koleżanek, uczących się jazdy na skuterze, to cieszyłem się, że żadna z nich nie znalazła się w sytuacji kolegi staranowanego przez auto. One też jeździły 40 km/h, one też były na lokalnej drodze. Od mojego pechowego kolegi odróżniała je masa fantazji, brak umiejętności i zwiewne letnie ubrania. Miały szczęście, że nikt w tym czasie nie wyskoczył z parkingu, bo w ich przypadku było by krwawo i tragicznie.

Ktoś w ich szkole wpadł na szatański pomysł zorganizowania egzaminu na kartę motorowerową. Egzamin był eksternistyczny. Nikt nie przekazał uczniom elementarnych zasad korzystania z jednośladu. Rodzice jednej z dziewczyn pojechali do supermarketu, kupili skuter i wręczyli czternastolatce kluczyki, aby uczyła się do egzaminu. Ojciec z rozrzewnieniem patrzył ile radości sprawia dzieciom pomykanie po okolicznych drogach gminnych. Zaś matka skwitowała moje protesty oznajmiając, że ma zaufanie do swojej córki, która jest bardzo ostrożna. Wycofałem się z sytuacji z etykietką niegroźnego wariata, który zabronił własnej córce wsiadania na jakikolwiek skuter.

Pewnego słonecznego dnia jechałem do pracy i przy zamkniętej rampie zatrzymał się obok mnie mężczyzna na pięknym, dużym skuterze. Po otwarciu przejazdu ostro ruszył i był daleko przede mną. Spotkałem go ponownie na następnych światłach. Pochwaliłem jego mocny skuter. Zapytałem też, czy nie boi się tak pędzić w krótkim rękawie i w krótkich spodenkach, bez żadnych ochraniaczy. Odparł, że przecież jak jeździ skuterem to nie będzie myślał o tym, iż może się przewrócić. Nim popędził na złamanie karku rzucił: taka jest idea skutera!

Spróbuję tutaj pogodzić “ideę skutera” z elementarnym bezpieczeństwem. Koleżanki i koledzy na skuterach, proponuję rozważyć przynajmniej minimalny zestaw ochronny: poza skuterowym kaskiem, także rękawice, buty powyżej kostki, kurtkę i spodnie z mocnego materiału.  Idealnie byłoby zastąpić otwarty kask takim, gdzie szczęka jest osłonięta; ponadto pod kurtkę i spodnie założyć ochraniacze lub kupić ubrania na motor.

Niech idea skutera będzie gotowa odpierać ataki asfaltu!

Patriotyzm, polskość i political correctness.

Drodzy Czytelnicy,
Zapraszam do lektury gościnnego postu nadesłanego przez Iwonę z Australii. Po przeczytaniu mojego wpisu, pt. “Kochane brzydactwo“, a wcześniej “Pytanie patrioty” z bloga Telemacha, Iwona przelała na wirtualny papier swoje obserwacje o Polakach i polskości z perspektywy australijskiej. Zachęcam do przemyśleń i komentarzy.

____________________________________________________________________________________

Właśnie przeczytałam Twój wpis – bardzo ciekawe. Ciekawe jest też to, jak ja bym się czuła, gdybym wróciła. Mój kontakt z krajem jest bardzo powierzchowny, i gdy odwiedzam rodzinę w W-wie, jestem tylko w kilku specyficznych miejscach, więc oglądanie brzydoty nie jest czymś z czym się normalnie spotykam. A mam też w tej sprawie wysokie wymagania, bo widzę w Sydney dużo miejsc, które wyglądają strasznie i wcale nie są zadbane. To głównie stare budynki przy głównych ulicach, które głownie wykorzystuje się na sklepy i biura, i gdzie właściciele są tylko zainteresowani czynszem, i ewentualnie wnętrzem, ale gdzie estetyka zewnętrzna nie jest dla nich ważna.

W Polsce mam garść starych serdecznych przyjaciół (jestem poza krajem 23 lata więc pozostali już teraz tylko Ci najwytrwalsi..:=)). Interesuje mnie życie Polakow i losy Polski, i zawsze mam dla niej duże nadzieje, ale myślę o niej nie jak o moim kraju (bo mój kraj to Australia), tylko czymś co jest częścią mojej przeszłości, historii i poprzedniego życia (rozrożniam ojczyznę od kraju – jedno to dla mnie skąd pochodzisz, a drugie czego jesteś teraz częścią).
Kilkoro moich najlepszych, tutejszych przyjaciół, to Polacy, i tak jak się z nimi rozumiem i przyjaźnię, byłoby trudno zrobić to z kimkolwiek innym. Z drugiej strony, są środowiska Polaków, których skrzętnie unikamy i się z nimi nie identyfikujemy, bo grupowo nabierają wielu z tych przywar, które przytaczałeś w swoim cytacie. Więc obcowanie z Polakami, bo to Polacy, nie jest częścią mojego postępowania, ale wyszukiwanie fajnych ludzi, których podziwiam i szanuję lub, z którymi czuję się dobrze i podzielam podobne poglądy, niezależnie od ich narodowości, to jest moja recepta na moje “zbalansowane” życie :=)

A jeżeli chodzi o to, czy Polacy są tak samo źli, czy dobrzy, czy potworni, jak inni, to nie jestem pewna. Myślę, że jednak są zasadnicze różnice w krajach. Na pewno w każdym z nas, w każdym człowieku, tkwią warstwy egoizmu, uporu, machinacji, pychy, pogardy, zawiści etc etc. Tak jesteśmy zbudowani (stworzeni..?) my, ale co robimy jak tworzymy różne kraje? Mam taką teorię, że różnica między krajami jest w tym, na ile te rzeczy są ogólnie tolerowane, i do jakiego stopnia. Można to nazwać, na przykład, political correctness. Myślę, że w naszych czasach, kiedy moralność nie jest koniecznie spuścizną rodzinną, albo nie jest uczona w religii itp., coś takiego jak political correctness jest bardzo przydatne, bo pokazuje ludziom wzory do naśladowania. Taką mamy wszyscy naturę,  że nie chcemy się wychylać, jak myślimy, że większość myśli w określony sposób. I myślę, że to się bardzo przydaje dla najprostszych ludzi (może nie najprostszych, ale tych którzy się boją wszystkich i wszystkiego co nie jest im znane, i którzy są konserwatywni i wsteczni).

I jeszcze jedno. Mieszkałam 4 lata w Anglii, mieszkam w Australii 18 lat. I myślę, że w tych krajach jest dużo, dużo mniej nacjonalizmu. Polacy nazywają to patriotyzmem, ale to on pozwala na rezygnację i godzenie się z wieloma zachowaniami i mówienie mimo wszystko, że się tak bardzo kocha ten kraj. Tu, jakby ktoś powiedział, że kocha Australię popatrzyliby na niego, jak na wariata. Ludzie mogą powiedzieć, że to jest ich kraj, że tu chcą żyć, że Australia może tyle ofiarować…. i w tym najczęściej myślą o lifestyle – o pogodzie, przyrodzie, plażach, bliskich kontaktach ludzkich. Ale też są dumni z tego, że Australijczycy są “easy going” – a w tym się ukrywa to, że nie są agresywni, nie są wścibscy, że tolerują ludzi i ich indywidualizm. Lubią więc, czy są dumni, z konkretnych cech narodowych, ale nie urzeczywistniają się z teoretycznym i nacjonalistycznym pojęciem o Australii. W każdym razie absolutna większość….:=)

Wiem, że piszę to wszystko z dystansu i z boku. Wiem, że jest inaczej jak jesteś częścią kraju i tam żyjesz. Mam nadzieję więc, że te wywody Cię zainteresują, jako obserwacje kogoś z zewnątrz. I że nie napisałam nic, czym bym Cię uraziła lub zraniła…
Moc pozdrowień,
Iwona

Praca (?) społeczna po polsku.

Kiedyś poświęciłem sporo czasu na opisanie polskojęzycznych stron dotyczących Szwajcarii. Każdą z nich zweryfikowałem i podsumowałem. Robiłem to jako redaktor pustawego działu Otwartego Katalogu ODP. Postanowiłem skatalogować strony opisujące Helwecję, aby ułatwić rodakom zbieranie informacji o tym kraju. Z zadowoleniem ukończyłem robotę, gdy wkrótce przeważająca większość opracowanych przez mnie linków trafiła do kosza. Jak się dowiedziałem, inny społeczny redaktor, nadzorujący moją pracę, uznał, że zaśmiecam katalog tak obszernym katalogowaniem Szwajcarii. Na szczęście miałem kopię tego co zgromadziłem. Usuniętą zwartość opublikowałem na swojej stronie, gdzie linki do dzisiaj służą internautom.
Wtedy dyskusja z wolontariuszem na kierowniczym stanowisku przypominała rozmowę przysłowiowego chłopa z obrazem. Więc wyciągnąłem nauczkę i zająłem się swoimi prywatnymi stronami, zostawiając polskojęzyczne ODP ludziom o grubszej skórze i mniejszym przywiązaniu do swoich wytworów.

Minęło kilka lat. Podkusiło mnie, aby ponownie wejść w wolontarystyczną współpracę w polskojęzycznym internecie. Podjąłem się bezpłatnego przygotowaniu polskich napisów do wykładu na temat rynku mediów. Spędziłem trochę weekendowych i wieczornych godzin na dopieszczanie tekstu półgodzinnego wystąpienia znamienitego biznesmena z Doliny Krzemowej. Po przekazaniu materiału wydawcy, przydzielono mi korektora. Podobnie jak ja, pracował on społecznie. Zgodnie z formalnymi zaleceniami właściciela materiału, wysłałem koledze swój numer telefonu, skype i e-mail, deklarując dyspozycyjność podczas modyfikacji tekstu. Amerykański właściciel witryny skrupulatnie wypisał zalecenia w sprawie korekty, apelując o daleko idącą wstrzemięźliwość przy ingerowaniu w pracę tłumacza i systematyczną współpracę z autorem tłumaczenia. Przez kilka tygodni korektor milczał, aż pewnego dnia wydawca powiadomił mnie, iż moje tłumaczenie jest w drodze do publikacji. “Moje tłumaczenie” było moim już tylko formalnie. Większość zdań została zmieniona. Najwyraźniej pierwotny styl nie pasował redaktorowi-wolontariuszowi. Szyk zdań i słownictwo zostały skutecznie ustawione na modłę korektora. Na moje pytanie o zaskakującą skalę zmian i brak komunikacji ze mną, odparł, że robił to w ostatniej chwili, ale ze wszystkiego może się wytłumaczyć. Styl jego tekstu uważam za porządny, lecz nie jest to mój styl. Chcę byśmy wybrnęli z tej sytuacji, więc przerwy na lunch spędzam analizując linijka po linijce zmiany w tekście.  Mimo wszystko cieszę się, że internauci będą mieć możliwość zobaczeniu polskiej wersji filmu. Szkoda, że dokonuje się to po partyzancku. Mimo, że mieliśmy narzucone formalne ramy współpracy, był regulamin, było dość czasu i była możliwość partnerskiej współpracy ze mną.

Moje doświadczenia są zbyt skromne, aby wnioskować o tym, ile racji jest w słowach osób, które pouczały mnie, że w Polsce szacunek dla pracy i wysiłku innej osoby jest dużo niższy niż na Zachodzie, zaś praca społeczna nie jest tu uznawana za pracę. Trudno też powiedzieć ile prawdy było w pouczeniach tych co twierdzą, że dopiero zabójcza cena sprawia, że rodacy spoglądają z uznaniem na Twój produkt. Od zawsze angażowałem się społecznie. Wierzę, że to jeden ze skutecznych sposobów zmieniania świata. Chcę by inni mogli korzystać z mojego dorobku niezależnie od swojej sytuacji materialnej. Dalej będę tak czynił. Trochę rzeczy robię anonimowo (np. ten blog), pod innymi się podpisuję. Lecz jak trafnie wybrać formę pracy wolontarystycznej? Jak zbadać grunt wolontarystyczny, by unikać rozczarowań?

Jakie są Twoje doświadczenia angażowania się w zorganizowaną, formalną pracę społeczną w Polsce? Jak to wygląda? Jak sprawdzasz czy Twoja praca i zaangażowanie zostaną wykorzystane zgodnie z Twoją intencją?

Nowa Polska.

Podczas ostatniej rozmowy matka skarżyła się na zdrowie, mówiła, że nie wie ile jeszcze pożyje. Syn chciał ją pocieszyć i odparł czule: “Mamo, wszystko będzie dobrze, zobaczysz, jeszcze nas przeżyjesz”.

Tak mogła wyglądać rozmowa Lecha Kaczyńskiego z matką przed wylotem do Katynia.

Matka go przeżyła, podobnie jak bliscy innych osób, które zginęły 10 kwietnia. W jakiej Polsce będą teraz żyć ?

Może swoją śmiercią Lech Kaczyński wniesie do polityki więcej pokoju, szacunku dla oponentów i solidarności, niż wnosił swoją aktywnością w życiu publicznym.

Życie jest usłane znakami. Coś się nam wydarza; jakieś niecodzienne spotkanie, dziwny zbieg okoliczności itp. - myślę, że warto się nad tym zatrzymywać i zastanawiać. Podobnie teraz, gdy roztrzaskał się samolot z wieloma znanymi politykami.

Klasa polityczna w Polsce robi na mnie wrażenie kłótliwej zbieraniny dość przypadkowych osób. Osoby te mają w zwyczaju skakać do gardeł swoim kolegom z pracy (tj. innym politykom). Chyba uznają, że na tym polega praca, za którą są bardzo dobrze wynagradzani.

Natomiast dzięki pracy, którą ja wykonuję zarabiam pieniądze, z których kilkadziesiąt tysięcy rocznie jest wysyłanych na konto bankowe Państwa Polskiego. Z tego są wynagradzani politycy. Jestem niezadowolony ze sposobu wykonywania przez nich pracy, którą opłacam.

Widzę, że kochający mąż, czuły syn, wrażliwy filantrop w godzinach pracy przepotwarza się w bestię kipiącą nienawiścią, zaśmiecającą świat obraźliwymi atakami na inne osoby. Po pracy polityk racjonalizuje sobie sprawę komentarzem, iż to tylko gra polityczna.

Ja nie widzę w tym nic co kojarzyłoby mi się z zabawną grą. Ja widzę, że mamy Polskę i jesteśmy odpowiedzialni za ludzi żyjących w jej granicach.

Chcę zobaczyć jak politycy dają wyraz temu poczuciu odpowiedzialności, gdy w ramach burzy mózgów znajdują najlepsze dla Polaków rozwiązania. Chcę by każdego dnia przychodzili do pracy z wolą ułatwienia życia mieszkańcom Polski. Chcę, aby pamiętali, że ich praca to umacnianie i usprawnianie Polski. Chcę, aby pamiętali, że Polska jest większa od ego każdego z nich. Chcę, aby wiedzieli, że ich jedynym pracodawcą jest polskie społeczeństwo, a ich pierwszą codzienną myślą ma być refleksja czy pomysł dyskutowany w debacie jest dobry dla Polski.

Może w sobotnim wypadku straciliśmy polityków, którzy uważali, że Polska jest wartością, dla której warto zapomnieć o swoich ambicjach, o swoim przekonaniu o nieomylności, zapomnieć o etykietkach partyjnych i pieniądzach lobbystów. Straciliśmy też na pewno pieniaczy, o chorobliwych ambicjach, poniżających osoby o innych poglądach, uważających swoje koncepcje państwa za jedyny interes kraju.

Mniejsza o to, w którym rzędzie Tupolewa siedzieli ludzie z jednej, a w którym z drugiej grupy. Być może każdy pasażer należał po trochu do obydwu grup. W tej chwili jest dla mnie ważne znaczenie tego wypadku.

W moich oczach ta śmierć to wołanie o zmianę reguł gry. Czas na zmianę. Czas na zmianę od samego dołu, od każdego z nas.

Uważam, że neurotyczne awantury polityków były jedynie zwierciadłem takich samych pyskówek w domach, na drodze, w sklepie, czy w knajpie.

Wypadek w Smoleńsku przetrzebił prymitywizm społeczny z pierwszych stron gazet. Szkoda tych śmierci, żal cierpienia ich najbliższych. Lecz odejście tych ludzi jest wezwaniem, aby zakończyć politykę jadu, złośliwości, lekceważenia i obrażania bliźnich. Zastąpmy ją nową polityką.

Nowa polityka to wytrwałe trzymanie się zasad szacunku dla drugiego człowieka, uporczywa próba zrozumienia tego co druga osoba ma na myśli, budowanie na talentach i sile każdej osoby zaangażowanej w życie publiczne, noszenie koszulek z napisem “Polska” zamiast koszulek “Platforma Obywatelska” czy “Prawo i Sprawiedliwość”.

Nowa polityka zaczyna się w klasie szkolnej, na spotkaniu rodzinnym, przy stłuczce na drodze, w kolejce w sklepie, w rozmowie z kelnerem, w dialogu z własnym dzieckiem, w załatwieniu sprawy z sąsiadem, w niedzielnym kazaniu i w poniedziałkowym komentarzu do niego.

Bądźmy serdeczni, wsłuchujący się w drugiego człowieka, kwestionujmy swoją nieomylność, pogódźmy się z tym, że intencje i motywy innych są szczelnie zamknięte w ich sercach, do których nie wsadzamy swoich nosów. Pozostaje nam ufne zakładanie, że innym zależy na dobrym rozwiązaniu tak mocno jak i nam.

Każdy z nas ma w sobie potencjał serdeczności, ciepła, współdziałania, rozumienia zdania innych i harmonijnego życia. Rozwijajmy te zalążki we wszelkich sytuacjach społecznych w jakich się znajdujemy. W ten sposób rozpoczniemy lawinę nowej polskiej polityki, która dosięgnie szczytów polityki i nada wielkie znaczenie śmierci kilkudziesięciu ludzi z przegranego pokolenia polityków.

Globalny Polak w Afganistanie.

W poniedziałek kuzyn K. wsiadł do samolotu i odleciał na swoją roczną misję do Afganistanu.

W zasadzie to względnie dobra wiadomość, bo jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się, że pojedzie do Iraku. Koniec końców, dostał robotę w odrobinę spokojniejszym zakątku regionu miotanego walkami. Afganistan był jednym z krajów, do którego Amerykanie szukali specjalistów od rozwoju lokalnej przedsiębiorczości. K. robi to od kilkunastu lat. Większość czasu spędził pracując za granicą, trochę na Bałkanach, trochę w Azji. Amerykański rząd finansuje programy pomocowe i obok Amerykanów rekrutuje do pracy międzynarodowych specjalistów. K. jest tam, gdzie są pieniądze przyznane przez Kongres USA.


© AP Images

Polska stoi otworem na świat. Żyjemy w globalnym społeczeństwie na globalnym rynku. Każdy z nas może łapać okazje, gdzie tylko zapragnie. Latamy do pracy, dla rozwijania swoich pasji, na urlopy, na spotkania z przyjaciółmi, czy po prostu na zakupy. Lubię to poczucie bliskości świata. Tylko po co pakować się tam, gdzie pomocowe pieniądze mają wybielić krwawe plamy amerykańskiego militaryzmu? Przypuszczam, że K. rozumie po co tam poleciał. Ja nie rozumiem.

Współpraca.

W życiu warto budować zaufanie; myśleć samodzielnie; chronić swoją wrodzoną kreatywność i robić z niej codzienny użytek; wysoko cenić edukację - szczególnie lekcje jakich udziela nam życie, jakimi dzieli się z nami przyroda,  w szkołach uważać, aby nie zabito nam i naszym dzieciom indywidualnych talentów; współczuć cierpiącym i być przy nich.

Powyższe zdanie jest podsumowaniem moich notatek z udziału w niesamowitej konferencji TEDxWarsaw, w jakiej uczestniczyłem kilka dni temu. W ciągu dziesięciu godzin, gdy prezentacje były przerywane na kawę i rozmowy, dobrze mi się sluchało takiej masy wystąpień, z których wiele emanowało ciepłem i dobrą energią. Tobie, Drogi Czytelniku, pozostaje samotne wsłuchanie się w głosy mówców zarejestrowane przez kamerzystę:  http://www.streamonline.pl/transmisja-tedx-warsaw-wyklady-zapis/
Było tam o tym jak konie uczą nas, że przywództwo to służba innym (Agata Wiatrowska); było o nauce zaufania i konkurowania z samym sobą płynącej z pracy akrobaty cyrkowego (Ivan Hernandez); było o tym jak granie na instrumencie muzycznym uwalnia umysł (Richard Berkeley); jak rozwijanie indywidualnych talentów jest kluczem do życiowego szczęścia (Sandra Bichl) i było jeszcze wiele innych inspirujących wystąpień.

Stowarzyszenie Umarłych Poetów bez Keatinga.

Uczucia podporządkować rozumowi; kształtować pokorę, męstwo, miłość własną, miłość bliźniego, sprawiedliwość, mądrość, roztropność, wytrwałość. Potem dodać radość, przyjaźń, szczerość, pracowitość, posłuszeństwo i hojność. Pamiętać, że rozwój rozumu i woli są kluczowe. Chłopców kształcić osobno niż dziewczynki, a w męskiej szkole mają wykładać jedynie mężczyźni.

Continue Reading »

Next Page »