Zdalny Swojak.

Jak co środę publikuję kilka zdań o tym co dla mnie ważne w tym tygodniu.
Tym razem jest to nietypowy wpis, bo w momencie ukazania się tekstu w sieci, jestem daleko od komputerów i daleko od internetu. Niniejsze słowa przygotowałem kilka dni temu, jeszcze przed wyjazdem z domu.

Jeśli to co zaplanowane na bieżący tydzień poszło zgodnie z programem, to jestem teraz w szwajcarskiej wiosce Flüeli-Ranft i medytuję pod okiem Ama Samy.
Miejsce i osoba wydawały mi się szczególne, więc zdecydowałem się pojechać na kilkudniowe warsztaty.
Wioska jest związana z patronem Szwajcarii, piętnastowiecznym pustelnikiem i mistykiem Mikołajem z Flüe, nazywanym tutaj Bruder Klaus. Natomiast Ama Samy zaintrygował mnie jako żywe połączenie tradycji duchowości Wschodu (zen) i Zachodu (jezuita).


foto: www.taize.fr
Nazajutrz, gdy warsztaty medytacyjne dobiegną końca, wybieram się do odległego o kilkaset kilometrów francuskiego Taizé. Tam ten tydzień spędza moja córka i jej przyjaciółki. O wspólnocie z Taizé wspomniałem kilka miesięcy temu.
Każdego tygodnia tamtejsi zakonnicy goszczą kilka tysięcy młodych ludzi, którzy poprzez rozmowy, pracę i wspólny śpiew dokładają swoje cegiełki do budowania zaufania na świecie.

Pewno więcej napiszę o tych geograficznych i duchowych wędrówkach w przyszłym tygodniu, już po powrocie do domu.

Skoczny koncert.

W sobotę wieczorem byłem na koncercie.

Przy akompaniamencie trzech gitar, tyluż klawiszowców i perkusji wystąpiła setka chórzystów.

Występ przygotowano z dbałością o niemal każdy szczegół. Poza dobrym nagłośnieniem zadbano też o wrażenia wzrokowe, były  reflektory, tancerze i kolorowe flagi.

Wiedziałem, że występowali uczestnicy warsztatów gospel, którzy spędzili tydzień na przygotowaniach do tego wieczoru. Momentami odnosiłem wrażenie, że mam przed sobą ludzi wspólnie śpiewających dużo, dużo dłużej.


foto: P. Skonieczny (Picasa Public Album)
Grupę prowadził Brian, który jakiś czas temu zamienił Stany Zjednoczone na Polskę.

Sądzę, że jego entuzjazm rozpalał serca i gardła uczestników.

Kiedyś byłem na koncercie szwajcarskiego chóru gospel.

Tam dyrygentem był melancholijny muzyk z Ukrainy.

Wydaje się, że wykonanie gospel w obydwu wydaniach było tak różne jak korzenie lidera. Tu mamy murzyńską tradycję wielbienia Boga, a tam była spuścizna wschodnioeuropejskiej powściągliwości w okazywaniu radości.

Koncert był też dla mnie przygodą turystyczną, bo impreza odbywała się w wielkopolskich Skokach. Nim tam dotarłem miałem do przejechania grubo ponad trzysta kilometrów.

Powód wyprawy był ważki, bo w warsztatach uczestniczyła moja żona z córkami. Chciałem zobaczyć wynik ich wokalnej pracy.

Zatem do motoru dopiąłem sakwy i torby podróżne. W ten sposób przekształciłem go z pojazdu dowożącego mnie do pracy w motocykl turystyczny. Towarzyszyła mi piękna pogoda, więc wyjazd był przyjemnością.

Autostopowicze.

Syna i psa odwiozłem do moich rodziców do Galicji, a po kolacji, wraz z córką, wracałem pod Warszawę.
Ujechałem kilka kilometrów, gdy zobaczyłem parę turystów z dużymi plecakami i kartką “Radom”.
Zatrzymałem się i skończyło się tym, że nikt z nas do Radomia tego dnia już nie dojechał.

Jak widzę autostopowiczów z bagażami to odruchowo staję i ich zabieram. Sam, w latach studenckich, przejechałem tysiące kilometrów, podwożony przez ludzi dobrej woli. Czasem były to wyprawy ekstremalne, jak tysiąckilometrowa podróż przez zimową Skandynawię w marcu 1992, aby dotrzeć na słynny studencki festiwal w norweskim Trondheim. Innym razem jechałem odwiedzić narzeczoną pracującą we Normandii, i przy okazji doświadczyłem spania pod gołym niebem, pod paryską wieżą Eiffla. Pamiętam też przemierzanie Niemiec, tuż po obaleniu Muru Berlińskiego, gdy zachodni Niemcy nie mieli pojęcia o Polsce. Wtedy jeden kierowca, gadając z moim młodszym bratem i ze mną myślał, że żartujemy mówiąc, iż pochodzimy z Polski. Uwierzył dopiero, gdy pokazaliśmy mu nasze paszporty. Jego zdaniem Polacy, ani tak nie wyglądają, ani tak się nie zachowują, ani nie znają angielskiego.

Teraz, gdy widzę niedomytych turystów z wyciągniętym kciukiem i kartonem z nazwą kierunku, to mam przed oczami te dziesiątki ludzi, którzy kilkanaście lat temu mnie podwozili, karmili, załatwiali noclegi, obdarowywali mapami i opowiadali swoje historie życia.

Wróćmy do rozpoczętej opowieści z dwójką podróżników jadących do Radomia. Gdy plecaki były już w bagażniku, a autostopowicze na tylnym siedzeniu, to ruszyliśmy w ich wymarzonym kierunku. Okazało się, że tego samego dnia wystartowali ze Słowacji, wcześniej byli w Czechach i Austrii. Chłopak był z Florydy, a dziewczyna ze Szwecji. Jadą do Finlandii, przez Litwę, Łotwę i Estonię.
Niezwykle ciekawi ludzie. On studiował socjologię, a ona pisarstwo. Jako, że ostatnio zainteresował mnie temat uczenia dzieci w domu, zamiast posyłania do szkoły, to mogłem posłuchać o doświadczeniach ze Stanów, gdzie sporo rodziców decyduje się naukę w domu. Zdaniem A., który znał kilka osób uczonych w domu, każda z nich miała wyraźne niższy poziom kompetencji społecznych, niż koledzy chodzący do szkoły. Z J. rozmawiałem o pisarstwie, bo zaintrygowała mnie informacja o studiowaniu pisarstwa. Jej studia odbywają się na uniwersytecie ludowym (Folkuniversitetet), który działa na zasadzie stowarzyszenia oferującego dorosłym rozmaite programy edukacyjne. Zajęcia prowadzą z nimi m.in. najznakomitsi szwedzcy literaci.

Podczas rozmowy okazało się, że podróżnicy jadą do Radomia, aby stamtąd dotrzeć do Lublina, i dalej na Litwę. Wybrali Radom, bo na ich bardzo ogólnej mapie nie było głównej drogi do Lublina. Rozwiązałem ich obydwa problemy. To znaczy podarowałem moją starą, ale dokładną mapę Polski, oraz zmieniłem moją marszrutę i pojechałem przez Lublin.

Wspólnie szukaliśmy pomysłu na nocleg. Chodziło o miejsce, gdzie autostopowicze mogliby na dziko rozbić swój namiot. Pomyślałem o siostrze zakonnej z Lublina, którą spotkałem przed rokiem na warsztatach medytacyjnych. Uleciało mi z głowy jej imię, ale wiedziałem, że pracuje w akademiku. Po wjeździe do miasta skręciłem pod akademik, wysiadłem z samochodu i… przed wejściem spotkałem moją znajomą siostrę. Właśnie wracała ze spaceru. Czytających te słowa statystyków proszę, aby powstrzymali się od obliczania prawdopodobieństwa takiego zdarzenia losowego. Ja jestem przekonany, że to była synchroniczność. Czyli spotkałem siostrę, bo po prostu miałem ją spotkać. Wszystko poszło bardzo dobrze. Zostawiłem A. i J. na pięknym, parkowym trawniku. Po rozbiciu namiotu mieli się stawić w akademiku, aby skorzystać z łazienki.

Po pożegnalnych uściskach ruszyłem w stronę Warszawy. Jechałem ciesząc się, że kilka godzin wcześniej A. i J. napisali na swoim kartoniku “Radom”, a nie “Lublin”. Gdyby napisali “Lublin” pewno bym się nie zatrzymał, bo jechałem do Radomia. Wtedy bym z nimi nie porozmawiał. Zaś przez ich “Radom” pojechałem do Lublina i miałem niezwykle ciekawą podróż do domu.

Liczy się tylko połowa?

Połowa tego co robisz w marketingu jest stratą pieniędzy. Tylko nie wiadomo, która to połowa, więc nadal wydajemy na obie połowy.

To zdanie raz na jakiś czas słyszę w żargonie reklamowym. Ostatnio powtórzył je mój znajomy, doświadczony szef sprzedaży w branży samochodowej.

Po tej rozmowie przyszła do mojej głowy refleksja, że może poza marketingiem ta prawda dotyczy także naszego życia?

Wyobraźmy sobie, że połowa tego co robimy ma sens, a reszta to strata czasu. Czy wiesz, która to połowa? Spójrz na swój ubiegły tydzień. Może było tam kilkadziesiąt godzin pracy nad innowacyjnym projektem na temat zaufania jako środka obniżania kosztów dystrybucji. Poza tym z dziesięć godzin na dojazdy; parę godzin na jakieś zakupy i tyle samo na spacery z psem i posiłki z bliskimi; wieczorami gapienie się w ekran - w sumie paręnaście godzin w ciągu tygodnia.

Która połowa była warta naszego życia, a która była jego marnowaniem? Oczywiście, że ten super nowy projekt jest radością tygodnia i jego gwiazda przyćmiła całą resztę. No tak, z perspektywy kilku dni jest to jednoznaczne. Za miesiąc okaże się, że ten projekt nigdy nie będzie wdrożony. Po pół roku zrozumiesz, że szef dał Ci to zadanie, aby zająć Cię czymś absorbującym, nim decyzja o zamknięciu Twojego działu będzie zatwierdzona i wtedy Cię zwolni.

Zatem kilkadziesiąt godzin wymyślania rozwiązań w nieistniejącym temacie to była strata Twojego czasu. Na szczęście w tym samym tygodniu, tocząc się w korkach w drodze do biura wysłuchałeś doskonałego audiobooka o biznesowym wykorzystaniu sieci społecznościowych. Podczas zakupów spotkałeś kolegę, którego nie widziałeś od dawna. Z krótkiej rozmowy wynikało, że jego firma szybko rośnie i teraz zastanawia się jak przeskoczyć z lokalnego rynku na biznes międzynarodowy. W tym samym tygodniu, podczas jednej z kolacji nastoletnie dziecko opowiedziało o wymarzonej komórce, na którą będzie zbierać kieszonkowe. Inni domownicy podzielili się swoimi opiniami o najnowszych gadżetach. Zaś podczas wieczornego ślęczenia przed ekranem komputerowym napisałeś długi e-mail do przyjaciela, który potrzebował wsparcia, bo wjechał ze swoim życiem w ślepą uliczkę. Zatem ta druga połowa wygląda w sumie trochę lepiej od tej pierwszej.

Co więcej, rok od tego zwykłego tygodnia sprawy wyglądają niesamowicie i jest zupełnie jasne co wtedy było ważne.

Pracujesz teraz u boku swojego kumpla spotkanego w sklepie i budujecie “plemię” globalnych testerów jego produktu przy pomocy sieci społecznościowych. Poprzednia praca jest tylko przykrym wspomnieniem. Przykrym w zasadzie tylko z jednego powodu. Po ogłoszeniu decyzji o likwidacji zespołu, Twój firmowy kolega miał zapaść i nie przeżył zawału. Także Ciebie zwolnienie bardzo wkurzyło, ale spacery z psem trzymają Cię w dobrej formie i Twoje serce przetrzymało stres bez szwanku.

Przed chwilą córka powiedziała Ci, że przed rokiem bardzo jej pomogłeś, bo dzięki temu co wtedy powiedziałeś zmieniła zdanie, kupiła inną świetną komórkę. Zaś jej koleżanka z klasy ma taki model o jakim pierwotnie marzyła i okazuje się, że co chwilę się psuje.

Po za tym, widziałeś się niedawno z przyjacielem, któremu przed rokiem wysłałeś długi i serdeczny e-mail. Trudno powiedzieć na ile mówił poważnie, ale ponoć wtedy był w tak ciężkim dołku, że chciał ze sobą skończyć. Twój e-mail pokazał życie z innej strony i zaczęły mu wracać chęci do działania.

Ależ czas zmienia postrzeganie tego co wtedy było ważne!

Wyobraź sobie, że po kolejnych trzech latach, zadzwoni do Ciebie jakiś człowiek, którego nazwiska nigdy wcześniej nie słyszałeś. To nowy prezes z firmy, która zwolniła Cię przed laty. Facet jest zafiksowany na pomyśle budowania zaufania jako kapitału w kontaktach biznesowych. Na firmowym serwerze znalazł Twoje opracowanie sprzed lat i teraz proponuje Ci rolę konsultanta.

Trudno Ci uwierzyć, że Twój przegrany projekt sprzed lat robi taką karierę.

Gdy jeszcze raz patrzysz na ten dziwny tydzień to trudno powiedzieć, czy w życiu jest jak w marketingu, gdzie połowa aktywności jest zmarnowana? Chyba jednak nie ma nieważnych części. Wszystko może mieć swoje znaczenie. Choć czasem widać to dopiero z bardzo dużej perspektywy.

Wracaj, tam właśnie wracaj.

Po przeczytaniu komentarza Sylwi biorę się za moje rocznice emigracyjne.
Prawie dziesięć lat temu pakowaliśmy nasz dobytek, w malutkim mieszkaniu na warszawskich Bielanach, aby zamieszkać w Alpach. Jak to powiedział jeden z komentatorów mojego bloga, wyjeżdżałem wtedy w podróż służbową do Szwajcarii.
Pamięć zatarła ostrość tamtych wspomnień. Wiem, że przeprowadzka była wielką i dość przyjemną przygodą. Wynajęliśmy piękne mieszkanie z widokiem na góry, zakupiliśmy sporo sprzętów, łącznie z dużym rodzinnym autem, i rozpoczęliśmy oswajanie Helwecji.

Gdy opadło zawirowanie przeprowadzkowe, podobnie jak wspomniana we wstępie Sylwia, poczułem ciężar oddalenia od Polski. Wpadłem w sytuację lodowato-wybuchową. Zimni, jak okoliczne skały, sąsiedzi utrudniali nam nawiązanie więzi z lokalną społecznością, a w pracy u krewkiego Włocha rozstrajały mnie jego histeryczne krzyki.
Nasza pierwsza wizyta w Polsce miał miejsce w Boże Narodzenie. Jechaliśmy z doświadczeniem kilkumiesięcznego, trudnego mieszkania wśród Szwajcarów. Podróż powrotna po Nowym Roku była smutna i łzawa. Miałem wtedy ochotę zamknąć ten emigracyjny rozdział i wrócić do Polski. Postanowiliśmy zostać jeszcze jakiś czas, żeby spłacić pożyczkę na zagospodarowanie, bo z polskiej pensji spłata byłaby trudniejsza.
Dobrnęliśmy do pierwszej rocznicy pomieszkiwania w Alpach. Wtedy nastąpił cud. Sąsiedzi ogłosili, że pozytywnie przeszliśmy okres kwarantanny, gdy byliśmy obserwowani i sprawdzani. Kolejne siedem lat było usłanych serdecznościami, wzajemną pomocą, sympatią i przyjaźniami. Nasz wyjazd ze Szwajcarii w 2008 był trudnym momentem. Zostawialiśmy na miejscu sporo bliskich nam osób.
Teraz, po dwóch latach, widzę jak nasza rodzina ponownie wrosła w polskie życie. Każdy z nas na swój unikalny sposób. Żona odnalazła swe zawodowe powołanie i robi masę dobrej roboty jako pedagog szkolny. Wygląda na to, że w Polsce zdecydowanie potrzeba zatrudniać w szkołach dodatkowych pedagogów, bo większość personelu szkolnego to nauczyciele przedmiotowi bez solidnego przygotowania do pracy z uczniami. To przeciwieństwo Szwajcarii, gdzie nauczyciele mieli głównie umiejętności pedagogiczne, a ich erudycja była drugoplanowa.
Starsza córka zbliża się do końca gimnazjum. Doskonale radzi sobie w szkole. Wygląda na to, że coraz bardziej docenia uroki polskiego życia. Młodsza córka, ze swoim otwarciem na innych, chyba bardziej pasuje do polskiego otoczenia, gdyż szwajcarska konwencjonalność mogłaby by być dla niej trudna. Zaś syn, po wakacjach rozpoczyna naukę w podstawówce. Paradoksalnie, to on najczęściej wspomina, że Szwajcaria to nasz kraj, w którym chciałby zamieszkać.
Ja dostałem od swojego szwajcarskiego pracodawcy możliwość “miękkiego lądowania” w Polsce. Jako konsultant pracuję przy jego międzynarodowych projektach. Daje mi to stabilność finansową. Mogę wykorzystać czas na odnalezienie w polskiej rzeczywistości miejsc, gdzie moje specyficzne umiejętności będą szczególnie przydatne. Od miesięcy, misternie buduję plan, którego realizacja może wypełnić przyszłe lata lub dekady. Jestem podbudowany tym jak ciekawie kraj zmienił się pod moją nieobecność. “Apetyt rośnie w miarę jedzenia”, więc chcę dalszego rozwoju i budowania tutaj takiego społeczeństwa, które zasłynie z międzyludzkiej solidarności i wzajemnego wspierania się w pomysłach gospodarczych, politycznych i społecznych. W tym kierunku idzie moje myślenie o tym co mam tutaj do zrobienia.
Tym co mieszkają na obczyźnie dedykuję kawałek tekstu Ewy Bem:
“Wracaj, złe drogi skracaj,
Wracaj, gdzie byś nie był Rzym czy Krym
Wracaj, wracaj tam gdzie się na ogół ma gigant kaca
Lecz przynajmniej jest się napić z kim
Wracaj, tam właśnie wracaj
Gdzie się całkiem nie opłaca żyć
Stary, stary pomyśl, że ojczyzna to kumpli paru
Z nimi znów szczęśliwy,
Z nimi znów szczęśliwy spróbuj być”

Wybory 2030.

Marzę o tym, by za dwadzieścia lat iść na wybory prezydenckie i mieć straszne wątpliwości na kogo oddać głos, bo każdy z kandydatów będzie, w moim odczuciu, doskonale nadawał się do pełnienia funkcji głowy państwa.

Uważam, że w tym roku mieliśmy tylko kiepskich kandydatów. Co z kolei, jest dla mnie logiczną konsekwecją tego, iż życie publiczne i dbanie o dobro wspólne jest konkurencją, gdzie mamy sporo do zrobienia.
Swoją diagnozę sytuacji dobitnie wygłosiłem po smoleńskim wypadku (http://blog.swojak.info/?p=112). Dzisiaj skupiam się na tym co zrobić, aby sprawy miały się coraz lepiej. Uważam, że kluczem do zmiany są dzieci i młodzież. Z nich może wyrosnąć nowe pokolenie osób szukających porozumienia z innymi, zjednujących sobie współpracowników, ceniącymi różnorodność opinii, kontunująch mądre działania bez względu na zmiany na kierowniczych stanowiskach, otaczający się ludźmi wybitnymi i przerastającymi ich w dziedzinach, którymi się zajmują.

Wiem, że perspektywa wykształcenia takiego pokolenia liderów jest realna. Jednak potrzeba nad tym popracować. Potrzeba dać młodym ludziom umiejętności i wzorce, które oderwą ich od arogancji, kłótliwości i nienawiści prezentowanych przez dzisiejszych mistrzów życia publicznego.
Dwadzieścia lat temu, po odzyskaniu przez Polskę wolności, słyszałem głosy, że normalizacja polskiego życia publicznego będzie wymagać kilku dekad, bo musi odejść pokolenie osób skażonych życiem w systemie komunistycznym. Czekaliśmy, aż magiczna różdżka czasu cudownie przemieni nasz kraj. Nie przemieniła. Starzy urzędnicy i politycy przyjmują pozę mistrzów i nauczają młode pokolenie. Gdy spotykam urzędników wrogich obywatelom, myślących kategoriami represjonowania obywatela przy pomocy aparatu administracyjnego to wiek gra tu niewielką rolę. Tak dwudziestoletni jak i pięćdziesięcioletni urzędnicy miewają przekonanie, że stoi przed nimi petent, który jest na łasce ich urzędniczej dobrej lub złej woli.
Doskonale - moim zdaniem - opisał to Mirosław Barszcz w Walec drogowy, czyli kto tu właściwie rządzi. Uważam, że ten absurd musimy przełamać niszcząc tą chorą sztafetę pokoleń.
Wykształćmy młodzież angażującą się w sprawy społeczne, szerzącą zaufanie i wzajemną pomoc.
Umiejętności społeczne są wyuczalne. Może w szkołach warto odpuścić sobie trochę bezmyślnego wkuwania haseł encyklopedycznych i wykorzystać zyskany czas na naukę pracy z innymi?
Oczywiście wpadamy na mieliznę tego, kto będzie prowadził takie zajęcia. Z niepreprezentatywnej próbki nauczycieli, których licznie spotykam przez ostanie dwa lata, wyłania się obraz masy upośledzonych społecznie transmiterów informacji podręcznikowych. Na szczęście raz na jakiś czas wpadam na pedagoga, w którego oku widzę iskrę pasji pracy z uczniami i wiarę w to, że praca nauczyciela dosłownie zmienia naszą przyszłość.

Na miarę swoich możliwości planuję mieszać w polskiej edukacji, wtrącać się w to co jest uczone i wnosić świeży powiew do szkół.
Moim celem jest pójście na wybory prezydenckie około roku 2030, dumne odczytanie listy kandydatów i uznanie, że każdy z nich jest dobrym kandydatem na to stanowisko.

Jakie masz pomysły na pozytywną zmianę w edukacji polskiej młodzieży? Co, na bazie swoich obserwacji i doświadczeń, proponujesz jako element wykształcenia lepszego pokolenia? Co sądzisz o perspektywie uspołecznionej Polski roku 2030?

Taka jest idea skutera.

Warszawa i okolice są pełne motorów. W pogodne dni, na drogach widzę też sporo skuterów. Łatwiej jeździć po mieście na dwóch kółkach. Parkowanie też jest proste. Dorośli kupują jednoślady, aby jeździć do pracy. Przy okazji sprawiają frajdę swoim nastoletnim dzieciom i po wydaniu niespełna dwóch tysięcy złotych dają swoim latoroślom zabawkę z silnikiem. Ileż potem mają radości widząc, jak dzieci organizują przejażdżki dla kolegów i koleżanek po okolicznych uliczkach. Uciechy jest co niemiara.


foto: www.yamaha-motor.ch

Ja też jeżdżę do pracy motorem. Codziennie  rano, przed wyjściem do pracy, wciągam na siebie solidne spodnie z ochnianiaczami na kolanach i udach. Na nogach mam wysokie buty wzmocnione w miejscach narażonych na kontuzję. Do tego kurtka z zabezpieczeniami, mocne rękawice i pełny kask, zakrywający także szczękę.

Gdy staję na skrzyżowaniach, czekając na zmianę świateł, spotykam motocyklistów w podobnych wdziankach. Bywa nam gorąco. Lecz w razie upadku, mamy odrobinę ochrony na grzbiecie. Ostatnio kolega zaliczył upadek na lokalnej drodze. Mówi, że jechał około 40 km/h, gdy z parkingu wprost na niego wyskoczył samochód. Na szczęście znajomy wyszedł z tego bez szwanku. Był uważny i dobrze ubrany.

Natomiast, gdy zobaczyłem zdjęcia córki, i jej koleżanek, uczących się jazdy na skuterze, to cieszyłem się, że żadna z nich nie znalazła się w sytuacji kolegi staranowanego przez auto. One też jeździły 40 km/h, one też były na lokalnej drodze. Od mojego pechowego kolegi odróżniała je masa fantazji, brak umiejętności i zwiewne letnie ubrania. Miały szczęście, że nikt w tym czasie nie wyskoczył z parkingu, bo w ich przypadku było by krwawo i tragicznie.

Ktoś w ich szkole wpadł na szatański pomysł zorganizowania egzaminu na kartę motorowerową. Egzamin był eksternistyczny. Nikt nie przekazał uczniom elementarnych zasad korzystania z jednośladu. Rodzice jednej z dziewczyn pojechali do supermarketu, kupili skuter i wręczyli czternastolatce kluczyki, aby uczyła się do egzaminu. Ojciec z rozrzewnieniem patrzył ile radości sprawia dzieciom pomykanie po okolicznych drogach gminnych. Zaś matka skwitowała moje protesty oznajmiając, że ma zaufanie do swojej córki, która jest bardzo ostrożna. Wycofałem się z sytuacji z etykietką niegroźnego wariata, który zabronił własnej córce wsiadania na jakikolwiek skuter.

Pewnego słonecznego dnia jechałem do pracy i przy zamkniętej rampie zatrzymał się obok mnie mężczyzna na pięknym, dużym skuterze. Po otwarciu przejazdu ostro ruszył i był daleko przede mną. Spotkałem go ponownie na następnych światłach. Pochwaliłem jego mocny skuter. Zapytałem też, czy nie boi się tak pędzić w krótkim rękawie i w krótkich spodenkach, bez żadnych ochraniaczy. Odparł, że przecież jak jeździ skuterem to nie będzie myślał o tym, iż może się przewrócić. Nim popędził na złamanie karku rzucił: taka jest idea skutera!

Spróbuję tutaj pogodzić “ideę skutera” z elementarnym bezpieczeństwem. Koleżanki i koledzy na skuterach, proponuję rozważyć przynajmniej minimalny zestaw ochronny: poza skuterowym kaskiem, także rękawice, buty powyżej kostki, kurtkę i spodnie z mocnego materiału.  Idealnie byłoby zastąpić otwarty kask takim, gdzie szczęka jest osłonięta; ponadto pod kurtkę i spodnie założyć ochraniacze lub kupić ubrania na motor.

Niech idea skutera będzie gotowa odpierać ataki asfaltu!

Patriotyzm, polskość i political correctness.

Drodzy Czytelnicy,
Zapraszam do lektury gościnnego postu nadesłanego przez Iwonę z Australii. Po przeczytaniu mojego wpisu, pt. “Kochane brzydactwo“, a wcześniej “Pytanie patrioty” z bloga Telemacha, Iwona przelała na wirtualny papier swoje obserwacje o Polakach i polskości z perspektywy australijskiej. Zachęcam do przemyśleń i komentarzy.

____________________________________________________________________________________

Właśnie przeczytałam Twój wpis – bardzo ciekawe. Ciekawe jest też to, jak ja bym się czuła, gdybym wróciła. Mój kontakt z krajem jest bardzo powierzchowny, i gdy odwiedzam rodzinę w W-wie, jestem tylko w kilku specyficznych miejscach, więc oglądanie brzydoty nie jest czymś z czym się normalnie spotykam. A mam też w tej sprawie wysokie wymagania, bo widzę w Sydney dużo miejsc, które wyglądają strasznie i wcale nie są zadbane. To głównie stare budynki przy głównych ulicach, które głownie wykorzystuje się na sklepy i biura, i gdzie właściciele są tylko zainteresowani czynszem, i ewentualnie wnętrzem, ale gdzie estetyka zewnętrzna nie jest dla nich ważna.

W Polsce mam garść starych serdecznych przyjaciół (jestem poza krajem 23 lata więc pozostali już teraz tylko Ci najwytrwalsi..:=)). Interesuje mnie życie Polakow i losy Polski, i zawsze mam dla niej duże nadzieje, ale myślę o niej nie jak o moim kraju (bo mój kraj to Australia), tylko czymś co jest częścią mojej przeszłości, historii i poprzedniego życia (rozrożniam ojczyznę od kraju – jedno to dla mnie skąd pochodzisz, a drugie czego jesteś teraz częścią).
Kilkoro moich najlepszych, tutejszych przyjaciół, to Polacy, i tak jak się z nimi rozumiem i przyjaźnię, byłoby trudno zrobić to z kimkolwiek innym. Z drugiej strony, są środowiska Polaków, których skrzętnie unikamy i się z nimi nie identyfikujemy, bo grupowo nabierają wielu z tych przywar, które przytaczałeś w swoim cytacie. Więc obcowanie z Polakami, bo to Polacy, nie jest częścią mojego postępowania, ale wyszukiwanie fajnych ludzi, których podziwiam i szanuję lub, z którymi czuję się dobrze i podzielam podobne poglądy, niezależnie od ich narodowości, to jest moja recepta na moje “zbalansowane” życie :=)

A jeżeli chodzi o to, czy Polacy są tak samo źli, czy dobrzy, czy potworni, jak inni, to nie jestem pewna. Myślę, że jednak są zasadnicze różnice w krajach. Na pewno w każdym z nas, w każdym człowieku, tkwią warstwy egoizmu, uporu, machinacji, pychy, pogardy, zawiści etc etc. Tak jesteśmy zbudowani (stworzeni..?) my, ale co robimy jak tworzymy różne kraje? Mam taką teorię, że różnica między krajami jest w tym, na ile te rzeczy są ogólnie tolerowane, i do jakiego stopnia. Można to nazwać, na przykład, political correctness. Myślę, że w naszych czasach, kiedy moralność nie jest koniecznie spuścizną rodzinną, albo nie jest uczona w religii itp., coś takiego jak political correctness jest bardzo przydatne, bo pokazuje ludziom wzory do naśladowania. Taką mamy wszyscy naturę,  że nie chcemy się wychylać, jak myślimy, że większość myśli w określony sposób. I myślę, że to się bardzo przydaje dla najprostszych ludzi (może nie najprostszych, ale tych którzy się boją wszystkich i wszystkiego co nie jest im znane, i którzy są konserwatywni i wsteczni).

I jeszcze jedno. Mieszkałam 4 lata w Anglii, mieszkam w Australii 18 lat. I myślę, że w tych krajach jest dużo, dużo mniej nacjonalizmu. Polacy nazywają to patriotyzmem, ale to on pozwala na rezygnację i godzenie się z wieloma zachowaniami i mówienie mimo wszystko, że się tak bardzo kocha ten kraj. Tu, jakby ktoś powiedział, że kocha Australię popatrzyliby na niego, jak na wariata. Ludzie mogą powiedzieć, że to jest ich kraj, że tu chcą żyć, że Australia może tyle ofiarować…. i w tym najczęściej myślą o lifestyle – o pogodzie, przyrodzie, plażach, bliskich kontaktach ludzkich. Ale też są dumni z tego, że Australijczycy są “easy going” – a w tym się ukrywa to, że nie są agresywni, nie są wścibscy, że tolerują ludzi i ich indywidualizm. Lubią więc, czy są dumni, z konkretnych cech narodowych, ale nie urzeczywistniają się z teoretycznym i nacjonalistycznym pojęciem o Australii. W każdym razie absolutna większość….:=)

Wiem, że piszę to wszystko z dystansu i z boku. Wiem, że jest inaczej jak jesteś częścią kraju i tam żyjesz. Mam nadzieję więc, że te wywody Cię zainteresują, jako obserwacje kogoś z zewnątrz. I że nie napisałam nic, czym bym Cię uraziła lub zraniła…
Moc pozdrowień,
Iwona

Ogólna teoria wszystkiego.

Mądrość idąca w parze z wiedzą, przyrządzone pięknym językiem. Taki jest, w moim odczuciu, blog Telemacha zatytułowany “Ogólna teoria wszystkiego. Pytania do znanych odpowiedzi…” (http://pytania.wordpress.com/ )

Telemach pisał od lipca 2008 do marca 2010. Może jeszcze kiedyś napisze. Być też może, że Telemach już nigdy nie napisze, a jego teksty znikną, wraz z czyszczeniem serwera Wordpress.

Zachęcam Was do przeczytania “Ogólnej teorii wszystkiego.”

Jeśli, podobnie jak ja, wolicie teksty zebrane w jeden dokument, to przygotowałem dla Was zbiór wszystkich wpisów Telemacha. Książeczka ma ponad dwieście stron, jest w formacie PDF i nadaje się do czytania na ekranie komputera.

Oto adres, z którego możecie pobrać plik (rozmiar 1,1 MB): http://blog.swojak.info/Telemach_ebook.pdf

Szkoda, że nie ma kraju, gdzie Anglicy mogą pojechać dorobić…

Spędzam parę dni w Anglii. Czyli jestem w kraju, gdzie setki tysięcy Polaków znalazły pracę. W drodze z lotniska zapytałem kierowcę czy to prawda, iż w Londynie już nie trzeba znać angielskiego, bo język polski w zupełności wystarcza. Ze śmiechem odparł, że podobno tak jest. Lecz w jego podlondyńskim Bracknell  język polski jeszcze nie dominuje.

Po chwili zastanowienia, Anglik powiedział “Szkoda, że nie ma kraju, gdzie my moglibyśmy pojechać zarobić.” Przy tutejszym standardzie życia i poziomie cen to blado widzę miejsce, gdzie wyspiarze mogliby mieć swoje saksy.

Co o tym myślisz? Czy jest kraj gdzie Anglik może zarobić i wrócić do domu z masą kasy?

Next Page »