Koniec roku szkolnego.

Ależ szybko zleciało! Już mamy ostatni dzień szkoły. Nasze dzieci coraz lepiej radzą sobie w tutejszej rzeczywistości. Mimo ogromnej różnicy między szwajcarskim i polskim systemem nauczania, obydwie córki dostosowały się do polskich wymagań i kończą rok ze świadectwami z paskiem - czyli ze średnią ocen powyżej 4,75!

Stworzone przez inżynierów dla inżynierów.

Nad Atlantykiem rozbił się samolot pasażerski. Zginęło ponad dwieście osób. Trwają analizy i spekulacje na temat przyczyn, które rzuciły metalowym kolosem o taflę oceanu. Jedną z hipotez jest błąd systemu przekazującego pilotom informacje o prędkości maszyny. Przy okazji medialnych debat dotarła do mnie wypowiedź doświadczonego pilota, który krytycznie wypowiedział się o naszpikowaniu samolotów elektroniką. Mówił, że współczesne Airbusy są tak skomputeryzowane, iż pilot nie czuje maszyny. Z rozrzewnieniem wspominał Boeinga 747, gdzie ręcznie przesuwał dźwignię przepustnicy, a pilot czuł reakcję maszyny, gdy przemieszczał wajchę. Zaś najnowsze Airbusy zostały, jego zdaniem, stworzone przez inżynierów dla inżynierów, a niekoniecznie dla pilotów.

Była to dla mnie symptomatyczna ocena. Elektronika i komputeryzacja są bardzo powszechne. Temat jest dużo obszerniejszy niż lotnictwo. Podobnie do twierdzeń pilota brzmiały opowieści mojego afrykańskiego kolegi, który rekreacyjnie przemierza samochodem bezludne połacie czarnego lądu. W jego głosie słyszałem rezonans tego co powiedział pilot o Airbusach. Mój kolega kupuje na wyprawy stare Land Rovery, które nie mają ani jednego elementu elektronicznego. Na wypadek awarii potrafi rozebrać i na nowo złożyć każdy kawałek maszyny.

Pewno wyczuwacie między linijkami tekstu szczyptę sceptycyzmu wobec komputeryzacji.
Faktycznie mam coś do powiedzenia na ten temat. Od kilkunastu lat moi koledzy z pracy to głównie osoby utrzymujące się z pisania kodu komputerowego. Zaś moje spojrzenie na technologię jest pewno trochę obciążone studiami psychologicznymi.

Z jednej strony, dość swobodnie korzystam z dobrodziejstw elektroniki użytkowej. Niniejszy tekst piszę na kieszonkowym komputerze rozmiarów telefonu komórkowego (zresztą to urządzenie o mocy obliczeniowej dawnych komputerów jest sprzedawane jako telefon, a ściślej: “smartphone”). Do miejsca, w którym jestem dojechałem samochodem, którego komputer odczytuje nawet poziom płynu do szyb. Zaś trafiłem tutaj przy pomocy kieszonkowej mapy, która jest odbiornikiem sygnałów radiowych wysyłanych przez amerykańskie satelity wojskowe. Co więcej, gotowy tekst tego artykułu został zapisany na dysku komputera znajdującego się na innym kontynencie, bo akurat tam internetowa oferta handlowa była dla mnie atrakcyjna.

Właśnie ja, kiedyś żartobliwie nazywany “inspektorem gadżetem”, dochodzę do przekonania, że nadszedł czas zadać sobie pytanie, gdzie komputery są koniecznością, a gdzie są stadnym odruchem komputeryzacji wszystkiego co nas otacza. Ponoć faszerowanie naszego życia mikroprocesorami ma na celu to by było nam łatwiej. Tutaj odwołam się do zasłyszanego powiedzenia, które uważam za niezwykle celne: “komputery zrobią to szybciej, ale z nimi zajmie nam to dużo więcej czasu”.

Moc obliczeniowa i wyuczalność maszyn są ogromne. Dzięki temu możemy przetworzyć nieprzebrane zasoby informacji. Tylko czy w każdej sytuacji potrzebujemy masy informacji? Czy w ostatecznym rachunku bilans jest opłacalny? Coraz częściej widzę, że nie jest! Nie chcę wyrokować w sprawie Airbusa 330, bo za wcześnie, aby uznać nadmierną komputeryzację za przyczynę katastrofy. Lecz na co dzień widzę przykłady zastosowań komputerów z wątpliwym dla mnie pożytkiem. Słyszałem opowieść o posiadaczu samochodu, którego samochód sam odpalił silnik, gdy kierowca był na zewnątrz. W miejsce tradycyjnego kluczyka do stacyjki auto miało system komputerowy działający z kartą chipową. Tylko po co?

Inny przykład pochodzi z pięknej Szwajcarii. Mieszańcy Zurychu płacą za bilety komunikacji miejskiej sporo więcej niż kilka lat temu. W Szwajcarii publiczne koszty są liczone i podawane z aptekarską dokładnością. Więc znajomi analizujący przyczyny podwyżek skonstatowali, że dopłacają za nowoczesny tabor i system informujący o idealnie dokładnym czasie przyjazdu najbliżego tramwaju. Czy chciałbym wydawać co miesiąc więcej na bilet tylko po to, aby jechać w bezszelestnym wagonie, a na przystanku mieć elektroniczny rozkład jazdy? Zdecydowanie wolałbym płacić mniej i jeździć całkiem porządnymi tramwajami, które wycofano mimo ich dobrej (ale zacofanej) kondycji technicznej.

Wracając na polskie podwórko przytoczę historię z naszej biurowej kuchni. Ustawiono w niej kuchenkę mikrofalową z niezwykle rozbudowaną obsługą. Wiele funkcji było zaprogramowanych w systemie komputerowym urządzenia. Przed podgrzaniem potrawy należało wywołać odpowiednie funkcje. To była moja zmora. Nie potrafiłem zapamiętać jak podgrzać talerz jedzenia. Po jakimś czasie przenosiłem zespół informatyków do nowego budynku, gdzie urządzałem także kuchnię. Przed przeprowadzką przyszedł do mnie jeden z doświadczonych programistów i nalegał, abym kupił kuchenkę, która ma tylko i wyłącznie dwa mechaniczne pokrętła: jedno do regulacji mocy, a drugie do czasu. Informatycy mieli już dość elektronicznego potworka, który był wprawdzie stworzony przez inżynierów, ale nie nadawał się nawet dla innych inżynierów.

Komputery zrewolucjonizowały świat. Dzięki internetowi wszyscy żyjemy w jednej informacyjnej wiosce. Cieszę się, że mogę korzystać z tych dobrodziejstw postępu. Lecz czasem mam ochotę postawić barierę, gdy widzę, że systemy komputerowe mają być dobrem samym w sobie, bez rozważania czy w ostatecznym rachunku faktycznie poprawią jakość życia ludzi, którym mają służyć.

Niech żyje wolność!

“Niech żyje wolność!” - takiej treści SMS-a dostałem dzisiaj rano z numeru, którego w pierwszej chwili zupełnie nie kojarzyłem. Autorem okazała się moja koleżanka z roku. Oboje mieliśmy w 1989 po dziewiętnaście lat. Pamiętam głosowanie w starym blaszanym budynku osiedlowej administracji na naszym blokowisku.
Ten SMS oddaje sens tego czym dla mnie był 4 czerwca 1989. Przed tą datą było sowieckie zniewolenie, po tej dacie jesteśmy u siebie!

Zatem: niech żyje wolność!

Książka o intuicji, energii i synchroniczności.

“The Celestine Prophecy” to intrygująca książka napisana przez Jamesa Redfielda ponad piętnaście lat temu. Jej popularność umknęła mojej uwadze, także polskie tłumaczenie nigdy nie wpadło w moje ręce. Dopiero kilka tygodni temu, podczas rozmowy o publikacjach godnych uwagi, ktoś ze znajomych polecił mi powieść Redfielda. Już angielski tytuł brzmiał dla mnie dziwnie, potem dowiedziałem się, że polską wersję też nazwano oryginalnie: “Niebiańska przepowiednia”.
Przed zakupem książki zrobiłem wywiad w sieci i dowiedziałem się, że Redfield napisał powieść przygodową dość przeciętych lotów. Akcja książki miała być jedynie tłem do myśli autora dotyczących ludzkiej natury. Jego poglądy wywarły spory wpływ na wielu czytelników. Było to dla mnie dobrą zachętą, aby zakupić wersję dźwiękową “The Celestine Prophecy” i poświęcić kilka tras dom-biuro-dom na jej wysłuchanie.

James Redfield studiował nauki społeczne i przez wiele lat pracował jako terapeuta. Fragmenty książki dotyczące relacji międzyludzkich, walki o panowanie nad innymi oraz przepracowywaniu treści wyniesionych z rodzinnego domu brzmiały dla mnie przekonująco i współgrały z moim postrzeganiem świata. Lecz, gdy książka ocierała się o sprawy polityki społecznej i gospodarki tam czułem, że fantazje Redfielda odbiegają od mojego wyobrażenia ziemskiej przyszłości.

Przypuszczam, że niektórzy z Was sięgną po książkę i osobiście poznają szczegóły wtajemniczeń wymyślonych przez Redfielda. Lecz większość z kilkuset gości mojego blogu poprzestanie pewno na mojej recenzji. Napiszę dla Was kilka zdań zawierających myśli, które zapamiętałem z książki, co pomoże Wam lepiej poznać treść powieści.

James Redfield podkreślał wielokrotnie, że ważnym celem wydania “The Celestine Prophecy” było zwrócenie uwagi na ludzką duchowość. Czyli miał to być sygnał dla czytelnika, że poza światem rozumu, ciała i emocji składamy się też z części duchowej, która wymaga odpowiedzi na pytanie po co jesteśmy na Ziemi, jaką rolę mamy do spełnienia i jaki jest sens naszej egzystencji. Faktycznie odebrałem tą lekturę jako apel o pochylenie się nad naszą duchowością.

Redfield umieszcza bohatera swojej powieści w sytuacjach, w których przytrafiają mu się zbiegi okoliczności. Im głębiej się nad nimi zastanawia tym mocniej dostrzega, że są one wiadomościami, które stają na jego drodze życiowej. Te zbiegi okoliczności wyglądają jak synchroniczności opisywane przed laty przez Carla Gustava Junga. Reakcja na te wiadomości wymaga wyczucia i w gruncie rzeczy opierania się na intuicji w podążaniu za tym co ze sobą niosą.

Innym ważnym elementem jest podkreślanie przez autora wagi energii, jaka nas otacza i którą nosimy w sobie. Począwszy od relacji wpływu naszej energii na wzrost roślin, o które się troszczymy, aż po wzajemne wpływanie na energie ludzi z otoczenia. Pokazując zmagania ludzi z sytuacjami społecznymi Redfield barwnie opisuje przykłady, gdy ludzie dążą do dominacji na innymi, aby wzmocnić swoją siłę. Dobrze współgra to z potocznymi obserwacjami, gdy czasem mówimy, że spotkanie z daną osobą wyssało z nas energię. Lub mówimy, że po spotkaniu z kimś poczuliśmy się pełni  energii. Mamy też w książce trochę opisu technik jakimi posługują się osoby wyciągające energię od innych. Redfield opowiadał, że był zainspirowany pracami twórcy analizy transakcyjnej Erica Berne (autora “W co grają ludzie.”). Jako dawny absolwent kursu analizy transakcyjnej przyznaję, że jest to bardzo ciekawa metoda opisu relacji międzyludzkich.

Spodobały mi się też odniesienia do znaczenia drzew i lasów. Redfield rozpisuje się nad lasami jako naturalnymi rezerwuarami energii. Sam bardzo lubię las i też mam intuicyjne przekonanie o energii drzew.

“The Celestine Prophecy” zawiera też elementy opisu przyszłości, która może nastąpić, gdy ludzkość masowo zwróci się w kierunku rozwoju swojej duchowości. Przyznaję, że miałem problemy z tymi fragmentami, bo są sprzeczne z tym jak sobie wyobrażam przyszłość Ziemi. U Redfielda były wizje społecznej sprawiedliwości, gdy każdy ma zaspokojone potrzeby materialne, bo automatyzacja procesów produkcyjnych sprawia, że ludzie zajmują się głównie kutywowaniem swej duchowości. Co więcej ludzkość świadomie ogranicza swoją rozrodczość, aby nie było nas zbyt wielu na Ziemi. Zaś rodzice przyjmują do wiadomości, że jeden dorosły ma wychować tylko jedno dziecko, któremu ma poświęcić masę uwagi i czasu; równie dobrze może wychować cudze dziecko, gdy biologiczy rodzic zajmuje się pracą, a nie wychowywaniem potomka.

Na tym kończę recenzję książki. Przed kilku laty na ekrany kin wszedł film pod tym samym tytułem. Planuję go obejrzeć na DVD, lecz przeczytane recenzje potwierdzają to co zwykle w takim przypadku: książka jest nieporównanie ciekawsza od filmu.

Leczenie dziecka pod przymusem.

Zaintrygowała mnie wiadomość z amerykańskich mediów: trzynastoletni Daniel Hauser powrócił z Meksyku do USA po tym jak amerykański sąd wydał nakaz leczenia jego nowotworu chemioterapią.
Matka, która wraz z synem uciekła z USA miała trafić do więzienia za unikanie zaplanowanej chemioterapii. Kobieta powołując się na przekonania religijne planowała zdanie się na naturalne metody uzdrawiania. Nie wiem czy chemioterapia jest tak dobrą metodą leczenia, że daje podstawę, aby odebrać rodzicom dziecko i zmusić do leczenia. Wiem, że opinie na temat chemioterapii są zróżnicowane (dla znających angielski tu jest trochę ciekawostek: http://www.ghchealth.com/chemotherapy-quotes.html).
W przypadku Hausera ponoć onkolodzy twierdzili, iż chemia da 95% szans na przeżycie, a zaniechanie tej terapii tylko 5%.
Pomijając procenty i wiarę lekarzy w ich sposób na nowotwór, zastanowił mnie rozmiar władzy państwowej nad dziećmi.
Jeśli dziecko zachorowało, a lekarze uznali, że wiedzą jak je wyleczyć to opór rodziców kończy się groźbą więzienia i zmuszeniem dziecka do terapii.
Wzbudza to we mnie protest. Uważam, że przypisywanie sobie przez państwo władzy nad nieletnimi obywatelami, którzy mają naturalnych rodziców jest złe. Zaś dawanie lekarzom narzędzi do przymusowego leczenia kłóci się z moim pojęciem roli lekarza, który ma wspomagać pacjenta w dochodzeniu do zdrowia.
Dotykamy tu także filozoficznego punktu tajemnicy życia i śmierci. Kto i kiedy ma decydować czy osoba, która zachorowała może w spokoju umrzeć, czy też ma przejść masę nieprzyjemnych zabiegów, które mogą odwlec moment śmierci? Bowiem wszyscy zdajemy sobie sprawę, że nawet najznakomitszy lekarz nie anuluje śmierci, bo śmierć jest wpisana w nasze życie od momentu urodzenia. Chodzi tylko o to, że okiem znawcy tematu uznaje on, że ten pacjent ma dostać więcej czasu na błąkanie się po Ziemi, jego czas jeszcze nie nadszedł. Jak rozumiem stawiamy na statystykę i jeśli zachoruje osoba w wieku 85 lat to uznamy, że ma już prawo umrzeć, bo przekroczyła przeciętną długość życia. Lecz jak zachoruje trzynastolatek to nie ma prawa umrzeć bo brakuje mu kilkudziesięciu lat do ustawowego wieku dającego prawo do podróży w zaświaty?
Może wcale nie chodzi o statystykę tylko o to co jest lepsze dla pacjenta? Beznamiętny lekarz i sędzia (w imieniu wielomilionowego społeczeństwa) wiedzą co jest dobrym wyborem dla chorego nastolatka. Zaś rodzice, którzy kochają swoje dziecko mają się nie wtrącać i nie komplikować procedur jakimiś wątpliwościami religijnymi czy moralnymi. Przecież miliony zjadaczy hamburgerów i widzów CNN, które upoważniły państwo do decydowania o tym co dobre dla ich dziećmi na pewno mają rację. Zaś jak za sto lat chemioterapia zostanie uznana za nieskuteczną i szkodliwą metodę pozbywania się nowotworów, bo ktoś odkryje, że w pradawnej obrzędowości Indian był element, który jest kluczem do zdrowia to wtedy amerykańskie trzynastolatki będą pod bronią doprowadzane do szamanów i odbierane matkom, które planowały dla nich chemioterapię?
Z tego co wiem to zdrowie i siły życiowe człowieka są wciąż wielką tajemnicą dla świata nauki. Im więcej odkrywamy z tym większą pokorą patrzymy na odwieczne siły natury.
Lecz zamiast pokornego pochylenia się nad tajemnicą życia, czasem krzyczymy “Ratuj go za wszelką cenę! On musi żyć!” A może czasem ważniejsza jest godna śmierć zamiast okrutnego leczenia? Może lekarz nie jest panem życia i śmierci, bo życie i śmierć mają swoje prawa potężniejsze od kilkudziesięciu lat badań naukowych? Może państwo nie jest właścicielem naszych dzieci? Może rodzice też nie są właścicielami dzieci? Może powołaliśmy dzieci do życia, aby szły swoją drogą wspierane naszą miłością tak długo jak będą tego potrzebować? Komu zaufacie w sprawie obdarzania dziecka miłością: państwu czy matce?
Mam nadzieję, że Daniel Hauser, który był przyczynkiem do tego tekstu dobrze zniesie chemioterapię, a jego życie będzie dobre i sensowne.

Wzniecanie ognia.

Czy wzniecaliście kiedykolwiek ogień społeczny? Zapalaliście innych do działania? Budowaliście grupę, która miała osiągnąć jakiś cel? Tworzyliście nowy biznes? Kierowaliście inicjatywą, która miała trwać nawet bez Waszej ciągłej troski i uwagi?

Właśnie dostrzegłem jak wiele ma to wspólnego z… paleniem w kominku. Zrozumiałem co oznacza zwrot “rozpalać w innych ogień”. Siedząc w domu na zachodnim stoku góry mam sporo cienia, więc uprzyjemniam sobie czas paląc w kominku. Rozniecając ogień widzę, że bardzo podobne zasady stosuję w działaniach społecznych i biznesowych, które podejmowałem i podejmuję.

Zapraszam Was do zabawy z wyobraźnią. Nim zaczniecie czytać poniższy tekst pomyślcie, że drewno i łatwopalne papiery to ludzie, z którymi pracujecie. Zaś ogień to Wasza idea, Wasze przedsięwzięcie, Wasza organizacja, zaś powietrze to otoczenie, które jest wokół.

Teraz zapraszam do lektury opisu wzniecania i doglądania ognia w kominku.

Chcemy, aby ogień ogrzewał nas długo, dawał przyjemne ciepło i nie wymagał nadmiernej uwagi. Najlepiej do tego celu nadają się grube kawałki drewna przygotowane przynajmniej kilka miesięcy wcześniej. Duże kawałki drewna są dla nas podstawą, ale ich znalezienie wymaga trochę zachodu. Zadbajmy z wyprzedzeniem o wystarczającej jakości drewno. Im lepsze drewno tym lepsze będzie ognisko.
Nim duże kawały drewna zaczną oddawać żar i ciepło, będziemy potrzebować rozpałki. Do tego przyda się trochę papierów i szczapy drewna. Bowiem grube drewno nagrzewa się powoli i dlatego najlepiej aby pracowały przy nim mniejsze kawałki, które szybciej zajmą się od podpałki, a potem będą pracować nad przebudzeniem wielkich klocków.

Palenie samych papierów jest krótkowzroczne. Papierowy płomień chętnie rozpala inne papierowe płomienie. W rezultacie możemy mieć wielki, chaotyczny ogień pełen rozbrykanych bez ładu płomieni, które zgasną równie szybko jak się rozpaliły. Z tymi papierami musimy być ostrożni, bo wprawdzie łatwo się zapalają, ale podmuch wiatru może je rzucić w inne miejsce. Więc pilnujmy, aby rozpalały ognisko w tym miejscu gdzie chcemy i aby nie było ich za dużo, bo mogą wtedy doprowadzić do większego ognia niż chcemy, a wtedy stracimy panowanie nad ogniem.

Generalnie ognisko wymaga więcej uwagi na początku niż w późniejszych fazach. Wynika to zarówno z potrzeby pilnowania rozbrykanych papierów, jak i z niepewności czy wielkie kawałki drewna mają dobre warunki, aby zapłonąć. Często doglądajmy ognia, aż będziemy pewni, że duże kawały drewna palą się pewnym i spokojnym ogniem. W późniejszej fazie jest łatwiej, bo duży kawałek drewna szybciej rozpali się od płonącego dużego kawałka niż od małego kawałka. Wtedy praktycznie nie potrzebujemy małych kawałków, ani papierów. Co więcej, zauważyłem, że duże kawałki lepiej się palą jak są w grupie niż pojedynczo.

Na początku ogień może przygasać. Być może brakuje mu powietrza. Warto sprawdzić czy wszystko jest w porządku z otoczeniem, czy wentylacja dobrze działa, a komin jest otwarty. Być może układając drewno położyliśmy je zbyt ciasno i ogień się dusi. Warto zostawić trochę przestrzeni między kawałkami ułożonymi na palenisku. Łatwiej zrobić to przed rozpaleniem ognia, lecz i później możemy poprzestawiać kawałki, tylko wtedy jest to trudniejsze bo się możemy poparzyć i pobrudzić.

Może się okazać, ze ogień przygasł na zewnątrz, lecz w drewnie jest rozpalony żar, który chętnie odda swoją energię jak dostarczymy mu powietrza. Podmuchajmy. W trakcie dmuchania możemy nie widzieć ognia, nie zniechęcajmy się. Raz na jakiś czas róbmy przerwy w dmuchaniu, aby zobaczyć czy ognień jest gotów ponownie wystrzelić.

Osobiście bardzo lubię widzieć jak w końcowym etapie po wielkich kawałkach drewna pozostaje rozpalony, majestatyczny żar, który jeszcze długo po ustaniu płomieni daje ciepło. Żar jest depozytariuszem ognia; jeśli na żar położymy kawałek drewna to szybko się zapali. Żar i jego moc są dla mnie ważniejsze od wielkości płomieni. Wielki płomień może pochodzić od papierów, które szybko się wypalą i nie pozostanie po nich ślad. A my liczmy na to, że ogrzejemy się od żaru, a nie od płomieni.

Na koniec kilka luźnych obserwacji:

  • Gdy już ogień dogasa to warto zgarnąć pojedyncze rozgrzane kawałki w grupę - to podtrzyma żar na dłużej.
  • Gdy na palenisko położymy drewno strzelające iskrami to bezpieczniej będzie się od niego oddzielić ognioodporną szybą i przeczekać.
  • Jeśli z jakiś powodów potrzebujemy zabłysnąć płomieniami to zawsze można do ognia dorzucić trochę gałęzi i papierów, które szybko wystrzelą ognikami.

Rozwój duchowy jak budowa domu.

Dzisiaj rano wstąpiłem do osiemnastowiecznego kościółka w górskiej wiosce, w której spędzam mój szwajcarski weekend. W pierwszej chwili pomyślałem, że trwa remont ołtarza. Boczna ściana była odgrodzona barierkami jakie zwykle stoją na budowie. W półmroku zobaczyłem porozrzucane deski, trochę cegieł i narzędzia budowlane.  Obok stał znak drogowy ostrzegający o robotach drogowych. Znak tam nie pasował, więc zrozumiałem, że to dekoracja. Faktycznie był to wystrój kościoła z okazji Pierwszej Komunii tutejszych dzieci. Za barierkami zbudowano makietę domku, którego budowa jest na ukończeniu. W oknach były fotografie pierwszokomunijnych dzieci.

Porównanie rozwoju duchowego z budową domu zrobiło na mnie miłe wrażenie. W obrzędowości katolickiej Pierwsza Komunia symbolizuje zakończenie procesu przygotowania do wejścia do wspólnoty religijnej, a dowodem potwierdzającym ukończenie tych prac w jest dopuszczenie dziecka do pełnoprawnego uczestnictwa w życiu Kościoła.

Zostawmy na boku kwestię tego na ile współczesne parafie katolickie mają jeszcze znamiona wspólnot duchowych, i na ile drugoklasiści mają pojęcie do czego przystępują.

Mnie zainteresował sam pomysł porównania budowania duchowości do wznoszenia budowli. Rozwijając się wewnętrznie, wzrastając w naszym poczuciu sensu bycia na Ziemi budujemy swoje wnętrze, cegła po cegle. Ewentualne zaniedbanie procesu budowy wymaga odgruzowania rumowiska, a potem trzeba na nowo przystąpić do wznoszenia budowli swojej duszy. Układanie cegieł naszego wnętrza jest inwestycją, która nigdy się nie zakończy. Podobnie jak w przypadku tego szwajcarskiego domku zatkniemy na dachu wiechę, aby oznajmić, że doszliśmy do  domknięcia jakiegoś etapu budowy. Lecz budowa trwa i z założenia ma iść dalej. Potem budujemy dla innych, aby im się lepiej mieszkało na naszej planecie. Budujemy ten lepszy świat dla tych co są wśród nas jak i dla tych co przyjdą po nich. Skoro ludzie mają ciągle przychodzić na świat to trzeba będzie dobro budować w nieskończoność. Jak każdego dnia dorzucimy jakąś cegiełkę dobra i serdeczności to budowla będzie coraz sympatyczniejsza.

Świat się kończy, Świat się zaczyna.

Czytając wypowiedzi ekonomistów i oglądając materiały na bloomberg.com mam mocne przeświadczenie, że kończy się jakiś etap naszej cywilizacji. Z grubsza zdaję sobie sprawę z tego co się kończy, lecz chyba nikt nie ma pojęcia jak będzie wyglądał świat, który powstanie na gruzach starego porządku.

Co więcej, wiele wskazuje na to, że upadek będzie trwał długo, a nowy układ będzie się stopniowo umacniał w miarę pogłębiania zapaści w “starym świecie”.

Nieodmiennie jestem dobrej myśli na temat przyszłości Polski. Myślę, że to co upada dotyczy nas tylko pośrednio. Pozwólcie, że rozwinę powyższą myśl.

Otóż mamy na świecie katastrofalną sytuację banków. W dwudziestym wieku wypromowano styl życia na kredyt. Banki uwielbiały ludzi zadłużonych. Człowiek oszczędny i wydający mniej niż zarabia był podejrzanym typem. Pamiętam jak przed ośmiu laty znajomy Australijczyk opowiadał, że będąc już w średnim wieku poszedł do banku po kredyt w związku z rozpoczęciem działalności gospodarczej. Pochodził z porządnej protestanckiej rodziny, gdzie wydawano tylko to co zarobiono. W banku koniecznie chcieli, aby wykazał się swoją historią kredytową. Kiepsko i nieufnie przyjęli jego deklarację, że nigdy nie brał kredytu. Po przejściu bolesnej procedury dostał niewielki kredyt. Pozostało mu poczucie, że uczyniono dla niego jakiś wyjątek, bo cała jego historia słabo wyglądała w oczach bankowców. Już jako kredytobiorca zaczął dostawać kartki świąteczne i drobne upominki od banku. Był zadłużony, więc bank go lubił. Po spłaceniu pierwszego kredytu poszedł po następny, większy. Tym razem bez problemu dostał to co chciał. Kwota była poważna, więc zaczęto go zapraszać na imprezy organizowane dla ważnych klientów. Im bardziej się zadłużał tym lepiej i z większym namaszczeniem był traktowany. Ta historia daje do myślenia nad konstrukcją mechanizmów kredytowych.

Ogólnie w całym świecie zachodnim gra w życie na kredyt była świetną zabawą dla większości jej uczestników. Wydawało się, że gramy na wysokich obrotach wciąż będąc w bezpiecznym układzie.

Banki były faktycznym właścicielem dóbr używanych przez klientów, a jednocześnie klienci oddawali bankom każdy zarobiony grosz spłacając ogromne odsetki i kawałek swojego zadłużenia. Klienci wprowadzali się do coraz droższych domów, których nigdy nie zamierzali spłacić. Banki były z tego faktu zadowolone, bo coraz większa część dochodów rodzinnych szła na spłatę odsetek. W razie wyprowadzki rodziny, bank i tak był w stanie zaoferować ten sam dom innej rodzinie, bo w międzyczasie cena nieruchomości wzrosła i poprzedni kredytobiorca zwrócił dom o wartości dużo wyższej niż kiedyś nabył.

Nieruchomości to tylko jeden wycinek rzeczywistości. Codzienna konsumpcja też była niebezpieczną jazdą na kredyt. Upadek tej zabawy właśnie śledzimy na łamach prasy i na ekranach swoich monitorów.

 

W naszej zaściankowej Polsce byliśmy zbyt zacofani, obieg informacji międzybankowej był upośledzony, a ludzie ekonomicznie analfabetyczni, aby banki mogły beztrosko sprzedawać kredyty. Większość ludzi żyje skromnie i wielu używa słowa “zarobić”, np. zarobić na nowy samochód, zarobić na wakacje itd. Odróżnia ich to od amerykańskiego “wziąć na kredyt”.

Rzecz jasna świat ma też swoje światłocienie. Tak jak w USA jest trochę oszczędnych mieszkańców, tak też w Polsce bywają rodziny zadłużone pod sam sufit. Lecz w ogólnym bilansie widzę w Polsce zupełnie zdrowe podejście do życia.

Wprawdzie, jak to przystało na kraj na dorobku, mamy swoich nowobogackich demonstracyjnie obnoszących się z przedmiotami, które kupili. Lecz chyba trudno nawet mówić w tym przypadku o “nowobogactwie”, bo to często są kierownicy na dobrze opłacanych stanowiskach, którzy czują sens życia w wystawnym stylu bycia. To zwykle nie są ludzie bogaci, bo za takich uważam osoby posiadające wolność finansową - czyli takie które nie mają ekonomicznego przymusu pracy. Ci nasi nadwiślańscy nadmiarowi konsumenci zasuwają od rana do nocy w cudzych firmach, otrzymując pod koniec miesiąca swoją zapłatę, z której pokrywają swoje szalone rachunki. Czy to wygląda na styl życia osoby bogatej? Moim zdaniem jest to takie samo niewolnictwo, jak niewolnictwo pracownika przy taśmie produkcyjnej otrzymującego tysiąc złotych miesięcznie. Różnicę widzę w tym, że dobry pracownik fizyczny będzie nam zawsze potrzebny, a najemni kierownicy niezaangażowani bezpośrednio w dostarczanie produktów lub usług zostaną chyba w pierwszej linii sprowadzeni do parteru przez kryzys. Ktoś prorokował, że w Polsce kryzys uderzy właśnie w nieprodukcyjną kadrę kierowniczą.

Jeśli miałoby się tak stać to może wiele osób odzyska balans w swoim życiu. Może zaczną myśleć o pracy, którą będą robić z radością i zgodnie ze swoimi talentami. Każdy z nas ma unikalne talenty, których nie ma nikt inny na Ziemi. Ich rozwijanie przynosi radość i sukces. Lecz przywiązanie do konsumpcji blokuje rozwój. Ostatnio spotkałem kolegę, który szuka pracy. Znamy się od kilkunastu lat. Kiedyś był dyrektorem w jednej z największych firm związanych z mediami, potem pracował na stanowiskach kierowniczych w różnych miejscach. Nigdzie nie miał szczęścia na dobre zagrzać miejsca. Dobry, ciepły facet, który nie pasuje do wizerunku drapieżnego szefa. Jego pasją jest astrologia. Jako astrolog mógłby brać 100-200 złotych za godzinę konsultacji. Dlaczego zatem desperacko szuka pracy jako dyrektor zamiast żyć z tego co lubi robić? Otóż jednym z istotnych powodów jest to, że taki poziom dochodów jest zbyt niski. Czyli zakładając cztery konsultacje dziennie po 150 złotych przez 20 dni w miesiącu daje to 12000 złotych brutto. Po opłaceniu podatku zostaje ponad dziewięć tysięcy złotych. Zamiast być najlepszym w Polsce astrologiem chce być bardzo przeciętnym dyrektorem, aby mieć dochody zapewniające wysoki status społeczny.

Z mojego punktu widzenia jest to dramat przywiązania do drogich zakupów.

Recesja ma szansę sprowadzić wielu ludzi na wspólny mianownik finansowy. Zaś z tego punktu wielu otrzyma drugą szansę na zbudowanie swojego życia zgodnie ze swoimi talentami dając sobie szansę na wielkie sukcesy i radość życia. Czyli zadyszka w gospodarce może być ciekawą okazją do przewartościowania życia. Tak to widzę w skali indywidualnej. W skali globalnej obraz wydaje się niesamowity. Sądzę, że Ameryka już nigdy nie powróci do swojej dwudziestowiecznej potęgi. Pewno ich gospodarka będzie szła odrobinę w górę i potem trochę w dół, a potem znowu w górę itd. czyli normalnie jak to w cyklach gospodarczych. Jednak te wzrosty będą mniejsze niż spadki, tak, że koniec końców będzie widać regularny długofalowy spadek amerykańskiej siły. Uważam, że kończy się porządek świata zdominowanego przez USA. Nie wiem kto zajmie miejsce amerykanów i będzie rósł w siłę. Nie wiem w jakiej walucie będziemy się rozliczać za kilkadziesiąt lat. Nie wiem jakie sektory gospodarki będą dominować. Bez wątpienia będzie to świat, gdzie ludzie po raz kolejny będą musieli sobie zadać pytanie po co żyją i co jest dla nich najważniejsze.

Jim Rogers, 66. letni bogaty amerykański inwestor, absolwent Yale i Oxfordu, który niedawno przeniósł się do Singapuru, stwierdził iż będzie odradzał swoim dzieciom pomysłów na studia MBA, jeśli takowe wpadłyby im kiedyś do głów. Na pytanie dziennikarza co zatem warto studiować odparł: “Tell them to be a farmer and do a real job.” (”Powiedz im, aby zostały rolnikiem i wykonywały jakąś konkretną, realną pracę.”). Zażartował też z dziennikarza radząc mu, aby sam został rolnikiem.

Czy świat dojdzie do takiego ekstremum, że tylko praca na roli, posiadanie towarów, surowców naturalnych i źródeł energii będą dawać szansę na przeżycie? Może się i tak zdarzyć. Tak jak pisałem na początku tego tekstu, uważam, że przyszłość świata jest wielką niewiadomą.

Moim zdaniem warto żyć porządnie, robić to w czym jesteśmy dobrzy, wypracować w swoich rodzinach umiejętności skromnego życia i odnajdywać radość w tym, że są wokół nas inni ludzie. Bez względu na rozwój wypadków taki “pakiet przetrwaniowy” wydaje się być dobrym fundamentem na nowy początek świata.

Wiek średni, marzenia, motor i dzieci.

Na horyzoncie kilkunastu miesięcy pojawiają się moje czterdzieste urodziny. Wiek średni ponoć wiąże się z kryzysem, bo po czterdziestce lepiej zdajemy sobie sprawę z przemijającego czasu.

Podszedłem do tematu twórczo: odkurzyłem marzenia, które czekają na realizację i postawiłem sobie cele do zrealizowania. Pomogło mi w tym  ćwiczenie wypisywania na kartce trzydziestu rzeczy, które chcę zrobić nim umrę, trzydziestu, które chcę mieć oraz trzydziestu ról, które chcę zająć w swoim życiu.

Lista jest długa i osobista - z tych powodów pozostaje dyskretnie w moim notesie, a tutaj podzielę się tylko kilkoma punktami. Niektóre marzenia była dla mnie zaskakujące - nie zdawałem sobie z nich sprawy-  inne są niemal podręcznikowym wykwitem czterdziestolatka. Do tej drugiej grupy należy posiadanie motocykla. Tak moi kochani, też widzę tych panów w średnim wieku, którzy nagle odkryli w sobie miłość do spalinowych jednośladów. Właśnie zostałem jednym z nich. Czeka mnie jeszcze kilka kroków. Pierwszym jest prawo jazdy. Wielu internautów było zgodnych, że jak prawo jazdy na motor to tylko z Tomkiem Kulikiem (http://www.kulikowisko.pl). Właśnie kończę uczęszczać na wykłady w jego szkole i po świętach rozpocznę jazdy. Napiszę nieco więcej o kursie w osobnym wpisie, bo jest to doświadczenie, które chętnie uwiecznię na stronach blogu.

Teraz kilka słów o innych marzeniach. Na moje liście znalazło się kilka punków, które miały związek ze zmianą Świata na lepsze. Szczególnie dotyczyło to dawania szansy dzieciom, aby ułatwić im budowanie dobrego życia. W związku z tym uzgodniłem z żoną, że stworzymy fundusz “dziesięciny” - czyli 10% naszych dochodów będziemy przeznaczać na pomoc innym. Tradycyjnie dziesięcina to podatek płacony na rzecz kościoła, wynoszący dziesiątą część czyichś zbiorów lub dochodów. Moja dziesięcina zamiast do kościoła trafi na osobne konto bankowe, z którego wraz z żoną będziemy realizować swoje cele społeczne. Zaczynamy od ufundowania wycieczki do Krakowa dla grupy ubogich dzieci z podwarszawskiej wioski. Dziećmi zajmuje się zaprzyjaźniony z nami nauczyciel. Potem mamy jeszcze kilka innych pomysłów, które mają wlać trochę światła w serca dzieci, którym trudno i smutno.

Coraz bardziej podoba mi się moje wydanie kryzysu wieku średniego, o którego rozwoju będę Was systematycznie informował.

Złoto na ciężkie czasy.

Ubiegłotygodniowe spotkanie z kolegą S. było dla mnie ekonomicznym zimnym prysznicem. Kolega żyje spokojnie, pogodnie i wydaje się być daleki od rozgorączkowania tłumu komentatorów podekscytowanych sytuacją gospodarczą.

Co ciekawe zachowuje zimną krew, mimo że jego podstawowym źródłem utrzymania jest inwestowanie na rynkach kapitałowych. Gdy nasza rozmowa zeszła na temat gospodarki amerykańskiej S. rzeczowo odparł, że jego zdaniem czeka nas praktyczny upadek amerykańskiego rynku, co pociągnie za sobą dramatyczną sytuację społeczną. Po spotkaniu przysłał mi kilka linków do stron, które radził odwiedzić. Był tam m.in. wywiad z Geraldem Celente, który wieszczy zamieszki uliczne w amerykańskich miastach jeszcze w tym roku. Zresztą sami możecie wysłuchać tych kilku minut (na ekranie są napisy po polsku, więc materiał jest dostępny także dla osób nieznających angielskiego: cz. 1., cz. 2.).

Czas pokaże jak rozwinie się sytuacja za oceanem i na ile Polska poczuje amerykańskie tarapaty.

Jednak mam coraz mocniejsze przekonanie, że majstrowanie przy amerykańskich instytucjach finansowych przy pomocy publicznych pieniędzy i szczodre dodrukowywanie dolarów dla chwilowego ratowania sytuacji może się okrutnie zemścić na Amerykanach.

Widzę, że na horyzoncie zbierają się ciemne chmury. Może burza “przejdzie bokiem” i zostawi nas w dobrym stanie. Jednak nie jestem ani meteorologiem, ani ekonomistą i mam ograniczone kompetencje w przewidywaniu kataklizmów.

Mój zdrowy rozsądek mówi mi, aby przygotować sobie plan działania “na wszelki wypadek”.

Moje oszczędności spoczywają w euro, na lokatach terminowych, w BZ WBK. Może euro jest pewniejsze od dolara i może BZ WBK wypłaci moje euro kiedy tylko sobie zażyczę. Jeśli jednak jest cień obawy, że wielkie “bum” za oceanem pomiesza europejskie szyki to chciałbym mieć coś “na czarną godzinę”. Pomyślałem o złocie. Uncja złota to ponad dziewięćset dolarów, trzykrotność tego co przed kilku laty!

Kupując drogie złoto raczej nie zarobię, ale poczuję się bezpieczniej mając w kieszeni kilkadziesiąt gramów błyszczącego metalu.

Chyba nie jestem odosobniony w gromadzeniu złota, bo jego zakup okazał się wyzwaniem.

NBP zwykł sprzedawać małe sztabki złota, które dobrze pełniłyby rolę lokaty na ciężkie czasy. Ktoś ostatnio mówił, że od jakiegoś czasu NBP nie sprzedaje sztabek i nie wiadomo kiedy je będzie oferował. Popyt mocno przerósł podaż. Z pomocą przyszedł mi autor blogu APP Funds, który bezskutecznie szukał złota w NBP. Skoro nie było sztabek to jego myśli przesunęły się na złote monety. NBP uszczęśliwia numizmatyków okolicznościowymi monetami ze złota. Cena kruszcu w monetach jest o kilkanaście procent wyższa niż na międzynarodowych rynkach, ale wciąż monety wydają się atrakcyjnym kąskiem dla amatorów kilku uncji cennego kruszcu. Szczególnie dotyczy to krążków o znikomej atrakcyjności kolekcjonerskiej. Okazała się nim np. moneta z wybita z okazji 400. lecia polskiego osadnictwa w Ameryce. Brzmi to komicznie, że wspomnienie dawnych Polaków w USA ma mnie zabezpieczyć przed nieobliczalnością współczesnych amerykańskich oligarchów tańczących chocholi taniec z prezydentem i jego kolegami. Zatem część swoich euro zamieniam na złotówki i w mojej szufladzie będzie brzęczeć kilkanaście stuzłotowych monet z wizerunkiem siedemnastowiecznych polskich rzemieślników wykuwających fundamenty amerykańskiej potęgi. Monety kupuję w internetowym sklepie nunizmatycznym po 875 złotych za sztukę. Jest w nich po osiem gram złota Au 900, czyli 7,2 grama czystego złota. Jakbyśmy doszli do etapu handlu wymiennego to może za taką monetę zorganizowałbym ze dwa świniaki lub pół tony jabłek. Może nigdy do tego nie dojdzie, może gospodarczy armagedon Ameryki nie będzie ani tak straszny, ani tak uciążliwy dla nas jak to niektórzy prorokują.

Dla pokrzepienia serc życzę sobie i Wam, drodzy czytelnicy, aby moje złote monety na zawsze pozostały w sejfie i abym za kilkanaście miesięcy skonstatował, że złoto potaniało, recesja mija, a nasza gospodarka rośnie i kwitnie. Obiecuję, że nie będę płakał, gdy okaże się, iż była to najbardziej nieopłacalna inwestycja w moim życiu. Co więcej, przypuszczam, że będę z rozczuleniem patrzył na złote monety i wspominał jakie to panikarskie obawy chodziły mi po głowie wiosną 2009. Mimo to zachęcam Was, kupcie sobie trochę złota. Jeśli kryzys rozejdzie się po kościach to będziecie mieć błyszczącą pamiątkę z recesji. Zaś jakby Świat dostał chwilowej zadyszki to kilka gramów złota w skarpecie może się do czegoś przydać Wam lub Waszym rodzinom.

Next Page »