Swojak po swojemu.

Jak widzicie, zaprzestałem systematycznej publikacji blogowych wpisów.
Zaangażowałem się w kilka wymagających przedsięwzięć, a swojakowy blog spadł z listy moich działań.
Wiem, że przez cztery lata systematycznego pisania zgromadziło się tutaj grono wiernych czytelników i komentatorów.
Każdy kto chce pozostać ze mną w kontakcie lub będzie potrzebował pomocy czy porady złapie mnie przez email: swojak(małpka)swojak.info

Zatkało mnie, a Porcelanka pomogła.

Poprzez facebooka i blogi dotarły do mnie wieści o awanturze wokół ACTA. Uderzyła mnie masa wymiarów tej sytuacji. Każdy z poziomów zasługiwałby na osobną rozprawkę. Złapałbym się na początek za opisanie co od strony technologii odsłania mgła nowej regulacji; potem ugryzłbym temat śmierci (jeszcze przed solidnym narodzeniem) partycypacji obywatelskiej w naszym kraju; dalej pogaworzyłbym o wpływie świata korporacyjnego na instytucje publiczne w USA; w tej okolicy popływałbym w temacie nowego oblicza amerykańskiej cenzury wojennej na potrzeby wojny (lub przynajmniej stanu wyjątkowego), na którą Ameryka moim zdaniem dryfuje; doszedłbym do ewidentnego pozbycia się demokratycznych mechanizmów z instytucji europejskich; wróciłbym na nasze podwórko szukając odpowiedzi „kogo na pensje rządowe wyniosą nastolatki rozgoryczone zdradą Tuska?”; spojrzałbym na szanse jakie wolny internet dawał naszej młodzieży, która sprytem i pracowitością mogłaby wyrównać szanse na współdziałanie z dzieciakami z tłustego zachodu; doszedłbym do analizy korzyści utraconych przez Polskę przez delegowanie polityki na moralne i patriotyczne miernoty; tu wciągnąłby mnie temat pogodzenia patriotyzmu z duchową więzią z każdym człowiekiem na Ziemi; byłbym już w działce duchowości, która może przekształcić oblicze Ziemi w sposób jaki się filozofom nie śniło.

Jak się domyślasz Drogi Czytelniku, od takiej ilości ciężkostrawnych tematów najnormalniej mnie zatkało. Wydobyłem z siebie jedynie wpis o Matce Teresie, bo jej pomysł na skupienie się wokół dobra i pokoju wydał mi się najskuteczniejszą drogą wyprowadzenia nas wszystkich z labiryntu rozczarowania, złości, strachu i dezorientacji.

Jeśli rodzi się potrzeba bycia w takiej sytuacji razem z innymi, to pokojowe spotkania, medytacja i modlitwa wydają się drogą przemiany tych stanów we współczucie, miłość i chęć czynienia dobra.

Zatem po wrzuceniu na bloga słów i zdjęcia Matki Teresy, korek został tam, gdzie mi utknął. Na szczęście pomocna okazała się Porcelanka, czyli „Porcelanka – blog o książkach, poezji, herbacie, przyrodzie i filozofii”. Czytuję kilkadziesiąt blogów. Mam je podpięte pod Google Reader. Część z nich wrzuciłem do worka „Daily Reading” i codziennie tam zaglądam. To taka moja codzienna prasówka, bo gazet nie kupuję, telewizji nie posiadam, a radia unikam.

Właśnie mój Google Reader wyrzucił „List otwarty do miłościwie nam panującego Premiera” wysłany z bloga Porcelanki.

Z szacunkiem przeczytałem to jak Porcelanka wyraża swoje oburzenie zachowaniem Donalda Tuska.

Potem wdałem się z Porcelanką w blogowy dialog, czego zapis znajdziecie w komentarzach pod jej wpisem.

Z serca polecam Wam odwiedziny u Porcelanki.

Zakończę zawołaniem zasłyszanym w nowej piosence Marcina Stycznia: „zacznij żyć!”

Manifestacja na rzecz pokoju.

„I was once asked why I don’t participate in anti-war demonstrations. I said that I will never do that, but as soon as you have a pro-peace rally, I’ll be there.”

„Kiedyś mnie zapytano, dlaczego nie uczestniczę w demonstracjach antywojennych. Oparłam, że nigdy nie będę w nich uczestniczyła, lecz jeśli będzie manifestacja na rzecz pokoju, to się zjawię.” Matka Teresa

Serdecznie zachęcam Was do medytacji lub modlitwy na rzecz budowania pokoju, cierpliwości i współczucia. Myślę, że to ważny czas na ich budowanie wśród ludzi, czyli między każdym z nas na naszej planecie.

Śnieżny raj.

Nareszcie tej zimy zobaczyłem korony drzew pięknie pokryte grubą warstwą śniegu, a dachy domów i ich otoczenie lśniące czystą bielą. To wszystko z wysokości sześciu tysięcy metrów, przed okno samolotu wiozącego mnie z Zurychu do Lugano.

Miałem ogromne szczęście, że mój lot wypadł w idealnie słoneczny dzień. Niewielki, turbośmigłowy Saab 2000 przemykał tuż nad szczytami Alp.

Rocznie odbywam kilkadziesiąt rozmaitych podróży, ale ten półgodzinny przelot nad Alpami jest nieodmiennie na szczycie listy najładniejszych tras.

Chwilę po starcie z Zurychu, za oknami pojawiają się pagórki w okolicach Lucerny, a potem już wysokie, ostre, kilkutysięczne szczyty. Z lewej i z pawiej strony samolotu widać białe góry ciągnące się po horyzont.

Pięćdziesięcioosobowa maszyna leci dość nisko, wydaje się, że jest zaledwie kilkaset metrów nad ziemią. Śnieżny raj jest na wyciągnięcie ręki. Widać drogi prowadzące do góralskich chat, a nawet ślady na śniegu rozjeżdżonym przez narciarza lub snowboardzistę „sunącego na dziko” poza szlakami.

Po chwili biel zostaje w tyle, krajobraz ma coraz sięcej brązów i trochę zieleni.

Po południowej stronie Alp zniżamy się do Lugano. Przelatujemy nad płytą lotniska, która pozostaje w tyle. Lecimy dalej pomiędzy szczytami gór, a pod nami jest malownicze jezioro i domy przyklejone do zbocza stromo schodzącego do tafli wody.

Stok górski po naszej lewej stronie jest coraz niższy. Po chwili odsłania się dolina. Pilot wykorzystuje ją do zrobienia zwrotu o 180 stopni i teraz lecimy na północ. Lotnisko jest znowu przed nami. Jesteśmy coraz niżej. Za oknem autostrada prowadząca z Bazylei do Mediolanu. Wyraźnie widać samochody i ich pasażerów. I w tym momencie koła samolotu dosięgają betonowego pasa startowego. Koniec bajkowej podróży.

Na lotnisku czeka na mnie kierowca. Po dziesięciu minutach jestem już w biurze. Duszne pomieszczenie, sztuczne światło i wymyślanie biznesowych planów na najbliższy rok. Organizm protestuje. Dzień kończę z uciążliwym bólem głowy.

Doktor Google.

Usiadłem za kierownicą mojej Astry, wcisnąłem do samego końca pedał gazu wraz z hamulcem. Następnie przekręciłem kluczyk w stacyjne, ale tylko do pozycji gotowości, bo moim celem nie było odpalenie silnika.
Zrobiłem tą sztuczkę by zobaczyć szybkie miganie kontrolki serwisowej na desce rozdzielczej. Dziesięć szybkich błysków, czyli cyfra 0, potem sześć błysków czyli 6, a dalej 0 i 7. Kod błędu pokładowego komputera 0607.

Potem sesja z doktorem Google i już wiem, że z powodu niskiego poziomu oleju komputer dał się zmylić stukom silnika i wziął je za błąd jednego z czujników.
Sprawdziłem poziom oleju. Faktycznie, był poniżej minimum. Dolałem i tym sposobem naprawiłem auto.

Po raz kolejny zadziwiła mnie skarbnica zbiorowej wiedzy rozsiana w internecie.

O radości płynącej z Radości.

W rześki, majowy poranek jadłem śniadanie w ośrodku Baptystów w podwarszawskiej Radości.

Niosąc plastikowy talerzyk z sałatką i kawałkiem chleba, szukałem miejsca, aby dosiąść się do innych uczestników Meditatio, tuż po porannej medytacji.

Na sali były żywo dyskutujące grupki, wyglądające na dobrych znajomych. Zobaczyłem też stolik, gdzie siedziało kilka osób w różnym wieku, każdy zajęty swoim posiłkiem. Usiadłem przy nich. Facet obok mnie był z Kielc, dziewczyna po przeciwnej stronie stołu ze Szczecina. Chciałem podpytać ich o wrażenia z konferencji. Sam wpadłem tylko na poranne siedzenie, a byłem ciekaw jak wyglądała część wykładowa i dyskusyjna. Rozmowa jakoś zeszła na rok 2012. Koleżanka z Pomorza wspomniała, że ojciec Freeman – szef Światowej Wspólnoty Medytacji Chrześcijańskiej – ma wpisany w kalendarz przyjazd do Polski w lutym 2012. Polskie koordynatorki szukają pomysłu na miejsce konferencji Laurence’a Freemana. Siedzący obok Bogdan rzucił pomysł, że można by się spotkać w jego Kielcach. Pomysł mocno przypadł mi do serca i zachęcałem Bogdana, aby poszedł tym tropem. Zadeklarowałem, że w razie potrzeby mogę pomóc organizacyjnie. Nie miałem bladego pojęcia z jak potężnym organizatorem rozmawiam.

Bogdana po raz kolejny zobaczyłem kilka dni temu. W kiosku z gazetami kupiłem „Style i Charaktery” poświęcone medytacji. Numer otwiera tekst ubarwiony zdjęciem Bogdana przed bramą buddyjskiej świątyni. Bo Bogdan, do którego radośnie dosiadłem się w Radości to Bogdan Białek, który wydaje magazyn „Charaktery”. (Dowiedziałem się tego pod koniec majowego śniadania, gdy nasza rozmowa zeszła na sprawy psychologiczne.)

Pomysł zaproszenia ojca Freemana do Kielc nie tylko nabrał realnych kształtów, ale dostał też piękną oprawę. Bowiem wypuszczenie w kraj ośmiu tysięcy egzemplarzy czasopisma dotykającego rozmaitych barw medytacji, traktuję jak dywan, który kieleccy organizatorzy rozwijają przed osobami szukającymi informacji o Meditatio 2012.

To co wydała ekipa Bogdana jest genialne. Niczego lepszego na temat polskiego kontekstu medytacyjnego nie czytałem. Oczywiście moje słowa są mocno subiektywne i zaślepione serdecznym kibicowaniem organizatorom Meditatio 2012. Zatem gorąco zalecam nabycie egzemplarza „Style i Charaktery” i wyrobienie sobie własnego zdania o tym numerze.

Myślę, że sporo osób w naszym kraju medytuje. Natomiast jeszcze więcej o tym rozmawia. Trochę przyczyniają się do tego polscy buddyści. Bowiem beznadziejnej edukacji religijnej firmowanej przez oderwanych od rzeczywistości biskupów katolickich, stawiają oni wyzwania w postaci upartej koncentracji na rozwoju duchowym. Medytacja przeciera sobie też ścieżki do świata korporacji przez programy „mindfulness meditation” (czyli medytacji kształtującej uważność) adoptowane przez organizacje o skali Procter&Gamble czy Unilever. Do tego dochodzą pomysły psychoterapeutów sugerujących swoim klientom medytację jako technikę relaksacyjną. W takim gąszczu informacji ginie cichy głos mnichów katolickich przypominających, że to co dzisiaj nazywamy medytacją było obecne w tradycji chrześcijańskiej od wielu stuleci.

Widzę, że medytacyjne „Style i Charaktery” przywracają równowagę w dyskusji o duchowości.

Mnie szczególnie do gustu przypadła zamieszczona tam opowieść rabina Sachy Pecarica: „[U]bogi żydowski szewc z Krakowa miał pewnej nocy sen, że na rynku w Pradze ukryty jest ogromny skarb. Dokładnie zobaczył we śnie to miejsce. Przez długi czas zbierał pieniądze, aż wreszcie mógł pojechać do Pragi. Gdy tylko do niej przybył, pobiegł na rynek i zaczął kopać. Bardzo szybko zatrzymali go strażnicy. Tłumaczył im, że miał sen, oni jednak tylko się z niego naśmiewali. W końcu jeden ze strażników powiedział, że on też miał niedawno sen – widział jak ubogi żydowski szewc z Krakowa znajduje ogromny skarb na podwórku domu, w którym mieszka. Ostatecznie puścili nieszczęśnika. Ten wrócił w pośpiechu do Krakowa, zaczął kopać na własnym podwórku i wkrótce znalazł ogromny skarb. Na zakończenie powiem, że przeznaczył go na zbudowanie synagogi Ajzyka (Izaaka), która stoi do dziś na krakowskim Kazimierzu.”

Myślę, że zbiór wypowiedzi zebranych przez koleżanki i kolegów Bogdana może przyczynić się do wzrostu zamożności polskich rodzin i ograniczyć emisję spalin przez samoloty międzykontynentalne. Może – zamiast wzorem krakowskiego szewca, latać za odległymi skarbami duchowości – amatorzy gubienia swego ego przy pomocy nieznanych technik, odkryją obszary kopania na rodzimym podwórku.

Oczywiście przyjmuję do wiadomości, że nad Wisłą urodziło się trochę osób, których dusze należą do kultury dalekowschodniej, a tradycja chrześcijańska jest im obca jak angielski pudding przy świątecznym stole. Lecz coś mi mówi, że skala tego zjawiska jest dużo mniejsza niż wskazywałaby na to liczebność grup buddyjskich zasiedlanych przez dzieci z chrześcijańskich rodzin. Wygląda mi to na poszukiwanie bezpieczeństwa i szacunku dla podążania drogą rozwoju duchowego.

„Style i Charaktery” opisują kilka ścieżek wiodących do rzeczywistej obecności tu i teraz. Niektóre z nich rozpoczynają się na naszym podwórku, inne wymagają spotkania z sąsiadem, a jeszcze inne mają swe korzenie w odległych krainach. Dostajemy ponad sto stron podróży przez szlaki medytacyjne w doborowym towarzystwie krajowych i zagranicznych wędrowców. Mam przeczucie, że przynajmniej kilku z nich osobiście spotkamy 10 lutego w Kielcach. Jak zwykle Meditatio jest otwarte na każdego, kto chce na chwilę przystanąć i posłuchać ciszy. Kielecka cisza będzie raz na jakiś czas ubarwiana opowieścią ojca Freemana, który zamyśli się nad tym dlaczego wiara góry przenosi. Wciąż można wysłać swoje zgłoszenie, szczegóły na www.wccm.pl

Do zobaczenia!

Jan jedzie do Wanaki.

Na tylnym siedzeniu pożyczonej Toyoty Prius siedział niezadowolony autostopowicz. Było już późne popołudnie, gdy zabraliśmy go z drogi koło lodowca Fox. Przed nami były ze dwie godziny jazdy do Haast. Tam chcieliśmy przenocować.

Nazajutrz ruszaliśmy dalej. Wtedy naszą pierwszą miejscowością miała być Wanaka.

Nasz nieszczęsny autostopowicz uparcie powtarzał, że Haast jest bez sensu, że leży na pustkowiu, niczego tam nie ma i zostawanie tam na nocleg to kiepski pomysł. On postanowił dotrzeć do Wanaki. Wanaka to wspaniałe miejsce, wiele tam się dzieje, a co więcej, on chciał tam spotkać swojego znajomego.

Moje autostopowe doświadczenie podpowiadało, że są marne szanse dotarcia w sobotni wieczór do Wanaki, do której prowadziła kręta górska droga.

Na najbiższym postoju, gdzie oglądaliśmy malowniczą zatokę, amator Wanaki wybiegł na szosę i desperacko zatrzymał jedyny samochód, który wyprzedziliśmy po drodze. Oczywiśncie auto jechało tylko do Haast, a był to ten sam kombiak, z którego zrzędzący turysta wysiadł, by wsiąść do naszej Toyoty. Miał wtedy nadzieję, że my pojedziemy do Wanaki.

Potem, na kolejnym postoju, podobna historia. Tym razem to już sam zatrzymałem mijającego nas kampera. Ten też planował nocleg w Haast.

Tłumaczyłem upartemu autostopowiczowi, że dla mnie każde miejsce potrafi być atrakcyjne. Podawałem przykłady ze swoich podróży. Lecz jego zdaniem nic nie mogło zmienić faktu, że Haast jest bez sensu.

Wyobraźcie sobie, że facet miał rację! Jego Haast okazało się porażką. Po dotarciu do wioski, od razu wrócił na drogę czekając na okazję. Po jakimś czasie zrezygnował i jeszcze bardziej rozgoryczony zaszył się w schronisku. Minąłem go, gdy wlókł się na nocleg. Na pożegnanie pozrzędził na temat bezsensu sytuacji i nie miał głowy, aby zapytać o nasze plany na niedzielny poranek. Gdy nazajutrz rano, wyruszaliśmy w trasę, on najwyraźniej jeszcze spał w swoim pokoju. Tym sposobem stracił szansę dotarcia do Wanaki na śniadanie. Haast był dla niego, zgodnie z oczekiwaniami, absolutną porażką.

Przy okazji dodam, że wieźliśmy jeszcze jednego autostopowicza. Ten był zadowolony, że po długich godzinach czekania może przemierzyć kawał kraju. Na jednym z postojów spotkaliśmy też dwóch Irlandczyków, którzy przemierzali Nową Zelandię rozwalającym się kombiakiem. (To byli ci sami goście, którzy wcześniej podwozili naszego amatora Wanaki.) Wieźli  parę wędrowców. Wszyscy spotkaliśmy się potem w Haast. Całą siódemką poszliśmy na kolację do lokalnej knajpy. Żarcie było dobre i niedrogie. Potem wybraliśmy się na plażę wyposażeni w sporą ilość piwa. Irlandczycy postanowili tam nocować. Po rozpaleniu ogniska zrobiło się sympatycznie. Jak rozstawaliśmy się, ze radosną ekipą to oni wykrzykiwali, że to najlepszy nocleg jaki im się dotychczas przytrafił. Wróciliśmy do sympatycznego motelu. Nasze Haast było bardzo w porządku.

Christchurch.

Idąc na plac katedralny przemierzałem ulice, gdzie po jednej stronie był nieczynny sklep spożywczy ogłaszający, że jest otwarty 24 godziny na dobę, a po drugiej restauracje, gdzie od miesięcy nikt nie ustawił sprzętów jakie przewrócono, gdy goście wybiegali na ulicę w chwili ewakuacji. Drzwi budynków były oklejone zarządzeniami bezwzglęnie zabraniającymi wchodzenia.

Na płocie powieszono zafoliowane zdjęcia okolicznych budynków, z informacją, które zostaną wyburzone, a które będą dopuszczone do użytku. Prace trwają i na dzień dzisiejszy część z budowli już była usunięta.

Dotarłem do tego miejsca, po przekroczeniu „checkpointu”, gdzie przyjąłem do wiadomości, że wchodzę na własne ryzyko, że mam w kieszeni dokument ze zdjęciem oraz, że po usłyszeniu syren natychmiast wybiegnę, ze zwiedzanego obszaru.

Tak wyglądało centrum nowozelandzkiego miasta Christchurch w niedzielny wieczór, parę miesięcy po trzęsieniu ziemi.

Powiem Wam, że jak na lotnisku wsiadałem do autobusu miejskiego wiozącego mnie do centrum, to nie wiedziałem o skali zniszczeń. Koledzy w biurze wspominali mi, że w Chrischurch cały czas trzęsie się ziemia. Ale myślałem, że to nie ma wpływu na życie miasta.  Zamierzałem połazić po centrum. Przed wycieczką spojrzałem na mapę i jak znalazłem na niej Cathedral Square to pomyślałem, że zwiedzę katedrę.

Faktycznie dotarłem przed katedrę, bo szlak prowadzący przez nadburzone centrum kończył się kilkadziesiąt metrów przed zburzonym frontonem kościoła.

Przejmujący symbol. Miasto, którego nazwę można przetłumaczyć jako Kościół Chrystusa, zostało trafione w swoje serce, czyli w katedrę Christ Church.

Piha i Karekare.

Z mapy wynika, że dwadzieścia pięć kilometrów na zachód od Auckland jest las deszczowy i malownicze plaże.

Pojechałem tam w sobotę. To co w linii prostej było bliskie, zajęło godzinę jazdy samochodem. Droga była mocno kręta i tylko kątem oka widziałem piękną zieleń lasu. Uwagę skupiałem na prowadzeniu samochodu. Ruch lewostronny wciąż jest dla mnie wyzwaniem. Szczególnie włączenie się do ruchu na pustej drodze wymaga ode mnie chwili zastanowienia, po której stronie mam się ustawić.

Dzień był słoneczny. Zachęcony widokiem ratowników pilnujących plaży, wskoczyłem do Morza Tasmana. Poczułem, że woda jest lodowata. Lecz jak tylko się zanurzyłem, było już ciepło i przyjemnie. Dziwne są te paradoksy temperatury.

Morze uderzało w brzeg dość sporymi falami. Zamiast pływać, rzucałem się na fale, które niosły mnie w stronę brzegu.

Na drugi dzień odbierałem z lotniska kolegę, więc pomyślałem, że możemy wrócić na plażę Piha. Szczególnie, że wokół jest kilka malowniczych szlaków wycieczkowych.

Jednak do Pihy już nie wróciłem, bo pogoda się radykalnie zmieniła. Niedziela była bardzo deszczowa. Jeszcze rano na lotnisku w Auckland wyglądało, że to drobne opady.

Lecz jak wjechaliśmy do lasu deszczowego to lało bardzo intensywnie. Opcja plaży straciła rację bytu. Wstąpiliśmy do punku informacyjnego prowadzonego przez rangersów, by zapytać, gdzie w taką pogodę można wejść na szlak. Dostaliśmy mapę i radę, które ścieżki wokół wioski Karekare są bezpieczne podczas deszczu.

Pojechaliśmy do Karekare, zostawiliśmy auto na parkingu przed szlakiem i ruszyliśmy w dwugodzinną wędrówkę. Już w pierwszej godzinie, moja dotychczas niezawodna kurtka przeciwdeszczowa była kompletnie przemoczona. Szlak prowadził pagórkami nad stromym brzegiem. Szliśmy przez intensywnie zielony las deszczowy. Co jakiś czas docieraliśmy do punktów widokowych w panoramą morza i urwistych skał.

Pod koniec wędrówki dotarliśmy do wodospadów. Skoro i tak byłem przemoczony to wskoczyłem do wody i cieszyłem się górskim prysznicem masującym mi plecy.

Na kolejny weekend wybieramy się na południową wyspę, gdzie ponoć czekają na nas piękne okolice nowozelandzkich alp.

Na pokładzie A380.

Lufthansa kupiła osiem potężnych Airbusów zabierających 526 pasażerów. Dzisiaj leciałem jedną z tych maszyn.

Trudno mi pojąć jak 560 ton żelastwa, plastiku i paliwa może wzbić się w powietrze.

Nim wystartowaliśmy, już podpięcie A380 do terminala było ciekawostką. Wchodziliśmy do samolotu z dwóch poziomów frankfurckiego lotniska. Poczekalnia została specjalnie zaadoptowana do obsługi Airbusa. Rękawy dla pierwszej klasy i dla klasy biznes prowadziły na górne piętro maszyny, a ekonomiczne na dolny pokład.

Kabina, szeroka na ponad sześć i pół metra, zrobiła na mnie wrażenie przestronnej.

Słyszałem, że niektóre linie lotnicze wykorzystały okazję zakupu olbrzymiego samolotu do kreatywnego zaaranżowania jego wnętrza. Słyszałem o kontuarach barowych, placach zabaw itd. Lufthansa, z niemieckim pragmatyzmem, wykorzystała miejsce na umieszczenie jak największej liczby pasażerów. Warunki podróży są, moim zdaniem, bardzo podobne do innych dużych Airbusów i Boeingów, obsługiwanych przez tego przewoźnika.

Jedyną niespodzianką było gniazdo sieci komputerowej i port USB w podłokietniku fotela. Nie widziałem tego wcześniej. Po podłączeniu laptopa do sieci, komputer dostał swój adres IP, czyli został podpięty do pokładowej sieci. Był to tylko dostęp lokalny, bez internetu. Być może w przyszłości ma to być wykorzystane do surfowania podczas lotu. Natomiast przydatne okazało się gniazdo USB. Wpiąłem do niego komórkę i doładowałem baterię.

Skoro jesteśmy przy temacie gadżetów na pokładzie, to podzielę się z Wami ciekawostkami. Lufthansa robi w tym roku drugie podejście do internetu w lotach międzykontynentalnych. Na niektórych trasach transatlantyckich już są hot spoty w kabinie pasażerskiej. Następnym etapem będzie umożliwienie podróżnym korzystanie z telefonu komórkowego, ale tylko do wiadomości tekstowych.

Lufthansa zrobiła sondaż wśród pasażerów na temat korzystania z telefonów na pokładzie. Pod wpływem zebranych głosów postanowiono zablokować porty telefonii internetowej, oraz ograniczyć komórki do smsów i mmsów. Ludzie chyba nie chcą, żeby im współpasażerowie gadali nad uchem.

Napisałem, że jest to druga próba wdrożenia projektu internetowego w samolotach Lufthansy. Bowiem internet już był na ich pokładzie w ubiegłej dekadzie. Pamiętam lot z Azji, kiedy włączyłem na laptopie Skype’a i odbyłem kilka rozmów ze znajomymi i rodziną. Z tego co słyszałem ówczesne przedsięwzięcie upadło z powodów finansowych. Może było za wcześnie na taką usługę? Może było za drogo? Może formy płatności online potrzebowały więcej czasu na popularyzację?

Niemcy najwyraźniej wyciągnęli nauczkę z tamtej porażki. Teraz, działając z Deutsche Telekom, umożliwią płatność za internet tak samo jak za korzystanie z pakietów danych w roamingu. Będzie też możliwość płacenia kartami kredytowymi oraz milami z programu Miles&More.

Przypuszczam, że dopuszczenie komórek wymaga też innego zabezpieczenia urządzeń pokładowych, niż to było w przypadku wifi. Komórki potrafią ponoć narobić nieprzyjemnych psikusów czujnikom pożarowym oraz nawigacji. Więc projekt wygląda na ambitne przedsięwzięcie.

Podoba mi się ten pomysł Lufthansy, bo lubię widzieć jak ludzie szukają innowacyjnych rozwiązań. Pewno wielu pasażerów będzie zadowolonych z możliwości bycia online w trakcie lotu.

Dla mnie ma to małe znaczenie. Zawsze mam coś do roboty w ciągu długich lotów. Zwykle czytam książki.

Tym razem niewiele poczytałem, bo większość lotu przespałem. Teraz parę godzin na lotnisku w Singapurze i druga połowa drogi do Auckland.